WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Początki kina polskiego: zaczęło się od warszawskich kurtyzan...

Antoni Fertner w „Antoś pierwszy raz w Warszawie” (1908)
Premiera filmu polskiej produkcji „Antoś pierwszy raz w Warszawie” wyprodukowanego na zamówienie kinematografu „Oaza” w Warszawie (warszawskiego kina) uważana jest za początek kinematografii polskiej.

Co prawda - zależnie od źródeł - około pół roku wcześniej nastąpiła premiera fabularyzowanego dokumentu „Pruska kultura” wyprodukowanego przez Mordechaja Towbina pod koniec 1907 roku w Poznaniu, jednak przez długie lata nie wiedziano o tym filmie, gdyż wyświetlany był jedynie we Francji, Anglii, USA i kilku innych krajach, zaś na terenach nieistniejącej wówczas Polski podczas rozbiorów film ten był zabroniony przez cenzurę okupantów.
Tak więc kinematografia polska oficjalnie rozpoczyna się od filmowej historyjki o niezdarze, który pada ofiarą stołecznych prostytutek...


Wraz z narodzinami polskiej kinematografii nastąpiły narodziny pierwszego polskiego gwiazdora filmowego - Antoniego Fertnera (grającego tytułowego Antosia), a także pierwszej polskiej serii fabularnej, gdyż Antoś powracał jeszcze przez kilka następnych lat na duży ekran w dalszych przygodach zabawnego niezdary.
Premiera „Antosia pierwszy raz w Warszawie” odbyła się dokładnie 22 października 1908 roku i tę datę uznaje się dziś za oficjalne urodziny polskiego kina. Oczywiście błędnie (nie tylko moim zdaniem), gdyż - podobnie jak w przypadku nieznanego wcześniej filmu Mordechaja Towbina - jak dzisiaj już wiemy, ponad 15 lat wcześniej wielki polski wynalazca Kazimierz Prószyński próbował swych sił w produkcji filmów i dlatego datą początku kinematografii polskiej powinien być właśnie rok 1894. Wtedy to pan Prószyński stworzył swój pierwszy pleograf, ale to już osobna historia...


© DeS
(fragment artykułu z października 2008)
Digitales Scriptor


Jedna izba, smród i brud, ale film jest


Jeszcze w 1902 roku w Krakowie, podówczas pod zaborem austriackim, jednej z najbardziej rozwiniętych metropolii tamtych lat, jedna łazienka przypadała na 389 mieszkańców. Osiem lat później 30 procent mieszkańców miasta żyło w jednej izbie z piecem kuchennym. Tylko 8 procent mieszkań posiadało łazienki. A w tych pojedynczych izbach potrafiło żyć po 8 - 10 osób. Pierwsza elektrownia miejska ruszyła w 1905 roku, ale dopiero w 1913 w śródmieściu zaświeciły pierwsze lampy. Cóż, życie nie wyglądało wtedy zbyt wesoło, ale krakowianie, podobnie jak mieszkańcy kilku innych polskich miast, znali już KINO.

Kinematograf, za którego oficjalną datę narodzin uznaje się dzień 28 grudnia 1895 roku, na naszych ziemiach rozgaszczał się od 14 listopada 1896 roku (18 lipca tegoż roku w Łodzi, a potem we wrześniu w Lwowie zaprezentowano wynalazek Edisona, ten jednak, jak wiadomo, podziwiają dziś tylko Amerykanie). Wtedy właśnie Eugene Dupont, operator samych braci Lumiere, na zaproszenie dyrektora Teatru Miejskiego Tadeusza Pawlikowskiego, przywiózł do Krakowa filmy, które znalazły się w zestawie legendarnego pokazu w Paryżu. Kraków, pomimo swej higieny i warunków mieszkaniowych, kulturalnie się rozwijał. Musiało jednak upłynąć jeszcze kilka lat, zanim na naszych ziemiach zaczęto kręcić filmy.

Ciekawostka, którą można oswoić


Najpierw trzeba było nowy wynalazek oswoić. Pod koniec XIX wieku Bolesław Matuszewski zaczął pisać o kinie jako o nowym źródle historii, zastanawiał się, czym jest "fotografia ożywiona". Po popisowych-objazdowych pokazach przyszła pora na pierwsze prawdziwe kina (takie bracia Władysław i Antoni Krzemińscy założyli w Łodzi w 1901 roku, dwa lata później obiekty tego typu ruszyły w Poznaniu i Warszawie, a w 1906 roku przyszła kolej na kina we Lwowie i Krakowie, później kina powstały w Wilnie, Lublinie i Bydgoszczy). W końcu i u nas trzeba było zacząć kręcić filmy.

Rusza polska produkcja filmowa!


Antoni Fertner
Na pomysł ten wpadli ci, którzy z kinem najbardziej się oswoili i którzy jako pierwsi zaczęli dostrzegać w nim biznes. To właśnie kiniarze doszli do wniosku, że rodzime produkcje mogą zainteresować Polaków bardziej, niż filmiki sprowadzane z zagranicy. Niby wielkiej różnicy wówczas nie było - kino czekały jeszcze ponad dwie dekady milczenia (na świecie do 1927 roku, w Polsce - do roku 1930 i "Moralności pani Dulskiej", której towarzyszyły płyty gramofonowe) - ale...

I tak, w 1908 roku, na zamówienie kinematografu "Oaza" (było nie było pierwszej polskiej wytwórni filmowej, choć wtedy tylko kina), powstał film "Antoś pierwszy raz w Warszawie", którego bohaterem był prowincjonalny fajtłapa, który w wielkim mieście pada ofiarą stołecznych kurtyzan... Tak narodziła się nie tylko polska produkcja filmowa, ale i pierwszy polski gwiazdor - Antoni Fertner (Antoś), a także pierwsza polska seria (Antoś regularnie przez kilka lat powracał na duży ekran). Premiera odbyła się dokładnie 22 października i tę datę uznaje się dziś za oficjalne urodziny polskiego kina. Aczkolwiek...

W tym samym czasie pojawił się pierwszy producent filmowy - Mordechaj "Mordka" Towbin, który w Poznaniu założył Kantor Siła. W 2000 roku filmoznawcy z Poznania - prof. Hendrykowscy odnaleźli w archiwum w Bois d’Arcy pod Paryżem kopię 8-minutowego fabularyzowanego dokumentu "Pruska kultura", która pochodzi najprawdopodobniej z 1907 lub początku 1908 roku. Rocznicowe laury jednak, póki co, należą się Antosiowi. Niemniej zasługi "Mordki" dla rozwoju polskiego kina również są przez historyków pamiętane. Jego studio produkowało filmy trwające nawet do kilkudziesięciu minut, co było na owe czasy ewenementem, nie tylko na polskie warunki. Towbin wprowadził również, w 1911 roku, podwójne seanse.

Jego największym konkurentem był Aleksander Hertz, który działał w Warszawie. Razem z przyjaciółmi, w tym samym mniej więcej czasie, co Towbin, założył iluzjon Sfinks, który szybko przerodził się w Towarzystwo Udziałowe Sfinks. Firma, co trzeba zaznaczyć, przetrwała do 1936 roku i była chyba najlepiej prosperującą polską wytwórnią, na pewno - najdłużej...

"Bandyta w białych rękawiczkach"


Towbin nie był najbardziej zadowolony z sytuacji. O Hertzu często mawiał, iż jest on "bandytą w białych rękawiczkach". Miał powody do zmartwienia. Hertz nie tylko kochał kino, ale i doskonale wiedział jak na nim zarobić. A do tego wszystkiego miał niezwykłą intuicję i oko. Nie brakowało mu też wyczucia, czego dowodem są m.in. produkcje, które realizował we współpracy firmą Kosmofilm w latach wojennych. Z jaką pasją wyżywał się na bolszewikach i z jaką pasją ludzie śledzili losy bohaterów "Carskiej faworyty" i "Ochrany warszawskiej i jej tajemnic"...

Pola Negri (1943)
To właśnie w Sfinksie i pod okiem Hertza swoje kariery rozpoczynały Pola Negri i Mia Mara. Nie kto inny, jak Hertz odkrył ulubienicę polskiego kina międzywojennego - Jadzię Smosarską. Tu też powstała najbardziej kasowa produkcja lat 20. XX wieku - a mianowicie "Trędowata" według Heleny Mniszkówny. Hertz stawiał na widowiska. Wprowadził do kin "Meira Ezofowicza", pracował nad "Panem Tadeuszem" i "Ziemią obiecaną". Przygotowywał się do realizacji "Obrony Częstochowy", gdy wybuchłą I wojna światowa. Wymyślił też kampanie reklamowe. To właśnie ten człowiek stworzył w Polsce przemysł filmowy i ukształtował pierwsze pokolenie naszych filmowców i zapotrzebowanie na nasze rodzime kino. W dodatku ukształtował pewien model produkcji. U niego reżyser miał o wiele mniej do powiedzenia, niż działo się to np. w polskim kinie powojennym (kto wie, gdyby pożył dłużej, a zmarł w 1928 roku, to może nie dopuściłby do rozwoju tzw. polskiej szkoły filmowej, która Autorem stała). Reżyser, owszem, był potrzebny, ale miał słuchać producenta. Koniec i kropka. W pierwszych latach działalności firmy nazwisko reżysera w ogóle pomijano w czołówkach. Natomiast Hertz sam często przygotowywał scenopisy.

Pierwsi wielcy polscy filmowcy


Z drugiej strony, w pierwszych powojennych latach, pojawiło się i kilka innych ważnych dla naszego kina osób. Często byli to polscy Żydzi, zresztą tak, jak Hertz. Henryk Szaro, Józef Lejtes, Leon Trystam, Juliusz Gardan, Józef Green, Michał Waszyński i wielu innych. To im właśnie zawdzięczamy najpopularniejsze komedie i melodramaty dwudziestolecia międzywojennego, żeby wspomnieć tylko "Piętro wyżej", "Będzie lepiej", "Profesora Wilczura", "Młody las", "Dziewczęta z Nowolipek", "Barbarę Radziwiłłównę", "Pani minister tańczy", "Wrzos", czy "Dybuka", który do dziś przypominany jest na całym świecie. Tylko że potem przyszła wojna, o wiele bardziej wyniszczająca, niż pierwsza, a potem zmiana systemu.

"Polskich filmów nie oglądam, dla zasady". Szkoda, źle robisz!


Kolejny wzlot polskie kino przeżywać zaczęło dopiero po odwilży w 1956 roku, choć wcześniej zdarzyło się stworzyć kilka dzieł, którym udało się wymknąć schematom realizmu socjalistycznego narzuconego przez reżim stalinowski. Ale to dopiero po tym, jak przestały obowiązywać surowe polityczne wymogi słynnego Zjazdu Filmowego w Wiśle w 1949 roku, prawdziwy głos mogli zabrać Wajda, Kutz, Munk, Kawalerowicz, Stawiński, Różewicz, Konwicki. Polska szkoła filmowa, którą stworzyli swoimi filmami - to wyjątkowo chlubny kawałek historii polskiego kina. Za ich sprawą polskie kino zaczęło wychodzić w świat, trafiało na festiwale, a nawet walczyło o Oscary. Polityka nie przestała być obecna w produkcji, nie przestała się wtrącać w kino, ale to i tak reżyserzy-autorzy-artyści tworzyli dzieła, które pomiędzy ujęciami wzruszały Polaków, poruszały ich sumienia i zmuszały do wątpienia, pytania, walki (jak bardzo pompatycznie to brzmi). Musieli włożyć trochę wysiłku, by przechytrzyć cenzurę. By dotrzeć głębiej. Jednak żeby nie było tak ponuro... nie tylko polskie dramaty warte są uwagi. Przecież komedie Chmielewskiego i Chęcińskiego, które powstały pod koniec lat 50. i 60. minionego wieku, bawią nas do dziś.

Gdy całościowo spogląda się na historię polskiego kina, dość szybko okazuje się, jak niesprawiedliwą jest teza o marności tej naszej produkcji filmowej. Bo choć często pozostawaliśmy w tyle pod względem technologicznym i technicznym, do czego w znacznej mierze przyczyniły się obydwie wojny, to jednak doczekaliśmy się Romana Polańskiego, Wojciecha Jerzego Hasa, Jerzego Skolimowskiego, Stanisława Barei, Agnieszki Holland, Krzysztofa Kieślowskiego, Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Krauze, a także kilkudziesięciu wybitnych aktorów i aktorek na czele z polskim Jamesem Deanem - Zbyszkiem Cybulskim. Lista jest całkiem długa, a gdy do tego doda się polską szkołę dokumentu, historie z Chełmskiej 21 i schodów w Filmówce... Te pierwsze sto lat polskiego kina nie wypada źle. Przeciwnie.


© Dagmara Romanowska
Październik 2008
Artykuł oryginalnie opublikowano w portalu „Onet”
www.onet.pl








Wstęp pochodzi z felietonu „Początki kina polskiego” autorstwa DeS. Ponieważ całość felietonu została utracona (jedynie początkowa jego część została zachowana przez archiwalny feed RSS nieistniejącego już blogu FilmyPolskie888), dalszy ciąg artykułu został uzupełniony podobnym w treści tekstem dotyczącym tego samego tematu, napisanym przez panią Dagmarę Romanowską.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz