WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, OBYWATELOM UB, KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (IV)

Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem 8 czerwca 2016 r. przylecieli do Chicago. Przez pierwszy rok towarzyszymy im w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce. Ameryka wciąż ich zaskakuje. Najlepiej i najszybciej, jak to zwykle bywa, do imigracji przystosowują się dzieci.
Ostatnia część opowieści.

Marzec 2017


Rafał umył w końcu rodzinnego vana, pierwszy raz po zimie i pierwszy raz w ogóle. Myjnia automatyczna, to zdaniem Rafała kwintesencja amerykańskiego stylu życia, gdzie prawie wszystko załatwić można bez wychodzenia z samochodu.
– Jedzenie z okienka, podjazdy do bankomatu i automatyczne myjnie. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby Amerykanie musieli podejść do banku albo umyć samochód na manualnej myjni. Pewnie by trzymali pieniądze w materacach i jeździli brudnymi autami.

Po dziewięciu miesiącach w imigranckim życiu Rafała i Agnieszki postępy widać gołym okiem. Mieszkanie urządzone prawie kompletnie, w salonie na ścianie przybył oryginalny zegar, na drzwiach wieszak. – Rafał nawet korek do wanny w końcu kupił – Agnieszka uśmiecha się do męża. Wszystko idzie do przodu, ale powoli, czasem wolniej niżby chcieli. Jedyne, czego brak, to wolny czas. Żyją w systemie praca-dom, weekend i znowu do pracy. – Czasem zastanawiamy się z żoną, jaka to różnica, czy żyjemy w Stanach czy w Polsce, skoro i tak na nic nie ma czasu, wciąż tylko praca i praca.
– No, finansowo, to różnica jest – poprawia go Agnieszka.

Rafał pracuje w śródmieściu, w agencji reklamowej, jest bardzo zadowolony, bo to jego branża, a praca w swoim zawodzie to na emigracji rzadkość. Ostatnio firma zatrudniła nowego sprzedawcę, Amerykanina, dzięki czemu Rafał ma codziennie możliwość szlifowania języka. Oprócz tego kontynuuje naukę angielskiego w college’u.
– Okazało się, że mój zasób słów był spory, ale nie potrafiłem ich używać. Wstyd, że powiem coś głupiego albo użyję niepoprawnej formy, powstrzymywał mnie przed mówieniem po angielsku. A okazuje się, że tu wszyscy mówią, jak potrafią i jakoś się dogadują – mówi Rafał. – Codziennie rozmawiam z Mikiem po angielsku i czasem go pytam, czy wyraziłem się poprawnie. On się śmieje i mówi, że nie, ale rozumie, o co mi chodzi.

Mały Patryk, który jednocześnie uczy się polskiego i angielskie, miesza języki w sposób tak zagmatwany, że momentami trudno zrozumieć, o co mu chodzi. Pytam Patryka, jak czuje się w przedszkolu.
– Fajnie. Czy ma jakichś kolegów i koleżanki? Ma, Marshalla, Gię i Andrew, ale najważniejsza jest pani Asia – ulubiona przedszkolanka.
Pytam, czy pani Asia jest ładna.
– Śliczna – odpowiada rozmarzony Ptyś. Dla pani Asi dał się ostatnio nawet ostrzyc, ale nie skomentowała, czy ładnie wyglądał z krótkimi włosami.

Wiktoria świetnie radzi sobie w szkole, przynosi pokazać rysunki. Ostatnio z upodobaniem rysuje ptaki, choć podczas szkolnej wystawy zaprezentowała portret tygrysa pod drzewem. – W szkole jest bardzo fajnie. Najpierw mamy lekcję wychowawczą, potem przekąskę, angielskie albo polskie zajęcia, lunch, a potem matematykę, zabawę i pożegnanie. Czasem mamy dwie matematyki, po angielsku i polsku i są bardzo długie – opowiada mi Wiktoria. Matematyka może okazać się jednak Wiktorii mało przydatna, bo dziewczynka planuje zostać aktorką. Ostatnio zapytała Rafała „tato, a Los Angeles to tam, gdzie Hollywood?”, a kiedy potwierdził, spytała – „a możemy się tam przeprowadzić?”.

– A umiesz powiedzieć „chrząszcz brzmi w trzcinie”? – zaczepia mnie Wiki. – Bo ja umiem. Robak burcy w trawie! – Wiki zanosi się śmiechem.

Sezon podatkowy w pełni, Rafał z Agnieszką znaleźli księgowego, zgromadzili wszystkie potrzebne dokumenty i w najbliższą niedzielę idą się rozliczyć.
– W Polsce już się rozliczyliśmy, dostaliśmy nawet zwrot, tutaj też podobno dostaniemy – mówi Rafał. – Chyba, że każą nam zapłacić podatek od tej gaży, jaką dostajemy od „Dziennika Związkowego” za udział w cyklu – śmieje się.

Okazuje się, że dzięki cyklowi, w którym są bohaterami, Rafał z Agnieszką są dość często rozpoznawani. W pracy, na angielskim u Rafała, nawet w sklepie, zdarza się, że obcy ludzie przyglądają się im, jakby skądś ich znali. Gdy okazuje się, że z cyklu w gazecie, pierwsze pytanie, które pada, dotyczy wysokości gaży, jaką dostają bohaterowie cyklu. Nie – w jaki sposób stali się bohaterami cyklu, jak skontaktowali się z gazetą.
– Kiedy odpowiadamy, że to reportaż w odcinkach i bierzemy w nim udział za darmo, nie wierzą, bardzo się dziwią. Niektórzy patrzą na mnie, jak na kosmitę – śmieje się Rafał.

Rozmawiamy o najbardziej lubianej aktywności, tradycji i sporcie narodowym Amerykanów, czyli o zakupach.
– Które z was biega po sklepach? – pytam.
– Rafał – odpowiada bez wahania Agnieszka.
– Nie że biegam, ale czasem, jak się nudzę, lubię pochodzić po sklepach, głównie z narzędziami i materiałami budowlanymi. To fascynujące, jak inne są niektóre rozwiązania i technologie w Europie i w Ameryce. Weźmy na przykład skrętki do kabli elektrycznych. Tak proste, że genialne. A w Europie wciąż używają kostek – mówi Rafał.

Agnieszka też lubi wybrać się na zakupy, szczególnie podczas godzinnej przerwy w pracy. – Na piechotę, dosłownie pięć minut od pracy mam dwa centra handlowe, więc jak tu nie pójść na polowanie na ciuchowe okazje – mówi Agnieszka. – Lubię sklepy, gdzie wszystko jest ładnie poukładane i wyeksponowane, irytują mnie hałdy ubrań, w których grzebią klienci. To nie dla mnie. Ale tak, poluję na okazje, czasem za parę dolarów da się ustrzelić naprawdę świetne ubrania.

Nadchodzącą Wielkanoc zauważyli właśnie w sklepach, po wszędobylskich kurczaczkach i zajączkach. Rafał z Agnieszką nie mają jeszcze wielkanocnych planów.
– Koszyczek jakiś zrobimy, pójdziemy do kościoła św. Zacharego na święconkę. Zrobię sałatkę, kupię jakieś wędliny. No i umyjemy okna – żeby było zgodnie z polską tradycją. Okna muszą się lśnić – śmieje się Agnieszka.

Raczej nie wezmą udziału w nowej dla nich tradycji wielkanocnej, czyli w polowaniu na słodycze ukryte w jajkach, czyli egg hunt.
– Dostaliśmy zawiadomienie ze szkoły, że coś takiego się odbywa. Ale nie, w naszej rodzinie jajek się nie szuka – dodaje. Z resztą, Wielkanoc dopiero za miesiąc i już za miesiąc. Taki amerykański paradoks.



Kwiecień 2017


Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem 8 czerwca 2016 r. przylecieli do Chicago. Przez pierwszy rok towarzyszymy im w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce.

Mogą spotkać się ze mną dopiero o godz. 20 i tylko we wtorek, bo w inne wieczory Rafał jest na angielskim. Wiktoria od drzwi chwali się nadchodzącymi urodzinami. Wiem, że kończy sześć lat, ale „zgaduję”, że siedem. Patryk oznajmia, że jest „niedźwiedziem, który mocno śpi”.

W telewizji leci polska dobranocka, którą Rafał przełącza na TVN Turbo. Agnieszka podaje kawę, delicje i markizy. Pyta Rafała, czy chce piwo, ale nie chce. Wspólnie żartujemy, że z powodu absolutnego braku patologicznych zachowań, nie nadają się za bardzo na rodzinę opisywaną w prasowym cyklu.

Święta, święta i po świętach. Agnieszka była z dziećmi na święconce w kościele św. Zachariasza. Po poświęceniu wielkanocnego koszyczka planowała, że pojedzie z Wiktorią i Patrykiem na plac zabaw, gdzie umówiła się z koleżankami.
– Ledwie wyszliśmy z kościoła, a czekoladowe zające zostały połamane i podzielone. Zapakowałam towarzystwo do samochodu, zadzwoniłam do znajomych, czy już są na placu zabaw. W pewnym momencie we wstecznym lusterku zobaczyłam, że dzieciaki są tak wysmarowane czekoladą, że jedynym miejscem, do którego mogliśmy pojechać był dom. I łazienka – mówi Agnieszka.

W Wielką Sobotę Rafał z Agnieszką pojechali z sąsiadami na korty, pograć w tenisa.
– Określenie „grający” jest w naszym przypadku trochę na wyrost. Powiedzmy, że jesteśmy na razie rekreacyjnie odbijający – śmieje się Rafał. – Ale miło było trochę poskakać i się rozruszać.

Wielkanoc spędzili w domu, a właściwie przed blokiem, na grillu z sąsiadami, bo pogoda była tak piękna i wiosenna, że nie sposób było siedzieć w mieszkaniu. Poza tym zmieniły się przepisy w budynku i nie wolno już grillować na balkonie.
– To tyle, jeśli chodzi o święta. Jeden dzień i do roboty. Nie to co w Polsce. A w dodatku majówka za pasem. Jak dobrze ustawisz wolne, to przy wzięciu trzech dni wolnego, możesz śmiało wyjechać na dziesięciodniowe wakacje. Najdłuższy weekend w Europie. Ale widocznie Polskę na to stać. A my mieszkamy w tej biednej, przepracowanej Ameryce i nawet w śmigus-dyngus musieliśmy iść do roboty – stwierdza Rafał.

Z nowości: całą rodzinę, po kolei, dopadł wirus grypy żołądka, a Rafała wiosenne alergie.
– Poza tym praca, szkoła, przedszkole, angielski i dom. Od rana, do wieczora, dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Prawie się nie widujemy. Normalne amerykańskie życie. A moglibyśmy w Polsce 500 plus dostawać. Znajomy w Polsce ma trójkę dzieci – to jest tysiąc złotych, do tego dostaje rodzinne i jeszcze jakieś zapomogi. Twierdzi, że do pracy chodzi, ale jakby nie chodził, też by im wystarczyło – opowiada mi Rafał.

Dzieci przyzwyczaiły się do amerykańskiego tempa i rytmu, do tego, że wciąż coś się dzieje. W Wielki Piątek Wiktoria miała dzień wolny i stwierdziła, że wolałaby być w szkole, bo w domu nudno. Patryk podobnie, wstał rano i chciał jechać do przedszkola.

Rodzina, po pierwszym roku spędzonym w USA, na wakacje wybiera się do Polski. Bilety już kupione, z Chicago do Berlina, a stamtąd do Krakowa. Rafał na miesiąc, a Agnieszka z dziećmi na całe wakacje.
– Chcemy, żeby się dziadkowie dzieciakami nacieszyli i żebyśmy zdążyli odwiedzić znajomych. Może uda się trochę odpocząć, ale zanosi się na intensywny wyjazd. Wszystko w biegu, nawet wakacje – wzdychają.

Urlopy wzięte, Rafał w razie potrzeby będzie pracował ze swojego komputera w Polsce, Agnieszce nie opłaciłoby się pracować w lecie – na opiekę nad dziećmi i wakacyjne programy wydałaby więcej niż zdołałaby zarobić w przedszkolu. Dogadała się więc z szefem i do pracy wróci po wakacjach. Patryk już się cieszy, że będzie leciał samolotem, bo samoloty uwielbia. Czasem Rafał zabiera go w okolice lotniska, żeby razem popatrzeć na startujące i lądujące maszyny.

Na razie wybierają się na zakupy, żeby nie lecieć do Polski z pustymi rękami. Prezenty muszą przecież być, może jakieś buty, trochę ubrań.
– Alkoholu nie będę kupował, no chyba że na „wolnocłówce”, jak mnie najdzie, choć wątpię. Jasia wędrowniczka można teraz kupić w Polsce w każdym sklepie. Nie opłaca się wozić, jeszcze się rozbije po drodze, a jak mówią – lepiej żeby sołtysowi się stodoła spaliła, jak dobry alkohol rozbił – konstatuje Rafał.

Po powrocie z Polski Wiktoria, która w środę skończyła sześć lat, pójdzie do pierwszej klasy.
– Od świąt Bożego Narodzenia Wiki przeżywa, że pierwsza klasa już niedługo. Powiedziałam jej, że do tego czasu powinna nauczyć się czytać po angielsku, bo jej nie przyjmą, więc intensywnie czyta. Bardzo dobrze jej idzie, szkołę uwielbia – mówi Agnieszka.

Wiktoria rzeczywiście coraz lepiej mówi po angielsku, choć wciąż woli posługiwać się polskim, którego używa zawsze, gdy wie, że rozmówca ją zrozumie. Dochodzi czasem do zabawnych sytuacji, kiedy Wiki się zapomni i mówi po polsku do anglojęzycznych koleżanek. Ale wtedy szybko się przestawia na angielski. Natomiast Patryk, który polskiego i angielskiego uczy się równolegle, nie ma żadnych problemów z komunikacją. – Na placu zabaw przejmuje huśtawki i zjeżdżalnie mówiąc: „my turn” i „go away”, a podczas jazdy samochodem, gdy zobaczy coś ciekawego woła: „Oh, my goodness!”.

Zapraszam Rafała z Agnieszką i dziećmi, aby dołączyli do pracowników i czytelników „Dziennika Związkowego” w nadchodzącej Paradzie 3 Maja. Pytam, czy po prawie roku spędzonym w Chicago, nie mają potrzeby wyrażenia polskości. I czy czują się jeszcze jak Polacy, którzy dopiero co wysiedli z samolotu, czy jak Polonusi. Agnieszka nie jest pewna.
– Chyba jeszcze nie jesteśmy gotowi, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Ale dziękujemy za zaproszenie – mówi Rafał ze średnim entuzjazmem.



Maj 2017


Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem 8 czerwca 2016 r. przylecieli do Chicago. Przez pierwszy rok towarzyszymy im w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce.


Wiktoria obchodziła szóste urodziny. Z tej okazji w domu odbyło się przyjęcie.
– Były balony, przyszli goście – Oliwier, Tymon, Tosia i Amelka, wszyscy świetnie się bawili. Dostałam lego, a mama zrobiła tort z uśmieszkiem – opowiada Wiktoria. – A balony były latające! Pokazać?

Rafałowi skończył się semestr kursu języka angielskiego. Zdał test końcowy, z początkowych 218 punktów, po semestrze podskoczył na 248 i awansował na kolejny poziom, który rozpocznie we wrześniu.
– Porównuję moją znajomość angielskiego sprzed roku i teraz, i jest duży postęp. Rozumiem praktycznie wszystko, co się do mnie mówi i coraz swobodniej odpowiadam. Mam jeszcze czasem problemy ze zrozumieniem Meksykanów i Hindusów, którzy mają ciężki akcent. Ale cieszę się, że nie mam żadnych blokad, że potrafię się porozumieć. To niesamowite, ile człowiek potrafi przyswoić przez rok, biorąc pod uwagę, że przebywamy w środowisku głównie polskim.

Z nowości, to cała rodzina wybrała się na puszczanie latawca do pobliskiego Busse Woods.
– Stwierdziliśmy, że Chicago to jest miasto idealne do puszczaniu latawców. W Polsce trzeba się naprawdę nabiegać po tych łąkach, a i tak za chwilę latawiec ciągnąłeś za sobą po trawie. A tu – wystarczy stanąć, puścić linkę i gotowe! Dzieci się cieszą, a ty się nawet nie spociłeś. Zwijasz i do domu – śmieje się Rafał. Inna sprawa, że dzieciaki tak przewiało, że oboje złapali anginę i do dziś biorą antybiotyki.

I jeszcze jedno nowe doświadczenie – test spalin.
– Nasza hondzia przeszła test i mamy na dwa lata spokój. Ale czemu o tym mówię… jechałem na test spalin do Schaumburga przez Itaskę po Irving Park. I nagle poczułem się jak w Polsce. Wąziutka droga, drzewa na poboczach, aż miło mi się zrobiło.

Czas podsumowań


Niedługo minie rok, odkąd wylądowali w Chicago, a to dobry moment na retrospekcję i podsumowania.
– Rok temu odliczaliśmy dni do wylotu do Stanów. Pamiętam, że wiele godzin spędziliśmy na internetowym USA forum, na którym doświadczeniami wymieniali się ludzie, którzy, tak jak my, wylosowali zielone karty. Dyskutowaliśmy na temat obaw i wątpliwości dotyczących emigracji do USA. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć i zachęcić – pakujcie się i przylatujcie, nie ma się czego bać! Choć przyznaję, że wyjazd całą rodziną do Stanów to ogromne przedsięwzięcie i odpowiedzialność. Przyjechaliśmy zupełnie w ciemno, do Jerry’ego, którego poznaliśmy przez internet. Nie wyobrażasz sobie jaki to stres, kiedy lecisz przez pół świata z żoną i dwójką dzieci zupełnie w ciemno i nie wiesz, co stanie się jutro, co cię czeka na miejscu – mówi Rafał.

Pytam, czy bogatsi o doświadczenia ostatniego roku, zrobiliby cokolwiek inaczej.
– Nic – mówi krótko Rafał. – Nawet błędy, które popełniliśmy, doprowadziły do czegoś dobrego, do poznania konkretnych ludzi i podjęcia następnych decyzji. Sprawdziło się polskie przysłowie, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

Przyznają, Ameryka zaskoczyła ich wszystkim.
– Rafał na początku był Ameryką zdegustowany, zaskoczyła go bylejakością, niechlujstwem, kablami wystającymi z ziemi – mówi Agnieszka.
– My tu przyjechaliśmy z czystej i odnowionej za fundusze unijne Polski, która przyzwyczaiła do dość wysokich standardów. A tutaj nagle się poczułem, jakbym cofnął się o dwadzieścia lat. Już na lotnisku, zaraz po wylądowaniu zobaczyłem podjeżdżające pickupy i myślę „elegancko, Ameryka”. Ale wykładzina w stylu wczesnego Gomułki na wyjściu z terminalu wzbudziła moje podejrzenia. A potem było tylko gorzej – wspomina Rafał. – Ale po roku możemy śmiało stwierdzić, że Ameryka to świetny kraj do życia, jak się już przyzwyczaisz, to robi się fajnie. Przede wszystkim względy ekonomiczne. Pomiędzy Polską a Stanami jest przepaść jeśli chodzi o zarobki i siłę nabywczą pieniądza. Ostatnio oglądałem na TVN, jak krytykowali Misiewicza, że zarabiał 12 tys. złotych na miesiąc. A ja sobie wtedy pomyślałem, że przecież ja tutaj zarabiam podobnie, a na amerykańskie realia to żadna fortuna.

Rzeczywiście, stać ich na opłacenie mieszkania, dwa samochody, jedzenie, ubranie, drobne przyjemności i jeszcze można coś odłożyć. A w Polsce, jak mówi Rafał,niestety, sprawdziło się powiedzenie jego śp. dziadka, że „będziecie głodni chodzić, ale po brukowanych chodnikach!”.
– To oczywiście metafora, bo głodu w Polsce raczej nie ma, ale co z tego, że jest ładnie i na wysoki połysk, skoro ludzi na mało co stać? Dobrze, że dostali chociaż 500 plus dla wielu ludzi taka kasa to jak zbawienie – mówi Rafał.

Luz blues


W ciągu prawie roku w Stanach udało osiągnąć im się stabilizację, za którą przyszedł spokój.
 – Przez pierwsze pół roku, dopóki Rafał nie dostał stałej pracy, przychodziły nam do głowy myśli o powrocie. Ale do czego? Wszystko, co mieliśmy w Polsce sprzedaliśmy – mówi Agnieszka.

Ameryka dała im luz, sprawy materialne zeszły na drugi plan, bo nie muszą martwić się o przetrwanie od pierwszego do pierwszego. Pracować trzeba, ale można skupić się na karierze, wyznaczyć sobie cele i mieć marzenia.
 – Dostajesz wypłatę, kupujesz jedzenie do domu i nawet nie myślisz, że wydałeś te pieniądze, nie frustrujesz się, że wydałeś w spożywczym połowę wypłaty, jak to bywało w Polsce – mówi Agnieszka. – Dużo się w Stanach nauczyliśmy. Przede wszystkim żyć w otoczeniu innych ludzi, nie Polaków. Otworzyły nam się oczy, staliśmy się bardziej otwarci.

– W Polsce, jakby Murzyn przeszedł przez moją miejscowość, to trzy tygodnie później wszyscy by o tym mówili. W małych miejscowościach w Polsce nie ma tolerancji dla jakiejkolwiek inności. Polacy są konserwatywni, są trochę nacjonalistami, wielu rzeczy do siebie nie dopuszczają. Dlatego Polak musi wyjechać choć na chwilę z Polski, żeby zmienić swoje myślenie. W Polsce wciąż nadaje się na Żydów i Arabów, a kto tam widział kiedy Żyda albo Araba? Chyba w telewizji. Choć to nie jest tak, że Polacy z natury są rasistami, ksenofobami i wciąż narzekają. Są jacy są, bo są warunkowani ekonomicznie, nie czują się swobodnie, cały czas są spięci. Młodzi ludzie wciąż nie mają perspektyw, a żeby w Polsce mieć własny dom lub mieszkanie trzeba by sprzedać własna nerkę – konstatuje gorzko Rafał.
Agnieszka: – Może się nam wydawać, jacy jesteśmy otwarci i tolerancyjni, póki nie mamy kontaktu z innością. Ale to takie teoretyczne otwarcie. Rzeczywiście otwierasz się, kiedy na co dzień obcujesz z ludźmi z innych ras i kultur. Dopóki nie wyjedziesz, nie dowiesz się, że pod tą teoretyczną tolerancją siedzi w tobie typowo polski Polak. Dlatego ważna jest zmiana perspektywy, pozwala zobaczyć siebie i Polskę w innym świetle. Z daleka wszystko wygląda inaczej.
Rafał: – Wielokrotnie złapałem tego Polaka w sobie i pomyślałem, jak to się dzieje, że takie oceny i opinie same przychodzą mi do głowy. I poszedłem dalej – co mogę z nimi teraz zrobić? To cenna wiedza o sobie.

Czy jesteśmy już Polonią?


Pytam Rafała i Agnieszkę o ich zdanie na temat chicagowskiej Polonii. Rafał twierdzi, że przed przyjazdem do Stanów nie miał wyrobionego zdania, a Agnieszka dodaje, że z Polonią kojarzyli się jej zawsze górale i głosowanie na PiS. Zastanawiają się, czy po roku w Stanach, w Polsce będą odbierani jako Polonia, jak szpanerzy ze słomą w butach. Zdaniem Rafała, takie generalizowanie jest krzywdzące.

– Przeplatanie polskiego i angielskiego, te „hajłeje” i „garbecie” w wypowiedzi, nie świadczy o buractwie i ograniczeniu, wręcz przeciwnie – o wysokich umiejętnościach adaptacyjnych. Taki człowiek szybko potrafi się przestawić na nową rzeczywistość, szybko się uczy. Trzeba zazdrościć, a nie potępiać. Taka osoba po trzech tygodniach w Polsce wraca zresztą do „językowej normy”. A szpanerstwo? W Polsce na markowe buty musisz pracować trzy dni, więc idziesz na bazar i kupujesz jakieś „adaśki” za 60-80 złotych, bo też w nich pochodzisz. A w Stanach na „najki” pracujesz dwie albo trzy godziny. Inna sprawa, że niemarkowych po prostu nie znajdziesz. Ale Polak spojrzy na ciebie, podliczy ile masz na sobie i jest przekonany, że specjalnie się do Polski tak odstawiłeś, żeby mu zrobić na złość i pokazać, jak ci dobrze w tej Ameryce. Bo przecież na co dzień chodzisz potargany jak żul – śmieje się Rafał.

– Nawet jeśli będą nas w Polsce postrzegać jako Polonię, i tak się o tym nie dowiemy – dodaje Agnieszka.
Zastanawiamy się wspólnie, jakie będą ich pierwsze reakcje na polską rzeczywistość. Rafał jest przekonany, że Polska niczym go nie zaskoczy. Agnieszka nie jest taka pewna.
– Moja koleżanka na wakacjach w Polsce, po dwóch latach pobytu w Chicago, poszła do sklepu i przy kasie, kiedy ekspedientka ułożyła już z towarów górkę usłyszała „czemu pani tego nie pakuje?”. Zapomniała, że musi sama sobie spakować zakupy do własnej siatki.

– Mamy taką koleżankę z Sarasoty na Florydzie, Karolinę, która była zaskoczona po dwóch latach w Stanach, że nikt się do niej nie uśmiechał na wakacjach w Polsce. Tu wszyscy mają „happy face”. A tam wszyscy posępni, smutni, styrani życiem. Ale powtarzam, nie dziwię się, bo winna jest ekonomia – mówi Rafał.

Najbardziej zasymilowali się Patryk i Wiktoria. Wiki z jednej strony chętnie odwiedzi dziadków i pozostawione w Polsce zabawki, ale z drugiej, nie chce lecieć.
– Boi się, że nie wrócimy, że zostaniemy, nawet raz się rozpłakała. Ma tu swój pokój, koleżanki, niedługo upragnioną pierwszą klasę. Ale jestem przekonana, że po wakacjach dzieci nie będą z kolei chciały wyjeżdżać z Polski – mówi Aga.

Reset na wakacjach


Przez ostatni rok dużo się zmieniło w życiu Rafała, Agnieszki, Wiktorii i Patryka, zwanego Ptysiem. Zmieniło się w poziomie życia, ale też w mentalności i myśleniu.
– Nie jesteśmy już w rozkroku, nie przeliczamy już wszystkiego na złotówki. Naszym celem jest zostać w Stanach przynajmniej do uzyskania obywatelstwa. Ale patrzę na nasze dzieci i wiem, że im dłużej w Ameryce, tym trudniej wrócić – mówi Rafał.
Agnieszka dodaje:
– Najważniejsze, żeby nie zamykać sobie dróg i nie palić mostów. I pielęgnować język polski u dzieci.

10 czerwca rodzina wylatuje na wakacje do Polski. Rafał z Agnieszką obiecali sobie, że na zasłużonych wakacjach w Polsce odpoczną, „zresetują się” i wrócą do Chicago, do normalnego życia. Będą wracać do siebie.



Czerwiec 2017. Jeden rok w USA


Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem, zwanym Ptysiem, po wygranej w loterii wizowej wylądowali 8 czerwca 2016 r. na chicagowskim lotnisku O’Hare. Przez rok towarzyszyliśmy im w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce.

Pora na podsumowanie. Proponujemy wam prześledzenie najważniejszych wydarzeń minionego roku w życiu naszych bohaterów, którzy Kalwarię Zebrzydowską zamienili na Chicago.

CZERWIEC 2016 – Prolog


Rafał: – Dlaczego Ameryka? Zawsze chciałem ją zobaczyć, a kiedy pojawiła się możliwość, żeby w niej zamieszkać, pomyślałem: „Czemu nie?”. Poza tym wszyscy w Polsce wybierają Europę, bo łatwiej i bliżej. My jesteśmy odważni i chcemy spróbować czegoś niestandardowego. Wszystko przed nami!
Z lotniska odebrał ich Jerry – Polak, który na emigracji zęby zjadł, tłumacz i człowiek generalnie zorientowany.

Pierwsze wrażenia były pozytywne: duże ulice, duże samochody, małe domki, w sumie dokładnie tak, jak sobie Amerykę wyobrażali. Ich priorytety to w kolejności: praca, samochód i mieszkanie, najlepiej jak najbliżej pracy. – Póki co mieszkamy na poddaszu u Jerry’ego i nie jest źle. Ale wkrótce będę wiedział, ile będę zarabiał i na co będzie nas stać – mówił nam przed rokiem Rafał.

Równo tydzień po wylądowaniu na O’Hare Rafał i Agnieszka zostali właścicielami samochodu. Hondę Odyssey, rocznik 2001, z milażem 195 tys., znaleźli przez Craiglist. Auto kupili u okolicznego dealera używanych samochodów.
Rafał i Agnieszka nie mieli przesadnie wygórowanych marzeń:
– Nie oczekujemy życia jak z Hollywood ani willi z basenem. Chcemy mieć zwykłe, spokojne życie – mówił Rafał.

LIPIEC 2016 – przeprowadzka i numery SS


– U Jerry’ego wytrzymaliśmy trzy tygodnie, ale na dłuższą metę niemożliwe było mieszkać z dwójką małych dzieci na poddaszu bez kuchni. Poza tym chcieliśmy być jak najszybciej u siebie. Oglądaliśmy kilka mieszkań, ale były albo przy ruchliwej drodze, albo bejzmenty, albo wymagano od nas dokumentów, których siłą rzeczy mieć nie mogliśmy – na przykład zaświadczenia o zarobkach – opowiadał Rafał.

Przyjechali do podmiejskiego Mount Prospect, pojeździli po okolicy i spodobało im się. Sporo Polaków, polskie sklepy niedaleko, dobre szkoły dla dzieciaków. Do dwusypialniowego, odnowionego mieszkania z balkonem przeprowadzili się pomimo ostrzeżeń ich pierwszego amerykańskiego anioła stróża.
– Jerry mówił, że rzucamy się na głęboką wodę, że tu do wszystkiego daleko, że nie ma Polaków. I oczywiście, że się nie znamy. Chciał pomóc, to dobry człowiek, ale trochę nadopiekuńczy – mówił Rafał.
Ciemnych stron emigracji w lipcu 2016 roku nie widzieli, ale jak mówił Rafał, „tutaj wszystko jest inne”.
– Weźmy chociażby te ceglane elewacje, tutaj to niby wykończony dom, a przecież to surowa cegła. Mój teść jakby tu wpadł, to by to wszystko najpierw ocieplił, a następnie otynkował – śmiał się nasz bohater. – Strasznie mnie te cegły drażnią, a są wszędzie. Ale jak się na coś długo patrzy, to w końcu może się spodoba, przyzwyczaję się.

SIERPIEŃ 2016 – pierwsza praca Rafała


Rafał znalazł pracę w drukarni sitodrukowej, blisko domu, świetna ekipa – sami Polacy. Atmosfera też super, czek co tydzień. – Czas leci, chwycisz się za robotę, zagadasz z kolegą i ani się obejrzysz, a już jest lunch. Budżet jeszcze do końca się nam nie domyka, ale jesteśmy dobrej myśli. Żeby tylko nie zdarzyły się niespodziewane dodatkowe wydatki, jak naprawa samochodu, bo będziemy musieli dokładać z zaskórniaków – mówił Rafał.

Wciąż wszystko w Stanach jest dla nich nowe, warte spróbowania. Na zakupach przeliczają dolary na złotówki, porównują standard w Stanach i w Polsce. Dziwi ich, że Polacy w Polsce mają przeświadczenie, że Ameryka jest wspaniała, najlepsza, że wszystko tu jest takie naj, naj, naj. Bogactwo i luksus. Tymczasem oni po dwóch miesiącach, widząc tę wszechobecną prowizorkę, zastanawiają się czasem, czy nie pomylili samolotów, czy rzeczywiście wylądowali w Ameryce. Choć oczywiście, jak mówią, jest inaczej, łatwiej. Wartość nabywcza pieniądza jest większa, można sobie więcej kupić, na więcej człowieka stać.

WRZESIEŃ 2016 – pierwsze tęsknoty


Wiktoria poszła do szkoły, w której zajęcia odbywają się po polsku i po angielsku. Może dlatego mówi po angielsku z coraz większą łatwością. Jest zachwycona koleżankami, rysowaniem kredą po podłodze, gimnastyką. Ostatnio powiedziała ojcu, że nie chce już wracać do Polski, choć wciąż tęskni za dziadkami.

Patryk, zwany Ptysiem, też świetnie znosi emigrację. Buzia mu się nie zamyka, a największym sukcesem ostatniego miesiąca jest pożegnanie z pieluchami. Sam kładzie podkładkę na sedes. Stara się, bo bardzo chce pójść do przedszkola. Kiedy Wiktoria poszła do szkoły, był trochę osowiały, bardzo płakał za siostrą, ale szybko sobie poradził.

Za to Rafał z Agnieszką zaczynają tęsknić: za rodziną, za domem z kawałkiem zieleni i altanką, za znajomymi, których zostawili w Polsce.
– Cały czas myślimy co robić, jeszcze jesteśmy w rozkroku pomiędzy Polską a USA. Ja coraz bardziej patrzę na rzeczywistość przez tutejszy pryzmat. Pierwszy szok już za nami, choć zdarzają się momenty kryzysowe. Szczególnie jak czasem mam gorszy dzień, to trzasnąłbym tym wszystkim, kupił bilet i poleciał do Polski – mówił Rafał.
Agnieszka powoli się do nowej rzeczywistości przyzwyczaja.
– Brakuje mi spacerów; w Polsce w każdej chwili mogłam wyjść „na miasto”, ze znajomymi się spotkać, a tutaj wszędzie daleko, trzeba jechać samochodem. Czuję się trochę uziemiona na tym osiedlu, choć sąsiedzi i znajomi z okolicznych budynków to bardzo mili ludzie.

PAŹDZIERNIK 2016 – Agnieszka przepowiada zwycięstwo Trumpa


Rafał nie pracuje już w drukarni. Pracę fizyczną zamienił na bardziej kreatywną – w agencji marketingowej w śródmieściu Chicago.
– Biurowiec mieści się nieopodal Willis Tower, to jeszcze nie drapacz chmur, ale już jestem w downtown – śmiał się Rafał.
Zmiana pracy spowodowała, że Rafał poczuł się lepiej i pewniej.
– Dotychczas w Stanach brakowało mi trochę stabilności, finansowej i mentalnej. Co będzie potem? Nadal żadna z opcji, włącznie z powrotem do Polski, nie jest wykluczona. Przez te cztery miesiące, które jesteśmy w USA, dużo się wydarzyło w naszym życiu, ale mamy nadzieję, że najtrudniejsze początki już za nami.

Nie narzekają też na życie towarzyskie, właściwie w każdy weekend gdzieś wyjeżdżają, do znajomych albo zapraszają kogoś do siebie. “Długie Polaków rozmowy” oscylują głównie wokół dwóch tematów – emigracji i polityki. Mają swoje zdanie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich.
– Jeszcze w Polsce nie wierzyłam, że ludzie znajdą tyle odwagi, żeby zagłosować na Trumpa, ale kto wie, może być niespodzianka. Trudno ocenić, mamy inną mentalność niż Amerykanie – mówiła Agnieszka.

LISTOPAD 2016 – Święto Dziękczynienia i wycieczka na „Searsa”


Na Halloween Ptysiowi nie udało się w tym roku pozbierać cukierków, mimo że świetnie wyglądał w przebraniu strażaka. Uparł się jednak, że nie będzie psuł efektu i odmówił ubrania na kostium kurtki, wobec czego, niestety, musiał zostać w domu. Wiktoria w stroju syrenki poszła zbierać słodycze z całą grupą dzieci z osiedla. Pierwsza pukała do drzwi, w ogóle zrobiła się bardzo śmiała i przebojowa.

W końcu rodzina wybrała się na Willis Tower, na słynny Skydeck, choć jak wszyscy Polacy w Chicago, mówią, że byli na „searsie”. Po godzinie spędzonej w kolejce Rafał chciał nagrać wjazd windą, ale nim zdążył wyjąć telefon z kieszeni, już byli na górze. Wiktoria dzień wcześniej nie chciała jechać, bała się, że tak wysoko, ale na górze szybko zmieniła zdanie, bardzo jej się podobało. Ptysiowi też, przystawał przy każdym oknie i patrzył na miasto. Dzieci pierwsze weszły na balkon ze szklaną podłogą.

Z okazji Święta Dziękczynienia zdali sobie sprawę, za co są wdzięczni: za rodzinę, za siebie nawzajem, zdrowe, radosne dzieci. Za to, że powoli zaczyna im się w Stanach układać, za zrozumienie i wyrozumiałość dla nich, nowych imigrantów, za to, że w amerykańskiej rzeczywistości coraz lepiej się odnajdują.

GRUDZIEŃ 2016 – smutne święta


– Smutno jest. Nie dlatego, że nie jesteśmy w Polsce, ale dlatego, że nie jesteśmy z rodziną. W sumie to nawet cieszymy się, że te święta wypadają w weekend, że nie będą jakoś szczególnie zauważalne, szybko miną i będzie można pójść do pracy – mówił Rafał.

Święta minęły spokojnie. Wigilię Rafał z Agnieszką i dziećmi spędzili u sąsiadów. W całkowicie polskim gronie, po polsku, wśród tradycji. Oprócz wigilijnych potraw i łamania się opłatkiem znalazło się wspólne oglądanie świątecznego nieśmiertelnego hitu „Kevin sam w domu”. Wyłomem w polskiej tradycji była gwiazdka, a właściwie moment wręczenia prezentów.
– Dzieciaki prezenty dostały rano w Boże Narodzenie, po amerykańsku.

STYCZEŃ 2017 – Agnieszka idzie do pracy, a Ptyś do przedszkola


Agnieszka na tydzień przed świętami zadzwoniła pod numer z ogłoszenia i znalazła pracę jako pomoc przedszkolna. Jest bardzo zadowolona. Nowi ludzie, skład międzynarodowy, więc porozumiewają się po angielsku i automatycznie osłuchuje się z językiem. – Najtrudniej było odzwyczaić się od ciągłego siedzenia w domu. Ale ta zmiana była mi bardzo potrzebna. Patrykowi też, bo jest wśród dzieci, ale w tym samym budynku, więc nie muszę pędzić z pracy, żeby go odebrać.

Po pół roku w Stanach do polszczyzny Rafała i Agnieszki niepostrzeżenie wkradł się Ponglish.
– Choćbyś nie wiem jak się pilnował, zaczynasz mówić ponglishem, zdarza mi się „garbedź” albo „trefik”. To machinalne, nawet nie zauważam, że tak mówię. Trochę wstyd będzie, jak ktoś z Polski przyjedzie w odwiedziny, pomyśli, że nam odbiło, albo nie będzie wiedział, o co nam chodzi.

LUTY 2017 – amerykańska codzienność i lekcje angielskiego


Od kiedy obydwoje pracują, wspólnie spędzanego czasu jest coraz mniej. Rodzeństwo, tak jak rodzice, też spotyka się tylko wieczorami i w weekendy, ale przynajmniej teraz cieszą się, że się widzą. Rafał często do domu wraca późną nocą, bo po pracy jedzie na angielski do pobliskiego college’u. Dostał się do grupy średnio zaawansowanej. Tylko z zadaniami domowymi różnie bywa, bo czasami po prostu nie ma na nie czasu.
– Jestem bardzo zadowolony, że mogę chodzić na te zajęcia do college’u, w dodatku za darmo. Jedyny koszt to książki za 35. dol. Naprawdę wystarczą dobre chęci – mówi Rafał.

W szkole świetnie radzi sobie Wiktoria, której pasją ostatnio stało się rysowanie. Wiktoria ma świetne oceny ze wszystkich przedmiotów, coraz lepiej radzi sobie z angielskim, bardzo dobrze czyta.

MARZEC 2017 – postępy widoczne gołym okiem


Po dziewięciu miesiącach w imigranckim życiu Rafała i Agnieszki postępy widać gołym okiem. Mieszkanie urządzone prawie kompletnie, w salonie na ścianie przybył oryginalny zegar, na drzwiach wieszak. Wszystko idzie do przodu, ale powoli, czasem wolniej niżby chcieli. Jedyne, czego brak, to wolny czas. Żyją w systemie praca–dom, weekend i znowu do pracy.
– Czasem zastanawiamy się z żoną, jaka to różnica, czy żyjemy w Stanach czy w Polsce, skoro i tak na nic nie ma czasu, wciąż tylko praca i praca.
– Finansowo różnica jest – poprawia go Agnieszka.

Mały Patryk, który jednocześnie uczy się polskiego i angielskiego, miesza języki w sposób tak zagmatwany, że momentami trudno zrozumieć, o co mu chodzi.

KWIECIEŃ 2017 – Wielkanoc przy grillu i wakacyjne plany w Polsce


Święta, święta i po świętach. Agnieszka była z dziećmi na święconce w kościele św. Zachariasza. Wielkanoc spędzili w domu, a właściwie przed blokiem, na grillu z sąsiadami, bo pogoda była tak piękna i wiosenna, że nie sposób było siedzieć w mieszkaniu. Poza tym zmieniły się przepisy w budynku i nie wolno już grillować na balkonie.
– To tyle, jeśli chodzi o święta. Jeden dzień i do roboty. Nie to co w Polsce.

MAJ 2017 – urodziny Wiktorii i czas podsumowań


Wiktoria obchodziła szóste urodziny. Z tej okazji w domu odbyło się przyjęcie.
 – Były balony, przyszli goście – Oliwier, Tymon, Tosia i Amelka, wszyscy świetnie się bawili.

Rafałowi skończył się semestr kursu języka angielskiego. Zdał test końcowy, z początkowych 218 punktów podskoczył do 248 i awansował na kolejny poziom, który rozpocznie we wrześniu.
– Porównuję moją znajomość angielskiego sprzed roku i teraz, i jest duży postęp. Rozumiem praktycznie wszystko, co się do mnie mówi i coraz swobodniej odpowiadam.

W ciągu prawie roku w Stanach udało im się osiągnąć stabilizację, za którą przyszedł spokój. – Przez pierwsze pół roku, dopóki Rafał nie dostał stałej pracy, przychodziły nam do głowy myśli o powrocie. Ale do czego? Wszystko, co mieliśmy w Polsce, sprzedaliśmy – mówiła Agnieszka.

Ameryka dała im luz, sprawy materialne zeszły na drugi plan, bo nie muszą martwić się o przetrwanie od pierwszego do pierwszego. Pracować trzeba, ale można skupić się na karierze, wyznaczyć sobie cele i mieć marzenia.
– Dostajesz wypłatę, kupujesz jedzenie do domu i nawet nie myślisz, że wydałeś te pieniądze, nie frustrujesz się, że wydałeś w spożywczym połowę wypłaty, jak to bywało w Polsce – mówiła Agnieszka. – Dużo się w Stanach nauczyliśmy. Przede wszystkim żyć w otoczeniu innych ludzi, nie Polaków. Otworzyły nam się oczy, staliśmy się bardziej otwarci.

CZERWIEC 2017 – Epilog


Przez ostatni rok w życiu Rafała, Agnieszki, Wiktorii i Patryka, zwanego Ptysiem zmieniło się wszystko. Zmieniło się w poziomie życia, ale też w mentalności i myśleniu. – Nie jesteśmy już w rozkroku, nie przeliczamy już wszystkiego na złotówki. Naszym celem jest zostać w Stanach przynajmniej do uzyskania obywatelstwa. Ale patrzę na nasze dzieci i wiem, że im dłużej w Ameryce, tym trudniej wrócić – mówi Rafał.
Agnieszka dodaje:
 – Najważniejsze, żeby nie zamykać sobie dróg i nie palić mostów. I pielęgnować język polski u dzieci.

10 czerwca rodzina wyleciała na wakacje do Polski. Odwiedzą rodzinę, przyjaciół, Rafał rozpali grilla obok swojej ukochanej altanki. Pojadą na wakacje na Chorwację. Rafał planuje wrócić do Chicago wcześniej, ponieważ będzie potrzebny w firmie. Agnieszka z dziećmi przyjadą na krótko przed rozpoczęciem roku szkolnego. Rafał z Agnieszką obiecali sobie, że na zasłużonych wakacjach w Polsce odpoczną, „zresetują się” i wrócą do Stanów, do swojego normalnego życia.

Będą już wracać do siebie.


© Grzegorz Dziedzic
gdziedzic@zwiazkowy.com
źródło publikacji: „Dziennik Związkowy” (USA), marzec - czerwiec 2017
www.dziennikzwiazkowy.com



Postscriptum

Bohaterom: Agnieszce, Rafałowi, Wiktorii i Patrykowi dziękujemy za to, że przez rok zechcieli dzielić się na naszych łamach swoimi odczuciami na temat ich nowego życia w nowym kraju. Mamy nadzieję, że ta ich opowieść będzie dla nowych emigrantów swoistym vademecum.


Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (I)
Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (II)
Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (III)
☞ Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (IV)





Ilustracje © Grzegorz Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz