WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Podchorąży „Zdzich”: (3) Z Wawrzyszewa do Kampinosu

Dalszy ciąg część wspomnień profesora Macieja Bernhardta z Powstania Warszawskiego.
POPRZEDNIA CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ ☞ TUTAJ

Bielany

Gdy wychodziłem z Wawrzyszewa, słońce stało już wysoko. Chyba było koło południa. Na Bielany dotarłem wczesnym popołudniem, klucząc po drodze z powodu nieznajomości terenu, a także starając się uniknąć spotkania z Niemcami. Jak mi się to udało - nie wiem. Miałem naprawdę dużo szczęścia.
Ulice na Bielanach były zupełnie wyludnione, nie było widać także nikogo w oknach domów. Wiedziałem, że przy ulicy Barcickiej mieszka ojciec Hanki. Nie znałem go i na podstawie opowiadań Hanki miałem o nim nienajlepszą opinię. Uznałem jednak, że skoro już jestem na Bielanach i nie wiadomo, co dalej ze mną będzie się działo, to trzeba spróbować powiadomić go, że Hanka prawdopodobnie zginęła dziś rano...
Sam wciąż nie dopuszczałem tej myśli, ale myślałem, że jeżeli i ja zginę, to nikt nigdy nie dowie się, co się z nią stało. Przed powstaniem Hanka dowiedziawszy się, że terenem walk naszego oddziału będzie Żoliborz, a może także Bielany, podała mi adres swego ojca „na wszelki wypadek”. Zapamiętałem go.

Autor z narzeczoną, Hanką Rychłowska.
Lipiec 1944 r.
Nie byłem nigdy na ulicy Barcickiej, ale znałem jej położenie z planu miasta. Trafiłem tam bez trudu, choć z duszą na ramieniu, bo ulica ta znajduje się niedaleko CIWF-u , umocnionego punktu oporu Niemców, którego dzień wcześniej nie udało się zdobyć.

Ojca Hanki zastałem samego w mieszkaniu. Był mocno wystraszony. Przywitał mnie uprzejmie. Wiedział o moim istnieniu. Pytał o Hankę. Odpowiedziałem mu, że bardzo się o nią boję, ale wciąż mam nadzieję, że udało się jej wydostać z pułapki, w jaką wpadliśmy. Rozmowa dalej zupełnie się nie kleiła. Widziałem, że jest przestraszony moją obecnością oraz pistoletem i dwoma granatami, które wyjąłem z kieszeni, siadając na fotelu. Nie potrafił mi udzielić żadnych informacji o sytuacji na Bielanach. Po kilku pytaniach, na które nie dostałem żadnych znaczących odpowiedzi, wyszedłem. Nigdy więcej go nie spotkałem. Nie pamiętam skąd wiedziałem, że przeżył wojnę. Nie szukał ze mną kontaktu, nie starał się dowiedzieć, gdzie znajduje się grób Hanki.

Wyszedłem na ulicę, ale nie wiedziałem dokąd iść. Na pewno trzeba było oddalić się od CIWF-u , ale co dalej? Od kogoś wyglądającego ukradkiem zza uchylonych drzwi dowiedziałem się, że patrole niemieckie kręciły się rano po uliczkach Bielan i aresztowały ludzi, którzy im się nawinęli, ale teraz od kilku godzin jest względny spokój. Podobno miał też być na Bielanach jakiś oddział powstańców, ale mój rozmówca nic konkretnego na jego temat nie wiedział.
Nie wiedziałem, czy to prawda i gdzie szukać tego oddziału. Miałem nadzieję, że może to część naszej kompanii, której podobnie jak mnie, udało się ujść spod Boernerowa. Koniecznie trzeba było dalej szukać. Nie było to jednak łatwe, bo nieliczni, których udało się zagadnąć, albo nic nie wiedzieli, albo bali się mówić. Mogłem przecież także być niemieckim prowokatorem. Samotny facet w mundurze i z bronią, pętający się po ulicach pod samym nosem Niemców, nie mógł budzić zaufania.

Klucząc pomiędzy domami, udało mi się jednak uzyskać od chyłkiem przemykających się ludzi pewne informacje. Potwierdzała się wiadomość, że na Bielanach są Powstańcy. Ktoś mi podał kierunek, w którym podobno ich widziano. Tak dotarłem na ulicę Kleczewską, gdzie w jednej z willi (narożnej lub drugiej od ulicy Kasprowicza) urzędowała drużyna Boya z plutonu 237. Mojego plutonu!


Ulica Kleczewska

Żadnego z żołnierzy tej drużyny nie znałem. Niektórych przypominałem sobie z miejsca zbiórki. Oni natomiast pamiętali mnie dobrze. Jedyny chyba w całej kompanii byłem umundurowany w bluzę PW z dystynkcjami i pasem oraz furażerkę z przedwojennym orłem. Okazało się, że drużyna ta pozostała na Bielanach, gdyż nie dotarła do niej wiadomość o wymarszu batalionu do Puszczy.

Przyjęli mnie dobrze. Zawsze jeden więcej, i to z bronią. Opowieść o przebiegu marszu i masakrze pod Boernerowem została przyjęta z wielkim niedowierzaniem. Pokpiwali sobie ze mnie, że pewno jakiś wartownik niemiecki strzelał od czasu do czasu ze strachu i nie wiadomo, który z nas bał się bardziej. Zostałem nakarmiony, przydzielono mi jakieś posłanie, na którym natychmiast usnąłem. Podobno spałem bardzo niespokojnie. Ciągle wydawało mi się, że Hanka jest obok mnie i że muszę ją przed czymś bronić.
Po nocy przespanej w willi przy ulicy Kleczewskiej obudziłem się wcześnie rano zmęczony fizycznie i w fatalnym nastroju. Nie mogłem zorientować się, gdzie i po co jestem. Szukając łazienki, natknąłem się na gospodynię, którą zapytałem, gdzie jest Hanka. Zrozumiała, że pytam o jedną z naszych łączniczek, które były tam z nami, tylko pomyliłem imiona (czy pseudonimy). Zaczęła mi coś tłumaczyć, że wczoraj poszła nocować do innego, zaprzyjaźnionego domu, bo tu nas już jest zbyt dużo. Dopiero w tym momencie ocknąłem się i uświadomiłem sobie, co się wczoraj działo.
plut. pchor. Jan Ogulewicz
(pseudonim „Boy”)
Trzeciego sierpnia dowiedzieliśmy się o powrocie batalionu "Serb" (później przemianowanego na „Żubr”), w skład którego wchodziła nasza kompania, na teren Zdobyczy Robotniczej. „Boy” nawiązał z nim kontakt i zawiadomił o naszej wysuniętej placówce. Następnie wyprowadził swój oddział i patrolując teren Bielan spotkał się z oddziałami „Serba”. Mnie i jednego ze swych żołnierzy oraz dwie łączniczki pozostawił na placówce przy ulicy Kleczewskiej.

Gdy Niemcy zaatakowali na Zdobyczy Robotniczej oddziały przybyłe z Puszczy, grupa „Boya” zajęła stanowisko na ich tyłach, na dachu domu przy ulicy Hajoty. Zaskoczyli ich i zlikwidowali obsługę dwu CKM-ów, zdobyli dwa (czy może nawet trzy) pistolety maszynowe, karabiny, pistolety i amunicję. Atak Niemców załamał się, a w wyniku kontrataku Powstańców, Niemcy wycofali się w kierunku Piasków.
W tym czasie ja stałem na stanowisku obserwacyjnym na strychu „naszej” willi. W pewnej chwili pomiędzy dachami, w kierunku na Piaski, zobaczyłem wolno przesuwającą się kolumnę samochodów ciężarowych. Było do niej daleko, ze 200 metrów. Załadowałem karabin amunicją smugową, dokładnie wycelowałem i strzeliłem. Pocisk przeszedł tuż za samochodem. Drugi raz dałem większe wyprzedzenie - pocisk przeszedł przez środek opończy okrywającej skrzynię. Samochód pojechał dalej. Trzeci raz dałem jeszcze większe wyprzedzenie - pocisk przeszedł przez kabinę kierowcy, samochód skręcił i zatrzymał się. Niestety pomiędzy dachami widziałem tylko koniec jego skrzyni.
Nie wiem, czy był to koniec kolumny transportowej, czy też Niemcy uznali, że przejazd jest zbyt niebezpieczny. W każdym razie ruch na widocznej drodze (ulicy?) ustał. Po dobrej chwili przejechał nią tak szybko, że nie zdążyłem nawet złożyć się do strzału, samochód terenowy i po chwili jeszcze motocyklista. Po południu grupa „Boya” wróciła w komplecie, bez strat i nawet nie draśnięta, obładowana zdobytą bronią i amunicją.

W nocy z trzeciego na czwarty, batalion „Serb” wycofał się ponownie do Puszczy. I tym razem wysunięta placówka „Boya” nie została o tym powiadomiona, mimo że łączność z dowództwem batalionu działała doskonale. Odległość między nami była niewielka, łączniczki kursowały bez przeszkód i w miarę bezpiecznie, bo były mieszkankami Bielan i ich obecność na tym terenie nie budziła podejrzeń. Na terenie Zdobyczy Robotniczej pozostał także patrol batalionu „Żniwiarz” pod dowództwem pchor. „Azota” (Jan Suchowiak). Mieliśmy z nim łączność, ale wiedzieliśmy, że w razie odkrycia naszych placówek nie moglibyśmy sobie pomóc, a biorąc pod uwagę nasze skromne siły, los obu naszych grup byłby w takim przypadku przesądzony.
Widać należało już do wątpliwej jakości zasad postępowania naszych dowódców niezajmowanie się takimi drobiazgami jak powiadamianie własnych placówek, że pozostają na ziemi niczyjej, bez łączności, rozkazów i możliwości wsparcia.

Na drugi dzień Niemcy, wiedząc o obecności Powstańców, przeszukiwali systematycznie wszystkie domy w naszej części Bielan. Rewidowali także „naszą” willę. Siedzieliśmy w schowku na jej strychu, do którego wejście było zastawione skrzynią z piaskiem, a podłoga strychu była wysypana warstwą piasku, którą po przejściu nas do schowka, łączniczki wyrównały i porozrzucały trochę drobnych śmieci, żeby stworzyć wrażenie, że nikt tu od dawna nie chodził. Piasek na podłodze i skrzynia z piaskiem odpowiadały obowiązującym i surowo przestrzeganym przez Niemców przepisom przeciwpożarowym. Niemcy przyszli na szczęście bez psów i dali się na to nabrać. Nie wiem dokładnie jak było z oddziałem „Azota”; chyba do niego po prostu nie dotarli.

Po tym cudownym ocaleniu doszliśmy do wniosku, że w nocy wyruszamy do Puszczy. Dalsze pozostawanie na Bielanach, w dodatku bez rozkazu, nie miało żadnego sensu, a na ponowny cud woleliśmy nie liczyć. O decyzji wyjścia do Puszczy został oczywiście powiadomiony „Azot”.
Wyszliśmy koło godziny 23. Prowadził „Boy”. Szło nas w sumie, razem z łączniczkami, 10 do 12 osób. Prowadziliśmy także, pod strażą, złapanego w naszym sąsiedztwie i podejrzanie zachowującego się faceta, który podawał się za por. „Orlicza”. Wiele wskazywało na to, że jest szpiclem niemieckim. Podejrzenia te w Puszczy potwierdziły się w pełni i wyrokiem sądu polowego został on skazany na śmierć i rozstrzelany.
Przeszliśmy do Puszczy bez najmniejszych kłopotów. Zostaliśmy zatrzymani dopiero przez placówkę oddziałów puszczańskich. Po wyjaśnieniu kim jesteśmy, złożeniu meldunków i przekazaniu żandarmerii przyprowadzonego szpicla, otrzymaliśmy informacje, gdzie szukać naszej kompanii.

Tu może warto wspomnieć, jaka była pierwsza czynność żandarmerii w celu stwierdzenia, czy por. „Orlicz” jest rzeczywiście oficerem. Dano mu polski karabin, oczywiście bez amunicji, i kazano wyjąć i rozłożyć zamek. Nie umiał. Dalsze dochodzenie było już ułatwione.
Około południa spotkaliśmy ppor. „Zycha” (Zdzisław Grunwald) z naszej kompanii, a nieco dalej we wsi por. „Starżę”.


W Puszczy Kampinoskiej

„Boy” zameldował dowódcy II kompanii por. „Starży” przybycie naszego oddziału i krótko zrelacjonował przebieg wydarzeń, w których brał udział. „Starża” przyjął to dość chłodno i podziękował mu za meldunek. Oczywiście nie było mowy o dwukrotnym pozostawieniu wysuniętej placówki na łasce losu. „Boy” w swym meldunku powiadomił również „Starżę o przyjęciu mnie do swej drużyny i wyjaśnił, skąd się u niego znalazłem. „Starża” nie uznał za stosowne zapytać mnie, co działo się pod Boernerowem w końcowej części prowadzonej przez niego kolumny.
Po odejściu „Boya” podszedłem do „Starży” i zapytałem, czy może mi poświęcić chwilę czasu. Zgodził się i zorientowałem się, że mnie nie poznaje. Ostatecznie nic w tym dziwnego. Nie musiał mnie pamiętać ze zbiórek alarmowych, a rozmawiał ze mną przez chwilę, gdy przynieśliśmy broń na ulicę Podleśną. Przypomniałem mu, że szedłem w straży tylnej i bardzo się niepokoję o moich najbliższych kolegów i narzeczoną, którzy szli w ostatnim plutonie głównej kolumny. Zapytałem, od kogo mógłbym uzyskać jakieś informacje. W tym czasie wiedziałem już, że pod Boernerowem mieliśmy duże straty, ale nie wiedziałem jak duże.
Autor w 1946 r.
„Starża”, który do tej pory rozmawiał ze mną uprzejmie, ale z miną dygnitarza, któremu ktoś nic nieznaczący opowiada nieistotne historie, wpadł dosłownie w szał. Zaczął krzyczeć na mnie, że powtarzam plotki, sieję defetyzm, że na wojnie muszą być straty i że szkoda tych kilku ludzi, którzy zginęli, ale dzięki jego decyzji wyjścia do Puszczy uratowało się wielu. Zresztą on i jego poczet przeszli prawie bez strat. Ci, co zginęli, sami są sobie winni, bo zalegli zamiast biec ile sił do przodu. Krzyczał, że trochę ludzi jeszcze brakuje. Nie trafili jeszcze tutaj do niego. Mówił, że błądzą pewnie gdzieś pomiędzy oddziałami puszczańskimi. A część wróciła, jak ja, na Żoliborz lub do innych części miasta, np. na Powązki.
Zapomniał tylko dodać, że Niemcy musieli zauważyć nasz oddział jeszcze przed wejściem na Pole Boernerowskie i przepuścili straż przednią i czoło kolumny, aby uniemożliwić jej wycofanie się. Zapytałem go jeszcze, czy nie interesuje go, jak zginął ppor. „Dunin”, dowódca plutonu z jego kompanii, i co się działo pod Boernerowem po tym jak on przeszedł. Odpowiedzią był stek ordynarnych wyzwisk i grożenie sądem wojennym za szerzenie defetyzmu.
W tym momencie wszystko stało się dla mnie jasne. Była to rozpaczliwa obrona „Starży” metodą „wszystkie chwyty dozwolone”. Postanowiłem przeprowadzić własne śledztwo w sprawie tragedii pod Boernerowem. Podczas powstania nie było to, wbrew pozorom, łatwe. Późniejsze czasy też nie sprzyjały takiej działalności. Ludzie często bali się mówić lub, wobec ogólnej nagonki władz PRL na Armię Krajową, unikali wypowiedzi, które świadczyłyby o nieudolności lub zbrodniczej niefrasobliwości niektórych jej dowódców. Zebrałem jednak trochę faktów. Podaję je w tej kolejności, jak je sobie przypominam, nie szeregując według ważności i wiarygodności.
Dowódca kompanii („Starża”) nie wiedział, ilu ludzi prowadził do Puszczy. Nie starał się tego ustalić, podobnie jak nie próbował dojść, ilu ludzi zginęło pod Boernerowem. Były to tematy tabu, do których wracał jedynie po to, aby przeczyć, jakoby straty były bardzo duże. Nie byłem razem z nim w niewoli, ale z relacji kolegów wiem, że unikał tego tematu.

Według mnie szło nas 160 do 180 ludzi. Mam wciąż przed oczami długi rząd maszerujących przez Zdobycz Robotniczą i Piaski kolegów. Było tuż przed świtem i byli dobrze widoczni na tle pustego pola. W Kampinosie doliczyłem się nieco ponad 20 osób z tej grupy. Na pewno byli i tacy, którzy zagubili się podczas ucieczki i dołączyli do innych leśnych oddziałów. Znam osobiście tylko jeden taki przypadek, o innych nawet nie słyszałem, więc chyba nie było ich dużo. Nie spotkałem nikogo ani też nie słyszałem o kimś, kto wydostałby się z Boernerowa na Żoliborz lub ewentualnie, tak jak ja, na Bielany. Nie wykluczam, że mogły być takie przypadki, ale znowu mogą dotyczyć pojedynczych osób.

Polegli pod Boernerowem

Po wielu latach brałem udział w ćwiczeniach wojskowych. Wracaliśmy wieczorem na kwatery po dość uciążliwym dniu. W pewnej chwili zauważyłem, że teren jest zbliżony do zapamiętanego z przejścia do Kampinosu. Żołnierze też szli gęsiego. Zatrzymałem ich i usiłowałem wytłumaczyć, że chciałbym spróbować odtworzyć sytuację sprzed lat. Nic z tego nie wyszło. Byli zmęczeni i nie bardzo słuchali, co do nich mówiłem.

Wieczorem po kolacji zebrałem kompanię przy ognisku i opowiedziałem w skrócie historię marszu do Puszczy. Powiedziałem też, że nie udało mi się odtworzyć obrazu, jaki zapamiętałem i że moje obliczenia poniesionych wówczas strat bardzo się różnią od danych oficjalnych. Już po rozejściu się żołnierzy do namiotów przyszedł do mnie jeden z dowódców plutonów i zameldował, że jutro przed świtem cała nasza kompania i część sąsiedniej - razem 180 chłopa - jest do mojej dyspozycji. Wszyscy zgłosili się na ochotnika.

Nazajutrz okazało się, że odtworzenie zapamiętanej sytuacji nie jest takie proste. Rząd 180 ludzi wydał mi się zbyt długi, przy 100 (taka liczba wynikała w przybliżeniu z mętnych wyjaśnień „Starży”) był zdecydowanie za krótki. Żołnierze, bez najmniejszych oznak zniechęcenia, cierpliwie znosili ustawianie kolumny o różnej długości i kształcie. Gorąco im za to później podziękowałem.
Mogiła (m.in) Hanki Rychłowskiej,
narzeczonej Autora zabitej pod Boernerowem
Nie wiem, ilu naprawdę zginęło moich towarzyszy broni pod Boernerowem. Wiem tylko, że zginęli tam moi najbliżsi i przyjaciele i że zginęli przez głupotę, brak wyobraźni, a może fanfaronadę „Starży”. Zginęli zaledwie po kilku godzinach trwania powstania. Ich udział był tak krótki, że nie pamiętają ich nawet koledzy z tego samego zgrupowania, z tych samych plutonów. Pluton 237, który szedł na końcu, poniósł największe straty. Tak duże, że gdy w 1946 roku przesłuchiwała mnie bezpieka, stwierdzili, że usiłuję wprowadzić ich w błąd, bo plutonu o takim numerze nie było!

W nocy z pierwszego na drugi sierpnia przechodziły do Puszczy trzy kompanie.
Dwie przeszły bez przeszkód i strat.
Nasza - z ogromnymi stratami. Pozostałe kompanie były prowadzone przez przewodników. „Starża” odmówił wzięcia przewodnika, twierdząc że zna drogę.

Cały batalion bez większych przeszkód przeszedł z powrotem na Żoliborz i Zdobycz Robotniczą i wrócił do Kampinosu w następnym dniu, gdy pierścień Niemców dokoła Warszawy był już mocniej zaciśnięty.

„Boy” przeszedł ze swym oddziałem w nocy z czwartego na piąty. Prawda, że oddział ten był niewielki i łatwiej mu było się prześlizgnąć. Ale też przechodziliśmy dzień (a raczej noc) później.

Wreszcie, w nocy z piętnastego na szesnasty, a więc po przeszło dwóch tygodniach trwania powstania, z Puszczy przeszedł na Żoliborz oddział liczący około 800 (?) osób, ciężko obładowany zrzutową bronią i amunicją. Przeszliśmy (byłem w tym oddziale) bez jednego strzału.
A więc bezpieczne przejście pierwszej nocy powstania było możliwe. I tu najpoważniejsze oskarżenie. Wywiad AK informował od dobrych kilku dni przed powstaniem, że w Boernerowie i przyległym lasku stacjonuje część dywizji pancernej SS Herman Goering, wycofanej z frontu wschodniego, oraz oddział Ukraińców. Przechodziliśmy przez gołe pole, nieuzbrojeni, większość bez zaprawy bojowej, 150, może 200 metrów przed ich placówkami, i to gdy już zaczynało świtać.

Meldunki wywiadu dotarły nawet do mnie. Jurek Miller („mój” sekcyjny) uprzedzał mnie jeszcze przed pierwszym alarmem, abym nie jechał do Boernerowa (mieliśmy tam swoją melinę, gdzie zostawialiśmy niektóre graty przydatne na ćwiczeniach), bo stoi tam niemiecka jednostka pancerna i melina jest czasowo nieczynna. Jeżeli wiedział o tym szeregowy żołnierz i dowódca sekcji, to czy mógł nie wiedzieć dowódca kompanii? Nasuwa się też pytanie, czy trasa przemarszu była uzgodniona z dowódcą batalionu kpt. „Serbem”.
Wraz z naszą kompanią przechodziło do Kampinosu także kilku cywili. Nie widziałem tego osobiście, ale zgodnie mówili o tym wszyscy, którzy przeżyli przejście do Kampinosu. Jeden z cywili wyróżnił się tym, że przez cały czas ostrzału z lasku Boernerowskiego, nie kryjąc się, maszerował równym krokiem podpierając się elegancką laseczką. Niemcy kierowali na niego ogień z karabinów maszynowych. Nie drasnął go żaden pocisk. Mówiono, że podobno był to ktoś z cywilnych władz Polski Podziemnej.
A oto cytat z książki por. „Zycha” „Żubry na Żoliborzu” (str. 83):
W bardzo ostrych słowach zaatakował on (mowa o wspomnianym cywilu z laseczką i jego spotkaniu ze „Starżą” w Kampinosie - przyp. M.B.) por. „Starżę”, że wytracił prowadzony oddział, groził oddaniem sprawy pod sąd wojenny. Scysja była bardzo ostra, dobrze, że obydwaj nie byli uzbrojeni, bo w zaperzeniu mogło dość do nieszczęścia.
We wspomnianej wyżej książce zamieszczona jest lista poległych żołnierzy batalionu „Żubr”. Obejmuje ona 244 żołnierzy, łączniczek i sanitariuszek. Na pewno nie jest pełna. Obejmuje wszystkich, których nazwiska, pseudonimy lub tylko stopień wojskowy udało się ustalić, a fakt śmierci na polu walki lub w szpitalu nie ulegał wątpliwości. Na liście tej 71 poległych ma podane miejsce śmierci „pod Boernerowem”. Przyjmując za prawdziwe stwierdzenie „Starży”, że w prowadzonym przez niego oddziale szło około 100 ludzi, oznacza to, że straty wyniosły ponad 70% i to nie w walce czy w wyniku niezwykle chytrej zasadzki, lecz podczas rutynowego marszu przez dobrze rozpoznany teren. Ze szczegółowych danych we wspomnianej książce wynika, że polegli pod Boernerowem stanowią ponad 29% ogółu poległych batalionu „Żubr” (trzech kompanii, sztabu, łączności, sanitariuszek, wywiadu itd.) w ciągu całego powstania. Pod Boernerowem zginęła ponad połowa (55,5 %) wszystkich poległych 2. kompanii („Starży”) w ciągu całego powstania.

W ciągu powstania miałem jeszcze tylko dwa razy kontakt ze „Starżą”. Zdecydowanie unikał mnie i dobrze wiedział, co o nim myślę.


© Maciej Bernhardt
21 sierpnia 2008
źródło publikacji: „Wspomnienia Macieja Bernhardta z powstania warszawskiego (III)”
www.histmag.org







Maciej Bernhardt
„Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego”

Premiera: brak informacji
Wydawca: i-Press (www.HistMag.org)
ISBN: 9788392505297

KUP OD WYDAWCY (książka)
KUP OD WYDAWCY (e-book)
KUP W AMAZON



W 2008 r. otrzymaliśmy niezwykły list od naszego stałego czytelnika. Jego nadawcą był Maciej Bernhardt, emerytowany prof. Politechniki Warszawskiej i uczestnik powstania warszawskiego w 1944 roku. List zawierał obszerny, liczący kilkadziesiąt stron, pamiętnik ze wspomnieniami z tragicznych wydarzeń końca II wojny światowej.
Wspomnienia Profesora to, w naszym odczuciu, niezwykłe i poruszające źródło. Pozwalają one poznać dzieje powstania, nie jako zbiór statystyk i naukowych hipotez, ale jako przeżycia prawdziwych ludzi. Lektura „Wspomnień” wywarła na nas bardzo silne wrażenie. Mamy nadzieję, że równie duże emocje wzbudzi u naszych Czytelników.
redakcja „Histmag.org”





ARTYKUŁ PRZYWRÓCONY Z KOPII ZAPASOWYCH, Z TEGO POWODU ORYGINALNY FORMAT ARTYKUŁU MOŻE NIE PASOWAĆ DO FORMATU OBECNEGO BLOGU. NIEKTÓRE ILUSTRACJE MOGĄ BYĆ OBECNIE NIEDOSTĘPNE, A LINKI MOGĄ BYĆ NIEAKTUALNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz