WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, OBYWATELOM UB, KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (I)

„Dziennik Związkowy” to najstarsza istniejąca i zarazem największa gazeta polska wydawana w Stanach Zjednoczonych. Ponad rok temu jeden z jej dziennikarzy postanowił śledzić losy nowoprzybyłej rodziny emigrantów z Polski i publikować ich perypetie w „DZ”. Oto ich historia.


Czerwiec 2016


Agnieszka i Rafał z córką Wiktorią i synem Patrykiem, zwanym Ptysiem, zaczynają nowe życie w Chicago.
Po wygranej w loterii wizowej wylądowali 8 czerwca 2016 r. na chicagowskim lotnisku O’Hare. Przez pierwszy rok będziemy im towarzyszyć w ich amerykańskiej przygodzie, której początki dobrze pamięta każdy, kto uwierzył w mit o Ameryce.

Wszystko przed nami!


Spotykam ich na terminalu piątym i pytam o pierwsze wrażenia.
Jakbym wylądował dzisiaj na innej planecie, nie byłbym w stanie opowiedzieć o pierwszych wrażeniach, taki jestem zmęczony. Spytaj jutro – mówi Rafał.

Są zmęczeni, ale zadowoleni, dotarli na miejsce. Pierwszy raz w życiu lecieli samolotem. Z Krakowa do Warszawy, gdzie prawie spóźnili się na dreamlinera do Chicago. Dzieci podróż zniosły znakomicie, 5-letnia Wiktoria siedziała koło okna i pstrykała zdjęcia komórką mamy, 2-letni Patryk pokazuje, ze samolot był „duzi”.

Pięć lat temu, jadąc samochodem, Rafał usłyszał w radiu informację o ponownym włączeniu Polski do programu loterii wizowej do USA. Zawsze ciągnęło go do lepszego świata. „Dlaczego nie Ameryka?” – pomyślał. Przez pięć kolejnych lat najpierw jako kawaler, a później też w imieniu Agnieszki, wysyłał zgłoszenia na loterię wizową. Bez skutku, aż do maja 2015 roku. Na ekranie komputera, gdzie należało sprawdzić wyniki loterii, przy nazwisku Rafała jak zwykle wyskoczyło „not selected”, ale przy nazwisku Agnieszki pokazała się adnotacja o błędzie bazy danych. Rafał sprawdził kilka dni później i okazało się, że Aga wygrała wizę. Po długich przemyśleniach i wielogodzinnych dyskusjach zdecydowali, że jadą do Ameryki.

– Jerry jestem


– przedstawia się Jerry, który pod terminal zajechał swoim nie pierwszej młodości złotym lexusem. Jerry jest kierowcą i tłumaczem. Zawiezie, odwiezie, przetłumaczy, pomoże załatwić. Full serwis. Jest zorientowany w każdym temacie i chętnie się swoim doświadczeniem podzieli. Jerry to stary emigracyjny wyjadacz i sympatyczny facet. Ma styl i luz. Okularki, luźne, wygodne ciuchy, siatkowa podkoszulka, bo lato w pełni. Rafał poznał Jerry’ego przez internet. Od słowa do słowa, dogadali się, że Jerry pomoże im w Ameryce wystartować.

Walizki mieszczą się bez problemu w przepastnym bagażniku. Jedziemy do domu Jerry’ego, gdzie Rafał z Agnieszką wynajmować będą poddasze. Niewielki murowany domek w Schiller Park. Zadbany, choć gołym okiem widać brak kobiecej ręki. Na skrzynce na listy spłowiała naklejka „Smoleńsk 2010, Pamiętamy”. Na poddaszu dwie sypialnie i łazienka. W małej lodówce podstawowy prowiant na dwa dni, trochę jedzenia, oranżada i czereśnie. Jogurty i banany dla dzieci. Mleko? Nie ma, trzeba będzie podskoczyć.
Gdyby nie Jerry, nie wiem, czy zdecydowalibyśmy się na przyjazd. Doceniamy wszystko, co dla nas robi – mówi Rafał. Rzeczywiście, Jerry się stara. Dał dwa ogłoszenia do radia: udało się znaleźć większą lodówkę do oddania za darmo, ale nie udało się znaleźć kogoś, kto by ją przewiózł. Na drugie ogłoszenie, dotyczące mieszkania do wynajęcia, odpowiedziała jakaś pani, ale cena była zaporowa – 2 tys. dolarów za miesiąc.
To jakiś Polish joke – prycha Jerry.

Pytam, dlaczego w ogóle Ameryka. W końcu cała Europa stoi otworem, a w Polsce podobno żyje się całkiem nieźle. Rafał:
Czemu Ameryka? Zawsze chciałem ją zobaczyć, a kiedy pojawiła się możliwość, żeby w niej zamieszkać, pomyślałem: „czemu nie?”. Poza tym wszyscy w Polsce wybierają Europę, bo łatwiej i bliżej. My jesteśmy odważni i chcemy spróbować czegoś niestandardowego. Wszystko przed nami!

To ich pierwszy raz na emigracji.
Jest to strasznie przykre, że ten kraj tak „klapie”, bo szczerze mówiąc, to wolałbym tam spokojnie żyć – mówi Rafał, kiedy pytam o sytuację w Polsce. – Wciąż nie da się tam normalnie żyć. W każdej dziedzinie życia podejście w Polsce jest takie samo, zawsze kłody pod nogi. Chcę normalnego życia, a nie pracy non stop, bo do tego sprowadzało się moje życie w Polsce. Nie chcę, żeby moja córka, widząc mnie któregoś dnia, zapytała: „Co to za pan?”.

Spacer do Wendy’s


Z domu najbliżej mają do McDonald’s, ale wolą Wendy’s, jedzenie jednak trochę smaczniejsze. Poza tym nie da się chodzić, bo gorąco, parno, a z chodnikami bieda.
Pierwsze wrażenia: ogromny spokój na osiedlu, gdzie mieszkamy. Co mi się nie podoba, to sprawa bezpieczeństwa pieszych. Brakuje chodników, bezpiecznych przejść przez jezdnię, pasy na jezdni widziałam tylko na parkingu pod supermarketem. Przechodzenie z wózkiem przez drogę to spore wyzwanie. Ale rozumiem, dlaczego tak jest – mało kto tutaj chodzi piechotą, wszyscy jeżdżą samochodami – mówi Agnieszka.

Jedziemy do pobliskiego supermarketu po siedzenia samochodowe dla dzieci. Rafał śmieje się, żeby nie mówić Jerry’emu, że kupują nowe w sklepie, bo obruszy się, że nie są oszczędni, że można było kupić używane na garage sale’u. Po drodze mijamy forda F-350, przedłużona wersja, z paką.
Jezuu, jaki wielki! Metraż ma pewnie większy niż kawalerka ze ślepą kuchnią w Nowej Hucie – śmieje się Rafał. Pytam o pierwsze wrażenia, bo od przylotu minęło już kilka dni:
Nic nas dotychczas nie przeraziło. Wrażenia póki co pozytywne: duże ulice, duże samochody, małe domki. Myślę, że żyje się tutaj łatwiej niż w Polsce. Po tygodniu wszystko wygląda dobrze, wszystkie moje oczekiwania się spełniły, jest tak, jak sobie to wyobrażałem.

Rafał do pracy wybiera się od poniedziałku, interview z właścicielem stolarni w Schiller Park poszło całkiem dobrze. Rafał ma z Polski doświadczenie w projektowaniu i budowaniu mebli. W Polsce zajmował się marketingiem i grafiką komputerową, prowadził kampanie dwóch firm z branży meblarskiej. Zna się trochę na stolarce i nie boi ciężkiej pracy, poza tym „fizyczna praca po siedzeniu przed komputerem przyda się, żeby zgubić parę kilo”.

Wiktorii najbardziej podobają się place zabaw i nowe koleżanki, które już poznała na osiedlu.
Odezwałam się do jednej po polsku, ale popatrzyła tylko i uciekła – mówi Wiki. Spróbowała zatem po angielsku i bardzo dobrze poszło. – Ja się dopiero uczę – zastrzega z filuternym uśmieszkiem.

Agnieszka na razie zamierza zostać w domu z dziećmi, przynajmniej do końca wakacji, poza tym trzeba będzie się rozejrzeć za szkołą dla Wiktorii i przedszkolem dla Ptysia. Póki co są umówieni z agentem, żeby załatwić ubezpieczenie zdrowotne dla dzieciaków.


Na razie zostajemy


Priorytety Rafała i Agnieszki to w kolejności: praca, samochód i mieszkanie, najlepiej jak najbliżej pracy.
Póki co mieszkamy na poddaszu u Jerry’ego i nie jest źle. Ale wkrótce będę wiedział, ile będę zarabiał i na co będzie nas stać – mówi Rafał i dodaje: – Zaczniemy normalnie żyć. Gdzieś trzeba pojechać, dzieciom obiecaliśmy wyprawę do zoo. I do downtown, bo na razie znamy je tylko z wirtualnych wycieczek na Google Maps.

Pytam o nadzieje i marzenia.
 – Chcemy mieć tutaj normalne życie, dom, przyjaciół. Nie oczekujemy życia jak z Hollywood ani willi z basenem. Chcemy mieć zwykłe, spokojne życie. Chcemy, żeby było nas stać na wakacje, żeby naszym dzieciom było łatwiej niż nam – mówi Rafał.
Po pierwszym tygodniu jesteśmy dobrej myśli i pełni nadziei. Na razie zostajemy. Jetlag prawie za nami, choć Patryk po tygodniu w Stanach obudził się o trzeciej w nocy, rześki i gotowy, by rozpocząć nowy dzień – mówi Agnieszka.

Jedziemy na obiad, bo ile można żyć na hamburgerach i sztucznym kurczaku z fast foodu. Ptyś pochłania quesadillas, domaga się ostrego czerwonego sosu, popija meksykańską pomarańczową oranżadą, choć wolałby pepsi. Wiktoria wybrzydza, bardziej smakują jej chicken nuggets z Wendy’s koło domu.
Tylko nie narzekaj, jak za godzinę będziesz głodna – upomina ją ojciec.
Wiki powoli obgryza kukurydzianego chipsa.

Samochód znaczy wolność


Równo tydzień po wylądowaniu na O’Hare Rafał i Agnieszka zostali właścicielami samochodu. Hondę odyssey, rocznik 2001, z milażem 195 tys., znaleźli przez Craiglist. Auto kupili u okolicznego dealera używanych samochodów. Udało się nawet stargować dwie stówki, choć całość lekko przekroczyła założony budżet. Transakcja poszła błyskawicznie, od dealera wyjechali z tablicami rejestracyjnymi i ubezpieczeniem.
Mam nadzieję, że pojeździ przynajmniej trzy miesiące. Ale do downtown na razie nim nie pojedziemy, nie chcę, żeby wracało na lawecie – mówi Rafał. Zwiedzanie Ameryki nowym samochodem zaczęli zatem spokojnie, od najbliższej okolicy. Do parku, na większe zakupy. Pojeżdżą też po okolicznych miasteczkach, żeby rozejrzeć się za mieszkaniami do wynajęcia. A w weekend – może do zoo, może na plażę. Ale raczej zoo – Wiktorii bardzo na tym zależy.

Z naszymi bohaterami spotkamy się dokładnie za miesiąc. Mamy nadzieję, że nieco ochłoną i opowiedzą, jak im w tej Ameryce jest: coraz lepiej, czy niekoniecznie …



Lipiec 2016


Agnieszka i Rafał z córką Wiktoria i synem Patrykiem 8 czerwca przylecieli do Chicago. Na stałe. Minął zaledwie miesiąc ich amerykańskiego życia, a już zdołali kupić samochód, wynająć mieszkanie na przedmieściach i poznać nowych znajomych. Szybko zrozumieli, że odwaga i pozytywne nastawienie, to klucze do sukcesu w Ameryce.

– U Jerry’ego wytrzymaliśmy trzy tygodnie, ale na dłuższą metę niemożliwe było mieszkać z dwójką małych dzieci na poddaszu bez kuchni. Poza tym, chcieliśmy być jak najszybciej w końcu u siebie. Tak się złożyło, że poznałem kilku Polaków i jeden z nowych znajomych zaproponował nam wynajęcie mieszkania. Na początku chcieliśmy osiedlić się w Schiller Park, bo się nam tam podobało. Oglądaliśmy kilka mieszkań, ale były albo przy ruchliwej drodze, albo bejzmenty, albo wymagano od nas dokumentów których siłą rzeczy mieć nie mogliśmy – na przykład zaświadczenia o stałości zarobków – opowiada Rafał.

Przyjechali do podmiejskiego Mount Prospect, pojeździli po okolicy i spodobało im się. Sporo Polaków, polskie sklepy niedaleko, dobre szkoły. Rafał szuka pracy w okolicy, wysłał kilkanaście resumes do okolicznych firm, czeka na odpowiedź. Umówiliśmy się na pierwszą po południu, bo o czwartej ma interview. Rafał liczy, że dostanie pracę w swoim zawodzie, jako projektant stron internetowych. Potrzebują też pracownika w pobliskiej drukarni, co pozwoliłoby pracować Rafałowi w fachu, który trochę zna. Rafał jest pełen zapału i pomysłów, planuje otworzenie własnej firmy zajmującej się projektowaniem stron www oraz e-sklepami.

Agnieszka: – Ja się jeszcze wciąż czuję jak na wakacjach, ostatnio jechaliśmy na plażę przez dzielnicę ogromnych domów z werandami, przy których rosły ogromne drzewa, to była scena jak żywcem wyjęta z filmu. Jeszcze się do końca nie zaaklimatyzowałam, ale po miesiącu mam pozytywne wrażenia. Szczególnie, kiedy w końcu dostaliśmy numery Social Security poczułam, że możemy zacząć tutaj normalnie funkcjonować. Wcześniej tkwiliśmy trochę w martwym punkcie. Bo jak nam tu już życie pokazało, bez tych numerów człowiek praktycznie nie istnieje i nie jest w stanie zrobić nawet prawa jazdy. Teraz będziemy mogli zacząć normalnie żyć.

Agnieszka czeka na rozpoczęcie roku szkolnego. Kiedy Wiktoria pójdzie do zerówki, a dla Patryka uda załatwić się przedszkole, będzie szukać pracy, na początek może zostanie nianią.

Puste, ale własne


Do dwusypialniowego, odnowionego mieszkania z balkonem w Mount Prospekt Rafał z Agnieszką, Wiktorią i Patrykiem zwanym Ptysiem przeprowadzili się pomimo ostrzeżeń ich pierwszego amerykańskiego anioła stróża. – Jerry mówił, że rzucamy się na głęboką wodę, że tu do wszystkiego daleko, że nie ma Polaków. I oczywiście, że się nie znamy. Chciał pomóc, to dobry człowiek, ale trochę nadopiekuńczy – mówi Rafał.
– Na naszym osiedlu mieszka sporo Meksykanów. Ostrzegano nas, że będzie głośno, że fiesta i ciągłe imprezy, a tymczasem jest spokój i cisza. Nawet 4 lipca postrzelali sztucznymi ogniami do dziesiątej, a potem cisza nocna. Jesteśmy bardzo zadowoleni z przeprowadzki i nowego mieszkania – mówi Agnieszka. – Polak Polaka zrozumie, wynajęliśmy bez sprawdzania kredytu, podpisaliśmy umowę na rok, daliśmy depozyt. Mieszkanie udało się wynająć poniżej tysiąca dolarów, więc cena atrakcyjna – dodaje Rafał.

I choć mieszkanie stoi praktycznie puste, czuć w nim domową atmosferę. Jest stół w kuchni, a wiadomo, że to przy nim koncentruje się rodzinne życie. Brakuje mebli, póki co kupili dzieciom piętrowe łóżko. Wiktoria jest zadowolona, bo śpi na górze. Na Craigslist znaleźli telewizor, używany, ale tani, za 100 dolarów. – Wysłałem SMS-a, wszystko po angielsku. Pojechałem, gadam z facetem po angielsku, dogadaliśmy się co do ceny, ale pytam go jeszcze, czy ma kabel HDMI, żeby laptopa podpiąć. A on wychyla się za drzwi i krzyczy po polsku: „Kamil, mamy kabel do telewizora?!”. Tak poznałem Wieśka, kontraktora, złotą rączkę. Przefajny facet, bardzo solidny, wziął mnie już kilka razy ze sobą do pracy i dał zarobić parę groszy.


Ameryka to stan umysłu


Negatywów i ciemnych stron na razie nie widzą, ale jak mówi Rafał „tutaj wszystko jest inne”. – Weźmy chociażby te ceglane elewacje, tutaj to niby wykończony dom, a przecież to surowa cegła. Mój teść jakby tu wpadł, to by to wszystko najpierw ocieplił, a następnie otynkował – śmieje się Rafał. – Strasznie mnie te cegły drażnią, a są wszędzie. Ale jak się na coś długo patrzy, to w końcu może się spodoba, przyzwyczaję się.

Inna rzecz, która Rafała zaskoczyła, to prowizorka, że porównując do Polski wiele rzeczy „jest na sznurku”. – Podjechaliśmy pod Walmart, wysiadłem z auta, żona coś jeszcze wypakowywała, dzieci jeszcze nie wyszły, to podszedłem do barierki, tej zagródki na wózki i chciałem się oprzeć. A ta się przesunęła. Okazało się, że cała konstrukcja po prostu stoi na parkingu, bez przymocowana do podłoża. To dla mnie nie do uwierzenia, w Polsce byłoby to wkopane, uzbrojone i zabetonowane. Z drugiej strony w Polsce nie mogłoby tak luzem leżeć, bo trafiłoby szybko w ręce złomiarzy. To samo z automatami do kupowania gazet. Wrzucasz pieniążek, otwierasz drzwiczki, wyjmujesz jedną gazetę i idziesz czytać. U nas by to nie miało racji bytu. Różnice w wychowaniu i kulturze są jednak bardzo duże, to ciekawe, jak mentalność ludzka wpływa na wygląd i organizację miejsc, w których ludzie mieszkają.

Kupili samochód, hondę odyssey, rocznik 2001, u dealera. Sprzedawczyni powiedziała Rafałowi, że klimatyzacja działa, ale jest nienabita freonem. – Wziąłem to na warunki polskie, w Polsce jak ktoś ci sprzedaje auto i mówi, że klimatyzacja nie działa bo jest nienabita, to nie ma szans, żeby była sprawna, na bank jest zepsuta. Bo gdyby była dobra, to byłaby nabita. Ale kupiliśmy, bo cena była dobra. Nie miałem złudzeń, miałem za to wizję, że będziemy jeździć przy otwartych oknach, jakoś dwa miesiące wytrzymamy. Pewnego dnia w Walmarcie kupiłem zestaw do samodzielnego nabijania. Podpiąłem, nabiłem i działa! Niesamowite, ale to pokazuje mi, że mentalnością jeszcze jestem tam, w Polsce.

Wiktoria tęskni


Jest jeden problem – Wiktoria zaczyna tęsknić. Nawet z babcią za bardzo rozmawiać na Skypie nie chce. Ma lepsze i gorsze dni. – Jak mieszkaliśmy jeszcze u Jerry’ego to zagryzała zęby i dawała radę. Ale odkąd przeprowadziliśmy się do mieszkania, chyba zrozumiała, że jesteśmy tutaj na stałe. Teraz widać po niej, że jest trochę osowiała. – Rafał martwi się o córkę. – Widzę po niej, że tęskni, w Polsce babcia mieszkała piętro niżej, tutaj nie ma do kogo zejść. Liczymy na to, że kiedy niedługo pójdzie do kindergarden, zajmie się szkołą, pozna koleżanki i nauczycielki, nie będzie miała czasu tęsknić. Pytam Wiktorię, co najbardziej podoba jej się w Ameryce: – Plac zabaw, ten z drabinkami, na których można wisieć. Mam koleżanki, mówię do nich: „Will you play with me?”, a one się ze mną bawią – opowiada pięciolatka.

–Chyba mniej tęskni, jak ma jakieś zajęcie – dodaje Agnieszka. – Dzisiaj Wiki powiedziała „mamo, urządzam garage sale”. Ostatnio jeździliśmy na garażowe wyprzedaże, żeby za niewielkie pieniądze kupić trochę zabawek. Zadowolona była strasznie, bo co wyprzedaż, to zabawka. W telewizji zobaczyła lalkę, którą bardzo chce mieć. Przyszła i powiedziała, że zorganizuje garage sale, sprzeda trochę zabawek i za zarobione pieniądze kupi sobie tę wymarzoną lalkę – mówi Agnieszka. – Rośnie nam przedsiębiorcza dziewczyna – uśmiecha się Rafał. – Zaproponowałem, że zrobimy tak, że jak posprząta swój pokój, za każdym razem dostanie dolara. Jak będzie utrzymywać codziennie porządek, może nie będzie potrzebowała robić garage sale’u. Dzisiaj rano Wiktoria wstała i pierwsze co zrobiła, to dokładnie wysprzątała pokój. Dolar wypłacony.

Patryk zwany Ptysiem radzi sobie świetnie. Ostatnio brał się za malowanie ścian, ale został w porę przyłapany. – Jest jeszcze za mały, żeby cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć, zaaklimatyzuje się najlepiej z nas wszystkich. Na razie nauczył się otwierać sobie lodówkę, w której z upodobaniem buszuje i podkrada czekoladki z kuchennego stołu. Ale to twardy zawodnik – mówi Rafał.

Na shopping przyjdzie czas


Do wycieczki do chicagowskiego śródmieścia mieli do tej pory dwa podejścia, ale za pierwszym razem na drodze stanęła im parada gejów i nie dotarli przez zablokowane ulice, drugi raz zebrali się z plaży trochę za późno, trzeba było wracać do domu. Wycieczka do downtown jeszcze przed nimi.

Agnieszka nie była też jeszcze na „shoppingu”, czeka aż Rafał znajdzie stałą pracę, nie chce nadwyrężać ich imigracyjnego budżetu. – Pojechaliśmy ostatnio na zakupy i skończyło się tak, że Wiktoria miała domek i kucyki pony, Ptyś ciężarówkę i klocki, ja nowe szklanki do drinków, a Agnieszka kupiła sobie w sklepie mięso, żeby nam obiad zrobić – śmieje się Rafał.

Pytam, czy wyobrażenia o Ameryce, te sprzed przyjazdu, wytrzymały zderzenie z rzeczywistością. Rafał mówi, że jak najbardziej, że jest nawet lepiej niż sobie wyobrażał. – Wszystko się układa, oczywiście są problemy do rozwiązania, jak choćby kwestia znalezienia stałej dobrej pracy, ale jesteśmy dobrej myśli, że wszystko się uda.
– Trafiliśmy na fajnych ludzi, bardzo życzliwych i chętnych do pomocy, otwartych. Pomogli nam znaleźć mieszkanie, przeprowadzić się, pomagają nam kiedy mamy problemy z angielskim, albo nie wiemy jak coś załatwić. Życzliwi ludzie wokół to podstawa – dodaje.

Za naszymi bohaterami pierwszy miesiąc amerykańskiej emigracji. Czy wystarczy im zapału? Czy amerykańska codzienność sprawi, że zatęsknią za Polską? Dalsze losy Rafała, Agnieszki, Wiktorii i małego Patryka już za miesiąc w naszym cyklu “ Po lepsze życie. Pierwszy rok w Chicago”.



Sierpień 2016


„Miodowy miesiąc” i pierwszy zachwyt, zachłyśnięcie się Ameryką już za nimi, pierwsze rozczarowania również. Zaczęła się proza życia. Praca w tygodniu, spotkania ze znajomymi, grill i popołudnia na basenie w weekendy. Rafał z Agnieszką weszli w fazę analizowania, porównywania i niekończących się przemyśleń.

– Najlepiej byłoby pracować tutaj, a mieszkać w Polsce. Ale tak się nie da. Myślimy, co robić. Być może posiedzimy w Stanach do zrobienia obywatelstwa, odłożymy pieniądze na budowę domu w Polsce i wrócimy. Rozpatrujemy wszystkie opcje: mieszkanie w USA na stałe, powrót do Polski i wersję pośrednią – odkładanie pieniędzy w Chicago i jeżdżenie do Polski na rok, dwa, żeby odpocząć – mówi Rafał. Nie żeby stracili zapał i wiarę w swoje siły, tej im nie brak. Ale od pierwszych słów daje wyczuć się dystans, z jakim podchodzą do życia w Stanach. Okazuje się, że w ciągu dwóch miesięcy pobytu w Chicago wiele mitów o Ameryce nadaje się do włożenia między bajki.

– Na razie próbujemy wszystkiego, przeliczamy na złotówki, porównujemy standard w Stanach i w Polsce – mówi Agnieszka. Dziwi ich, że Polacy w Polsce mają przeświadczenie, że Ameryka jest wspaniała, najlepsza, że wszystko tu jest takie naj, naj, naj. Bogactwo i luksus. Tymczasem oni po dwóch miesiącach, widząc tę wszechobecną prowizorkę, zastanawiają się czasem, czy nie pomylili samolotów, czy rzeczywiście wylądowali w Ameryce. Choć oczywiście, jak mówią, jest inaczej, łatwiej. Wartość nabywcza pieniądza jest większa, można sobie więcej kupić, na więcej człowieka stać.

Nie wszystko złoto…


– Zaraz po przeprowadzce do Mt. Prospect przyszedł facet, żeby założyć internet. Pytam go, czy połączenie będzie światłowodowe, a on mi na to robi wielkie oczy i mówi, że „skąd, kto widział w miasteczku 55-tysięcznym światłowód?”. Mówię, że w moim kilkutysięcznym miasteczku, a nawet w wiosce, z której pochodzi Agnieszka, światłowód jest. Nie mógł uwierzyć – opowiada Rafał. Im dłużej obserwuje codzienność, tym wyraźniej widzi, że przyjechał do kraju, w którym czas zwolnił jakieś dwadzieścia lat temu. – Jeśli chodzi o pewne rozwiązania techniczne, to Polska jest daleko przed Stanami. Weźmy choćby okna, w Polsce otwierają się we wszystkie strony, elektryczne rolety i prowadnice, a tu – przesuwane w bok albo do góry. Boję się, że jak zimą mocniej zawieje, to wpadną do środka – śmieje się Rafał. – Tak samo domy – nie są tak solidne jak te murowane, a do tego jakie drogie.

Przyznają jednak zgodnie, że życie w Ameryce jest zaskakująco łatwe. Po prostu mają porównanie Stanów do tej nowej odpicowanej na wysoki połysk Polski, wybrukowanej kostką brukową z unijnych dotacji.

– Mamy dużo przemyśleń, na przykład takie: czy jako rodzina Amerykanów po wylądowaniu w Polsce, praktycznie bez języka i z ograniczonymi środkami finansowymi, poradzilibyśmy sobie równie dobrze jak my tutaj? Czy w tak krótkim czasie mielibyśmy samochód, wynajęte mieszkanie, pracę i dochód, który prawie domyka domowy budżet? – Na pewno nie – stwierdza krótko Agnieszka.

Strony jak hamburgery


Na razie Rafał znalazł pracę w drukarni sitodrukowej. Był też na rozmowie w firmie zajmującej się tworzeniem stron internetowych. To jego zawód, w tym czuje się najlepiej. Testy w firmie w Schaumburgu przeszedł jak burza, zaproponowano mu pracę. I pensję, która wprawiła go w zdumienie. – 480 dolarów brutto na tydzień pracy, minimum po dziewięć godzin dziennie, czyli niewiele więcej niż w McDonald’s. Za pracę umysłową wymagającą umiejętności i doświadczenia. Przetarłem oczy ze zdumienia, pomyślałem, że się przesłyszałem, że może mowa jest o dniówce albo jednego zera brakuje. Ale nie, okazuje się, że płacowo nie ma różnicy pomiędzy składaniem stron internetowych a przerzucaniem hamburgerów. To wolałbym już te hamburgery smażyć, przynajmniej odpowiedzialność żadna, a wysiłek umysłowy mniejszy. Podziękowałem – opowiada.

Rafał pracuje w drukarni. Dobra praca na początek, blisko, świetna ekipa – sami Polacy. Atmosfera też super, czek co tydzień. – Czas leci, chwycisz się za robotę, zagadasz z kolegą i ani się obejrzysz, a już jest lunch. Budżet jeszcze do końca się nam nie domyka, ale jesteśmy dobrej myśli. Żeby tylko nie zdarzyły się niespodziewane dodatkowe wydatki, jak naprawa samochodu, bo będziemy musieli dokładać z zaskórniaków – mówi Rafał, który cieszy się, że wpadł w rytm pracy, bo nie znosi bezczynności. Jednocześnie chce rozwinąć własny biznes internetowy, ale na razie nie będzie dzielił się szczegółami. Cele? Zarabiać tyle, żeby starczyło na samochód, kredyt na jakiś dom i spokojne życie. – Myślę, że gdybym zarobił pomiędzy 40 a 50 tys. rocznie, to da się tu żyć.

Co nowego? Byli w śródmieściu, nawet kilka razy, w planetarium, na plaży i na przystani. Robi wrażenie, to jest Ameryka, to jest potęga. Już z autostrady widok jest imponujący, Wiktorii bardzo się podobała panorama centrum. Jeżdżenie po Chicago to dla Rafała bajka. W porównaniu do jazdy po Krakowie to żaden problem, wszędzie szeroko, łatwo trafić, tylko korki są denerwujące.

Rafał prawo jazdy zrobił za pierwszym podejściem i po raz kolejny był zaskoczony niskim progiem trudności. Zrobienie prawa jazdy, jak mówi, to bułka z masłem: – Ale bardzo mi się to podoba. W Polsce cały kurs jest bardzo drogi, egzaminy niesamowicie trudne, mało kto zdaje nawet za trzecim razem. Nie tędy droga. Tutaj tymczasem w ciągu dwóch godzin uporałem się z wszystkim. Ciężko uwierzyć, że to takie proste.

Wiki nadrabia miną


Wiktoria w przyszłym tygodniu rozpoczyna zerówkę, w programie dla dzieci dwujęzycznych. Rafał z Agnieszką martwią się, że poziom w amerykańskich szkołach jest niski, tak słyszeli.

– Nasi znajomi boją się wracać do Polski z dziećmi, ale boją się dlatego, że w polskiej szkole dziecko sobie nie poradzi. W Polsce od dzieci dużo się wymaga, ale dzieci czegoś się dzięki tym wymaganiom nauczą. A tutaj? Bezstresowo i po linii najmniejszego oporu. Mamy nadzieję, że to, co na temat szkół słyszymy od poznanych Polaków, nie jest do końca prawdą. Z drugiej strony podobno na północno-zachodnich przedmieściach szkoły są dobre – mówi Agnieszka.

Małemu Patrykowi przeprowadzka do Stanów nie zrobiła różnicy, bo wszystko mu jedno, byle tata przytulił, a mama zrobiła kakao. Patryk zaczyna mówić, z dnia na dzień jest coraz bardziej rozgadany i umiejętność formułowania myśli jest dla niego ważniejsza niż sprawa kontynentu, na którym przyszło mu mieszkać. Wiktoria jest uparta, ambitna i udaje twardą. Tęskni za babcią, ale nadrabia miną. Na osiedlu ma już koleżanki, coraz lepiej radzi sobie po angielsku. Jeszcze nie wszystko potrafi powiedzieć, ale o wiele więcej rozumie. Pewnie dlatego, że ogląda dużo kreskówek i programów dla dzieci. Początkowo nie chciała oglądać bajek po angielsku, a teraz – wszystko rozumie. Nie może doczekać się szkoły, przejmuje się, że nie ma jeszcze wyprawki, na szkolne zakupy wybierają się w weekend.

Muwnij to!


Angielski Rafała i Agnieszki jest wystarczający, żeby się dogadać, choć bywa zabawnie. Agnieszka poszła ostatnio do meksykańskiego sklepu. Jej Ponglish w spotkaniu ze Spanglishem sprzedawcy nie okazał się efektywny. Pozostał międzynarodowy język gestów. Nie mają jednak zbyt wielu okazji, żeby go używać, on pracuje otoczony przez Polaków, ona czas spędza w domu lub na osiedlu, z polskimi koleżankami. – Ciężko jest z kimś po angielsku porozmawiać – śmieje się Rafał.

Ponglish, z jednej strony absurdalnie śmieszny, z drugiej strony zjawisko intrygujące i ciekawe. Wyrzucanie śmieci do garbecia, czy polecenie „muwnij to” (przesuń) to polonijne klasyki, szczególnie to ostatnie przypadło Rafałowi do gustu. Także hajłej (autostrada), jazda na trokach (ciężarówką), ela (boczna uliczka), trefik (korek). A wszystko wypowiedziane z silnym polskim akcentem. Póki co jeszcze nie przesiąkli, biorą prysznic, nie szałer, ale zdarza im się już wyrzucić coś do garbecia. A to przecież dopiero dwa miesiące w Stanach.

© Grzegorz Dziedzic
gdziedzic@zwiazkowy.com
źródło publikacji: „Dziennik Związkowy” (USA), czerwiec-sierpień 2016
www.dziennikzwiazkowy.com


☞ Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (I)
Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (II)
Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (III)
Po lepsze życie. Pierwszy rok w USA (IV)





Ilustracje © Grzegorz Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz