WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Podchorąży „Zdzich”: (2) Masakra pod Boernerowem

Drugi dzień powstania warszawskiego dla II kompanii batalionu „Żubr” okazał się tragiczny. 
Co wydarzyło się pod Boernerowem w czasie przemarszu do Kampinosu? Kolejna część wspomnień profesora Macieja Bernhardta z Powstania Warszawskiego.
POPRZEDNIA CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ ☞ TUTAJ

Boernerów - wymarsz

Wieczorem ulokowano naszą kompanię w piwnicach domu, którego położenia nie jestem w stanie określić nawet w przybliżeniu. Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni, głodni i kompletnie zaskoczeni rozwojem sytuacji. Nie próbowaliśmy wykonywać zadania, do którego przygotowywaliśmy się; byliśmy tragicznie źle uzbrojeni, a przebieg naszej wędrówki i miny bezpośrednich przełożonych wyraźnie wskazywały, że nasi dowódcy nie bardzo wiedzą, co robić.
Nastroje były podłe, ale przeważała raczej złość na nieudolność organizacyjną, niż zwątpienie w powodzenie powstania.
Ktoś przyniósł wiadomość, że mamy iść do Kampinosu po zrzuty broni. Za chwilę wiadomość tę zdementowano. Po pewnym czasie znów zaczęto na ten temat mówić po kątach naszej piwnicy. Na dworze tymczasem zaczął padać rzęsisty deszcz. Lało jak z cebra. Jeżeli naprawdę mieliśmy przebijać się do Kampinosu, to wtedy była idealna okazja: deszcz dobrze tłumi kroki, widzialność w nocy i podczas ulewy jest praktycznie żadna i o celnym ogniu nie może być mowy. Nic się jednak nie działo. Wzrastało tylko nasze zmęczenie i zdenerwowanie sytuacją.

Mapa 1 (z adnotacjami Autora)
Dobrze po północy, gdy większość z nas usnęła ulokowawszy się jakoś po kątach piwnicy, zarządzono alarm i wyruszyliśmy marszem ubezpieczonym, jak nam powiedziano, do Kampinosu po broń. Deszcz jeszcze trochę mżył, ale po kilkunastu minutach przestał padać. Ktoś złośliwy stwierdził, że nasze dowództwo w trosce o żołnierzy czekało na poprawę pogody.
Jak się później dowiedziałem, wyszedł wtedy z Warszawy do Kampinosu cały batalion kapitana „Serba” (późniejszego majora „Żubra”). Każda z trzech kompanii batalionu szła inną drogą. Nasza II kompania por. „Starży” obejmowała plutony 212, 237 i 239. Drużyna „Boya” z 237 plutonu pozostała na wysuniętej placówce na Bielanach. „Boy” (podchor. Jan Ogulewicz – odznaczony krzyżem VM) nie otrzymał rozkazu o dołączeniu do plutonu i nie zawiadomiono go o wymarszu kompanii do Puszczy.

Nie udało mi się ustalić, czy było to skandaliczne niedopatrzenie, czy też nie dotarła łączniczka, której powierzono to zadanie. Jestem jednak przekonany (na podstawie późniejszych zdarzeń), że było to zaniedbanie. Łączniczki, znające dobrze teren, jeszcze w wiele dni później chodziły bez większych trudności pomiędzy Żoliborzem i Bielanami. Nie słyszałem też, aby wysłana przez dowódcę kompanii łączniczka przepadła lub wróciła, nie mogąc się przedostać. Tego rodzaju wiadomości rozchodziły się błyskawicznie. Znaliśmy i ceniliśmy nasze dziewczyny; wiedzieliśmy o losach każdej z nich. Tym bardziej nie mogła nam umknąć informacja dotycząca łączniczki dowódcy kompanii.
Nie było z nami drużyny „Boya”, ale za to przyłączyła się trudna do określenia liczba ludzi, którzy nie dotarli do swoich jednostek, a także co najmniej kilku cywili. Nie wiem, ilu nas szło. Na ten temat są bardzo rozbieżne opinie. W AK obowiązywała przedwojenna organizacja. Kompania miała trzy plutony, pluton - trzy drużyny, drużyna z kolei 18-19 ludzi, podzielonych na trzy sekcje. Sekcja stanowiła najmniejszą, okupacyjną jednostkę organizacyjną, stworzoną ze względów konspiracyjnych.
Sekcyjny znał (teoretycznie) tylko pięciu swych podwładnych i dowódcę drużyny. W praktyce, zwłaszcza w ostatnim okresie przed powstaniem, gdy nie było już czasu na reorganizację, często sekcje były liczniejsze. Tak np. w mojej, mającej do wiosny 1944 roku przepisowy stan 1+5, doszedł wspomniany wcześniej „Władek” - kuzyn Staszka Witoszyńskiego, który uciekł z rodzicami z Kresów Wschodnich przed bolszewikami oraz Hanka, która dołączyła krótko przed powstaniem. Na takie rozszerzenie składu sekcji otrzymaliśmy zgodę przełożonych, z tym że Hanka miała zostać przeniesiona do grupy łączniczek lub sanitariuszek. Oczywiście istniały sekcje, które z różnych powodów nie były kompletne, a na pewno i takie, do których nie dotarli wszyscy ich żołnierze. Szła także z nami grupa cywilów (być może kandydatów na żołnierzy, którzy mieli być wcieleni w Puszczy), którzy uzyskali zgodę dowódcy kompanii. Według mnie szło nas około 180 ludzi.
2 września 1945, Warszawa.
Szliśmy marszem ubezpieczonym. Szpicę prowadził ppor. „Zych” (Zdzisław Grunwald), następnie szedł dowódca naszej kompanii por. „Starża” (Jerzy Terczyński) z plutonami 239 i 212. Zamykał kolumnę marszową ppor „Dunin” (Jerzy Mieczyński) z plutonem 237. Z tego też plutonu wydzielono straż tylną.
Wyruszyliśmy gdzieś z terenu Marymontu i przeskoczyliśmy ulicę Słowackiego mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś znajdują się estakady trasy Armii Krajowej. Po zachodniej stronie ulicy znajdował się niemiecki park saperski. Przechodziliśmy w odległości około 200 do 250 metrów od niego. Niemcy musieli go opuścić lub woleli nie ryzykować walki, gdyż nie odezwał się z ich strony ani jeden strzał.

Następnie szliśmy pomiędzy domami Zdobyczy Robotniczej (obecna ulica Żeromskiego). Natknęliśmy się tam na dwa samochody ciężarowe wyładowane kartonami niemieckich papierosów. Jeden z nich był nieco ostrzelany, drugi robił wrażenie sprawnego. Próbowaliśmy go uruchomić, ale nasi dowódcy przywołali nas do porządku, że nie mamy czasu na zabawy i nie wolno robić hałasu. Napchaliśmy więc kieszenie i chlebaki papierosami. Była to nasza pierwsza, choć przypadkowa zdobycz. Nie wiedzieliśmy też, komu ją zawdzięczamy. Prawdopodobnie samochody zostały ostrzelane, ich obsługa zginęła lub zbiegła. Jednocześnie ci co je ostrzelali, nie mogli się do nich dostać z powodu ognia ze stanowisk niemieckich. Po nocy obie strony wolały widocznie siedzieć cicho, albo się wycofały.

Następnie przechodziliśmy przez tzw. Szwedzkie Góry, czyli resztki potężnych umocnień ziemnych z czasów wojen szwedzkich. Obecnie nie pozostał po nich nawet ślad. Znajdowały się na terenie późniejszego lotniska Bemowo, mniej więcej na wysokości Piasków lub Chomiczówki.
Byliśmy teraz w świetnych nastrojach. Wcześniejsze przygnębienie minęło. Wreszcie widać było zorganizowaną akcję (o braku drużyny „Boya” nic w naszej sekcji nie wiedzieliśmy); szliśmy ubezpieczonym marszem po broń do Kampinosu. Wśród maszerujących rozpoczęły się rozmowy, niekiedy zbyt głośne; ktoś się zaśmiał, ktoś potknął i głośno zaklął, komuś zabrzęczała manierka.
Nie mogło to ujść uwadze dowódców. Do naszej sekcji, do której dołączyło w marszu także kilku kolegów z innych pododdziałów, podszedł dowódca plutonu ppor. „Dunin” i zdrowo objechał nas półgłosem.
Żeby rozdzielić to „towarzystwo dyskusyjne” zatrzymał mnie i trzech bliżej mi nieznanych kolegów z plutonu. Kazał nam zaczekać na straż tylną i zluzować ją.
Straż tylna nadeszła niemal natychmiast po przejściu oddziału. Nie utrzymywali zaleconej im odległości. „Dunin” zrugał ich za to solidnie. Kazał przekazać nam posiadane przez nich dwa karabiny, zabrał ich ze sobą i biegiem gonili kolumnę. Nam kazał iść za ostatnimi jej żołnierzami w odległości nie mniejszej niż 250 metrów. Ruszyliśmy do przodu, gdy ostatni koledzy z kolumny przeskakiwali brukowaną „kocimi łbami” (dziś nieistniejącą) drogę łączącą Boernerowo z Wawrzyszewem.
Za tą drogą widać było duże pole, częściowo zastawione świeżo zżętym zbożem. Po lewej stronie rozpoznałem lasek boernerowski. Daleko po prawej wydawało mi się, że rozpoznaję zarysy starego fortu rosyjskiego, jednego z tych, co otaczały ze wszystkich stron Warszawę. Znałem ten teren dość dobrze. Przechodziłem tędy niejeden raz podczas terenowych zajęć wojskowych, prowadzonych w małych grupkach. Udawaliśmy wyprawę na majówkę. Przyjeżdżaliśmy do Boernerowa tramwajem ze swymi dziewczynami i typowym wyposażeniem majówkowym i czułymi parkami wędrowaliśmy do lasu. Tam chłopcy zbierali się osobno i zaczynali swoje zajęcia, a dziewczyny odbywały swoje szkolenie i zarazem stanowiły nasze ubezpieczenie. Nieraz odbywało się to pod samym nosem Niemców.
Tym razem zaniepokoiłem się: przecież Jurek Miller uprzedzał mnie jeszcze przed kilku dniami, że w Boernerowie stoi niemiecka jednostka pancerna. Pomyślałem, że musieli się wynieść - „przecież nasz wywiad działa doskonale i dowództwo musi wiedzieć, co w trawie piszczy”. Nie pchaliby się przed samym nosem Niemców. „Zresztą czoło kolumny musiało już przejść, a więc moje obawy są bez podstaw” - myślałem.

Masakra II kompanii

Gdy dochodziliśmy do drogi, którą przed kilkoma minutami przeskoczyli ostatni żołnierze kolumny, zauważyliśmy, że dotychczasowy ich marsz zamienił się w bieg. Zaczynało właśnie szarzeć. Widać było jakiś ruch na skraju lasku z lewej strony. Za chwilę odezwał się z niego jeden karabin maszynowy, za nim drugi i trzeci. Gdzieś od przodu, z prawej strony, odezwało się po chwili także działko małego kalibru (granatnik?). Oddział został wzięty w dwa ognie.
Większość chłopców nie była jeszcze „ostrzelana”, nie mieli żadnego doświadczenia bojowego lub mieli niewielkie. Zalegli i powoli czołgali się do przodu. Nas Niemcy jeszcze nie dostrzegli. Przeskoczyliśmy drogę i wpadliśmy pomiędzy kopki zboża. Chcieliśmy dołączyć do oddziału. Pomiędzy kopkami przesunęliśmy się szybko o 100, może 150 metrów. Dalej było czyste pole.
Zbyszek Łukowiecki i Andrzej Krupiński.
Andrzej zginął pod Boernerowem
Niemcy położyli gęstą zaporę ogniową od lewej strony (z lasku), gęstniał także ogień gdzieś od przodu, z prawej strony. Ogień z broni maszynowej był dokładnie widoczny. Niemcy stosowali w taśmach amunicyjnych co 4. lub 5. nabój smugowy lub świetlny. Z każdą chwilą robiło się coraz widniej. Po paru minutach - przynajmniej tak mi się wydawało - było już zupełnie jasno. Sytuacja stawała się beznadziejna. Niemcy mieli tak doskonałe warunki obserwacji i byli tak „wstrzelani”, że każdy najmniejszy ruch na polu powodował lawinę celnego ognia.

Niemcy zajęci ostrzałem oddziału zauważyli naszą straż tylną dopiero po dobrej chwili. Pozwoliło to nam na wyjście poza linie ostatnich kopek zboża na kilkadziesiąt metrów. Czołgając się, natknąłem się na rannego ppor. „Dunina”, dowódcę naszego plutonu. Przed chwilą został ranny w brzuch. Był jeszcze zupełnie przytomny. Podał mi swoje nazwisko (zapomniałem je oczywiście i „odkryłem” ponownie dopiero po wojnie) i prosił o zawiadomienie rodziny. Po chwili mówił już z wyraźnym trudem. Pamiętam, że zadałem mu najgłupsze pytanie jakie można było zadać w takiej sytuacji: „czy bardzo pana boli”. Skrzywił się i z wielkim wysiłkiem powiedział: „„Starża” wyszedł za późno, uprzedzałem. Nie przejdziecie, spróbujcie się cofnąć, może się wam uda”. Jeszcze coś usiłował powiedzieć i nagle zamilkł. Nie zrozumiałem jego ostatnich, wyszeptanych z najwyższym wysiłkiem słów.

Rozejrzałem się: dokoła przede mną widać było leżących, nieruchomych powstańców, chyba nie żyli. Nieco dalej zobaczyłem żółtą zamszową wiatrówkę; taką miał Zbyszek Przestępski.

Gdy w lecie 1945 roku przyjechałem na teren tej masakry z ojcem Andrzeja Krupińskiego i matką Zbyszka Przestępskiego, okazało się, że się nie myliłem. Na terenie pola, które opisuję, było wiele pojedynczych grobów oraz jeden zbiorowy. Tych co zginęli pochowali okoliczni chłopi w tym miejscu, gdzie padli. W grobie zbiorowym byli ranni wzięci żywcem i dobici lub rozstrzelani. Udało mi się dość dokładnie ustalić miejsce, do którego doczołgałem się 2 sierpnia 1944 roku o świcie. Wskazałem na jeden z najbliższych grobów i powiedziałem: mniej więcej w tym miejscu wydawało mi się, że widzę wiatrówkę Zbyszka. Zaczęto kopać - pod ziemią była zamszowa wiatrówka przeszyta czterema pociskami.
Ojciec Andrzeja, szukając jego ciała, odkopał jeszcze kilka innych grobów . Nie znaleźliśmy nikogo z naszej sekcji. Do przeszukania wszystkich trzeba było dużo więcej czasu i ludzi. Pan Krupiński stwierdził, że zorganizuje ekipę, z którą to przeprowadzi. Wpierw musiał wracać do pracy na Śląsk. Wróciłem razem z nim. W tym czasie pracowałem na Śląsku Opolskim. O kolejnej swej wyprawie na pole boernerowskie nie zawiadomił mnie. O tym, że przeszukał wszystkie groby i nie znalazł Andrzeja dowiedziałem się dużo później od matki Zbyszka Przestępskiego („Gozdawa”).

Hanka Rychłowska, narzeczona Autora.
Zginęła pod Boernerowem.
Mam wielki żal do ojca Andrzeja, że nie dowiem się już, gdzie zginęła i w którym grobie jest pochowana Hanka.
Niemcy musieli zobaczyć, że podniosłem głowę, gdyż tuż obok mnie przeleciały dwie krótkie serie z karabinu maszynowego. Przywarłem do ziemi. Częściowo zasłaniało mnie od strony lasu ciało ppor. „Dunina”. Spojrzałem do tyłu. Nie widziałem żadnego z moich kolegów ze straży tylnej. Nie mam pojęcia co się z nimi stało. Czołgaliśmy się w niewielkiej odległości od siebie. Chyba żaden mnie nie wyprzedził. Nie było też widać żadnego rannego czy poległego. Czyżby zdążyli się wycofać, gdy ja rozmawiałem z ppor „Duninem”? Trwało to tak krótko, że nie mogli być daleko. Zawołałem półgłosem, następnie głośniej. Nie było żadnego odzewu.
Niemcy nie mogli słyszeć, byli o wiele za daleko. Bałem się jednak ruszyć, bo byli bardzo dobrze wstrzelani i na pewno jeszcze obserwowali pole. Strzelanina niemal ucichła. Od czasu do czasu słychać było pojedyncze strzały karabinowe, raz czy dwa odezwała się krótka seria z karabinu maszynowego.

Od strony Boernerowa usłyszałem warkot zapalanego silnika czołgowego. Znałem ten odgłos dobrze. Podczas szkolenia mieliśmy praktykę w zakładzie ślusarskim położonym blisko niemieckich wojskowych samochodowych warsztatów naprawczych. Nie było w nich wprawdzie czołgów, ale były ciężkie ciągniki artyleryjskie, które miały identyczne silniki. Miałem możność obserwowania ruchu na podwórzu warsztatów, a także zapamiętałem charakterystyczny głos uruchamianego i nagrzewanego silnika. Nie mogłem się mylić, to na pewno uruchamiano czołg.
Po pewnym czasie ruszył i zakosami jechał po polu. Dowódca siedział w otwartej wieżyczce z pistoletem maszynowym w ręku i od czasu do czasu posyłał krótką serię. Na pewno dobijał rannych. W pewnym momencie, gdzieś niedaleko mnie - wydawało mi się, że z jednej z kopek zboża padł pojedynczy strzał karabinowy. Czołg na chwilę zatrzymał się, z trzaskiem zamknęła się klapa na wieży i pojechał dalej.
Nie wiem, kto strzelał i czy trafił Niemca siedzącego w wieży. W chwili strzału patrzyłem w drugą stronę. Ale wiem, że szliśmy bez broni. Kazano nam zostawić wszelką broń w Warszawie (ja oczywiście „zapomniałem” o mojej siódemce i miałem ją przy sobie). Dwa karabiny były w naszej straży tylnej, ale nikogo z kolegów nie widziałem już od dłuższej chwili. Wiem, że uzbrojona była także szpica i straż przednia. Czyżby strzelał ktoś ze straży tylnej?
W chwilę później na drogę Boernerowo-Wawrzyszew wyjechał samochód terenowy z czterema Niemcami. Był tak blisko mnie, że mogłem rozróżnić markę. Był to - dokładnie pamiętam - Stoewer (czyli czeska Tatra produkowana na licencji w Szczecinie). I znów padł pojedynczy strzał karabinowy gdzieś niedaleko ode mnie, kilka krótkich serii z pistoletu maszynowego od strony drogi i samochód odjechał tyłem w stronę Boernerowa. Środek drogi, brukowany dużymi „kocimi łbami” był bardzo wąski i wypukły; na obu poboczach był głęboki piasek. Niemcy bali się zawracać, woleli wyjechać tyłem.
Spodziewałem się, że za chwilę przyjedzie tu czołg lub kilka samochodów Niemców. Ku memu zdumieniu zrobiło się zupełnie cicho.
Mapa 2 (z adnotacjami Autora)
Z daleka dochodził tylko odgłos odjeżdżającego czołgu, ale i on wkrótce ucichł. Gdzieś w pobliżu usłyszałem skowronki. Uświadomiłem sobie, że śpiewają już od dłuższego czasu, tylko w napięciu nerwowym nie zwróciłem dotąd na to uwagi. Nie wiem, jak długo leżałem w bezruchu, bojąc się odwrócić nawet głowę. Był piękny, gorący dzień. Spojrzałem wreszcie na zegarek. Ze zdumieniem stwierdziłem, że dopiero dochodzi godzina piąta. Gotów byłbym przysiąc, że jest już po południu.

Zacząłem powoli i ostrożnie wycofywać się w kierunku najbliższych kopek zboża. Przypuszczałem, że muszę być doskonale widoczny. Czołgałem się bardzo wolno, dosłownie przywarty do ziemi. Gdy dotarłem wreszcie do pierwszych kopek zboża byłem tak zmęczony, że wydawało mi się, że nigdy nie będę w stanie ruszyć się dalej.
Nie umiem określić, jak długo odpoczywałem. Wydaje mi się, że bardzo długo, ale dziś wiem, że w tego rodzaju sytuacjach traci się całkowicie poczucie czasu. Mogło to być równie dobrze kilkadziesiąt sekund, jak i kilka minut. Pamiętam, że strasznie chciało mi się pić. Nie miałem przy sobie manierki, którą jeszcze na Żoliborzu napełniłem wodą. Nie mam pojęcia, kiedy i jak ją zgubiłem. Pamiętam, jak wyrzucałem „zdobyczne” papierosy, bo przeszkadzały mi czołgać się. Manierkę miałem solidnie przypiętą do pasa głównego. Nie wydaje mi się, abym ją odpiął. Widocznie musiała się oderwać podczas czołgania. Po nocnym ulewnym deszczu na kłosach zboża wisiały pojedyncze kropelki wody. Leżąc pod kopką, spijałem wszystkie, których mogłem sięgnąć. Okazuje się, że w ten sposób nie można wprawdzie ugasić pragnienia, ale można usunąć straszną, paraliżującą suchość w ustach.
Nie było słychać żadnych odgłosów od strony pola i lasku boernerowskiego. Zdecydowałem więc czołgać się pomiędzy kopkami w kierunku wsi Wawrzyszew. Ostatnie z nich były ustawione prawie naprzeciw pierwszych domów wsi oraz 10, może 20 metrów od drogi. Nie wiedziałem, czy w Wawrzyszewie są Niemcy, nie wiedziałem też, czy obserwują drogę.
Wziąłem z najbliższej kopki jeden snopek, podniosłem tak, aby zasłaniał moją bluzę PW, po czym spokojnym (tak mi się przynajmniej wydawało) krokiem przeszedłem drogę i wszedłem w najbliższe podwórze. W obejściu nie było nikogo, nawet pies nie zaszczekał. Rzuciłem snopek na ziemię i skacząc przez ogrodzenia, biegłem ile sił w nogach w stronę Żoliborza, jak najdalej od Boernerowa.
Któryś z płotów był wyższy od innych, a może ja byłem już zbyt zmęczony. Nie dałem rady przeskoczyć. Usiadłem pod nim na ziemi. Z małego murowanego domku wyjrzała kobieta w średnim wieku. Kiwnęła na mnie ręką. Podniosłem się z trudem i dość chwiejnym krokiem doszedłem do drzwi i wszedłem do wnętrza. Na stole stał dzbanek z mlekiem i napoczęty bochen chleba. Nagle poczułem, że jestem potwornie głodny. Usłyszałem: „we wsi nie ma Niemców, niech pan siada i coś zje”.
Zacząłem jeść i po chwili usnąłem na siedząco.
Ostatniej nocy nie zmrużyłem nawet oka, a poprzedniej też raczej spaliśmy niewiele. Obudziło mnie szarpanie za rękaw. Gospodyni budziła mnie gwałtownie: Niech pan ucieka, Niemcy chodzą po wsi, chyba kogoś szukają. Ukroiła grubą pajdę chleba, wepchnęła ją do torby, dosłownie wyciągnęła mnie na podwórze. Wciąż jeszcze na wpół spałem. Gdzieś z daleka słychać było niewyraźne krzyki. Ocknąłem się natychmiast i pomaszerowałem przez opłotki w stronę Bielan.


© Maciej Bernhardt
2 sierpnia 2008
źródło publikacji: „Wspomnienia Macieja Bernhardta z powstania warszawskiego (II)”
www.histmag.org







Maciej Bernhardt
„Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego”

Premiera: brak informacji
Wydawca: i-Press (www.HistMag.org)
ISBN: 9788392505297

KUP OD WYDAWCY (książka)
KUP OD WYDAWCY (e-book)
KUP W AMAZON



W 2008 r. otrzymaliśmy niezwykły list od naszego stałego czytelnika. Jego nadawcą był Maciej Bernhardt, emerytowany prof. Politechniki Warszawskiej i uczestnik powstania warszawskiego w 1944 roku. List zawierał obszerny, liczący kilkadziesiąt stron, pamiętnik ze wspomnieniami z tragicznych wydarzeń końca II wojny światowej.
Wspomnienia Profesora to, w naszym odczuciu, niezwykłe i poruszające źródło. Pozwalają one poznać dzieje powstania, nie jako zbiór statystyk i naukowych hipotez, ale jako przeżycia prawdziwych ludzi. Lektura „Wspomnień” wywarła na nas bardzo silne wrażenie. Mamy nadzieję, że równie duże emocje wzbudzi u naszych Czytelników.
redakcja „Histmag.org”





ARTYKUŁ PRZYWRÓCONY Z KOPII ZAPASOWYCH, Z TEGO POWODU ORYGINALNY FORMAT ARTYKUŁU MOŻE NIE PASOWAĆ DO FORMATU OBECNEGO BLOGU. NIEKTÓRE ILUSTRACJE MOGĄ BYĆ OBECNIE NIEDOSTĘPNE, A LINKI MOGĄ BYĆ NIEAKTUALNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz