WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Konserwatyści wszystkich krajów, łączcie się!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji.
Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”.
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.
        Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów. Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.
W tym przeświadczeniu pobrzmiewają oczywiście echa prostackiej „kombinacji z kozą”, o której pisałem przed rokiem w tekście „O PUTINIE, RABINIE I KOZACH”. Tego rodzaju kombinacje operacyjne, były wielokrotnie stosowane przez służby sowieckie i do dziś są ważnym narzędziem kreowania rzeczywistości. Polegają one na wytworzeniu określonych zdarzeń lub sprowokowaniu trudnych sytuacji, wobec których przeciwnik będzie zmuszony podjąć określone decyzje i stworzyć sobie fałszywy obraz agresora. Jak w przypowieści o Żydzie, rabinie i kozie - chodzi o celowe wywołanie problemu i sprawienie, by delikwent poczuł się nim zmęczony i przytłoczony. Wówczas do akcji wkracza ten, który „kozę” wprowadził i wielkodusznie proponuje pomoc w rozwiązaniu problemu. Szczęśliwy głupiec odczuwa (pozorną) ulgę, zaś „rabin-wybawca” kreuje się na przyjaciela i sojusznika.
        Ponieważ Rosjanie dość dawno dostrzegli, że (wywołane w dużej mierze przez ich agenturę) lewackie anomalie zostaną wkrótce skompromitowane i odrzucone przez „wolny świat”, skroili nową „teorię konwergencji”, pod inny typ odbiorcy. Znaleziono go w środowiskach „konserwatywnych” i „narodowych”, wśród polityków odwołujących się do chrześcijaństwa lub „tradycyjnych wartości”. Nazwy te celowo opatruję cudzysłowem, bo rzeczywiste postawy tych ludzi oraz ich stosunek do spadkobiercy Związku Sowieckiego, całkowicie przekreśla sens takich określeń.
Nie można być konserwatystą i dążyć do współpracy z państwem, które łamie wszelkie zasady ludzkie i boskie i wyznaje skrajny relatywizm etyczny. Nie można deklarować szacunku dla interesów narodowych i sprzymierzać się z ludźmi, którzy gwałcą prawa innych narodów, a swoją wspólnotę traktują niczym stado niewolników. Nie sposób też usprawiedliwić takich postaw chrześcijańskich, które w społeczności kompletnie zdegenerowanej, w zamęcie zła, nierozliczonych zbrodni i cierpień milionów ofiar, chcą widzieć rys Ewangelii.
Zainicjowana przez Putina wymiana, ma mocną, racjonalną podstawę. Jaki bowiem pożytek operacyjny pływnie z agenta ulokowanego w partii socjaldemokratycznej, czy innym, lewackim organie, o którym każdy wie, że wyznaje „marksistowskie idee”? Dopiero pozyskanie przyjaciół wśród „prawicowców” i „katolików” daje pole do rozgrywania ważnych kombinacji operacyjnych i gwarantuje solidne „przykrycie” polityczne.
Jeśli „środowiska konserwatywne” Zachodu dostrzegają w działaniach Putina cechy bliskie tradycyjnym wartościom, jest to dowód nie tylko ich historycznej głupoty, ale skuteczności rosyjskiej propagandy i dezinformacji.
Celem Putina nie jest bowiem „silna Rosja”, „obrona narodu” czy „wartości chrześcijańskich” – lecz władza, rozbój i panowanie nad światem kolejnej watahy komunistycznej. Wszelkie „idee narodowe”, głoszone przez kremlowskiego despotę, jego odwołania do religii i „chrześcijańskich wartości”, mają taką samą wartość, jak „teoria marksistowska” Trockiego i jego kompartii i są zaledwie narzędziem w rękach bandytów i dewiantów. Były przydatne, więc zostały zastosowane. Gdy skończył się czas ich przydatności, odrzucono je i sięgnięto po nowe.
Putin będzie więc socjalistą dla zaczadzonych socjalizmem i narodowcem, dla wyznawców idei narodowych. Stanie się gorliwym chrześcijaninem, gdy przyjdzie mu oszukać chrześcijan i pierwszy sięgnie po symbole wolnomularstwa, gdy sprzymierzy się z masonami. Dla Żydów założy jarmułkę, a muzułmanom zbuduje meczet.
Nie ma takich idei, doktryn i religii, których „prawdziwy czekista” nie byłby w stanie wyznawać.
Odradzanie komunizmu pod różnymi nazwami i w różnych mutacjach dowodzi, że jest on istotnie "nieśmiertelny" - w tym sensie, że wykorzystując rozmaite idee i pasożytując na zdobyczach myśli ludzkiej, dąży do zaspokojenia najbardziej zbrodniczych skłonności i pragnień.
Ta dostosowawcza umiejętność mimikry, właściwa w świecie przyrody dla niektórych drapieżników i organizmów prymitywnych, jest często jedynym warunkiem przetrwania i staje się konieczna w grupie, odwołującej się do atawistycznych dążeń.
Na tej zdolności polega istota komunistycznego zafałszowania i dynamika zbrodniczej sukcesji.
        Od kilku lat można obserwować zjawisko wymiany rosyjskiej agentury oraz rotacji kategorii „gawnojedów”. Wysłużony garnitur światowych lewaków, liberałów itp. użytecznych, zostaje zastąpiony menażerią „narodowców”, „prawicowców” i „konserwatystów” oraz poszerzony o wyznawców „wspólnych krucjat” i „propagowania chrześcijańskich wartości”.
Wiele z tych grup jest finansowanych i wspieranych przez Rosję lub posiada cechy przedstawicielstw agenturalnych. Czeski Národní demokracie, francuski Front Narodowy czy UnitéContinentale, węgierski Jobbik, rumuńska Noua Dreaptă, brytyjskie British First i National Party, amerykańska Freedom Party czy polski Kongres Nowej Prawicy – to tylko niektóre z dziesiątków partii i organizacji, z których Rosja zamierza budować „Światowy Ruch Narodowo-Konserwatywny” („World National-Conservative Movement”) – WNCM. Ma on stanowić alternatywę dla zachodnich partii liberalno-demokratycznych i pod wodzą organizacji Rodina i Rosyjskiego Ruchu Imperialistycznego walczyć o „nowe oblicze” świata.
Wpływy rosyjskie sięgają jednak dalej niż do niszowych partii i wyznawców endokomuny i nie ma wątpliwości, że proces integracji konserwatywnej będzie przebiegał pod egidą Moskwy.
Do najwierniejszych sojuszników Putina należy z pewnością „prawicowiec” Wiktor Orban, który wielokrotnie dawał świadectwo „zwrotu na Wschód”. Węgry aktywnie wspierają projekt South Stream, popierają utworzenie armii europejskiej (wg. zamysłów Merkel-Putin), sprzeciwiają się nowym sankcjom wobec Moskwy, a w trakcie zbrojnej napaści rosyjskiej na Donbas domagały się autonomii dla ukraińskich Węgrów. Podczas wizyty Orbana w Moskwie w lutym br. uzgodniono szereg wspólnych projektów gospodarczych, zaś szef rządu węgierskiego zadeklarował, że nadal będzie dążył do tego, „by relacje między narodem rosyjskim i węgierskim były jak najbardziej przyjazne”.
Podobnie wygląda polityka rządu słowackiego, złożonego z czterech partii narodowych. Słowacja nie tylko otwarcie potępia sankcje nałożone na Rosję, ale deklaruje ścisłą współpracę gospodarczą z państwem Putina (m.in. podłączenie do planowanego przez Gazprom rurociągu omijającego Ukrainę) oraz współpracę wojskową, w tym modernizację systemu przeciwrakietowego S-300 i śmigłowców Mi-17.
Po wyborach w Bułgarii i Mołdawii, również w tych państwach Rosja znajdzie zadeklarowanych przyjaciół.
Już dziś można przewidzieć, że doskonałe relacje będą łączyły Putina z „republikaninem” Francois Fillonem, który prawdopodobnie zostanie kolejnym prezydentem Francji i reprezentuje w wyborach tzw. francuską prawicę. Fillon, w najcieplejszych słowach wypowiada się o Putinie, domaga się zniesienia sankcji wobec Rosji oraz uznania Krymu za rosyjskie terytorium. Zdaniem „Nowaj Gaziety”, francuski polityk „z entuzjazmem akceptuje działania Putina w Syrii i potępia obecną politykę unijną wobec Moskwy”. Jednocześnie, ten „ultrakonserwatysta” deklaruje, że Francja jest krajem tradycji katolickiej i zamierza przywrócić nauczanie religii w szkołach
Najmocniejszym akcentem zjawiska rotacji środowisk przychylnych Rosji, jest bez wątpienia zaangażowanie służb rosyjskich w proces wyborczy w USA. Radość Putina po wygranej Donalda Trumpa oraz szampany otwierane w rosyjskiej Dumie, to dość widowiskowy znak nadziei związanych z prezydenturą amerykańskiego przedsiębiorcy.
Uważam, że nadziei całkowicie uzasadnionych. Szereg wypowiedzi Trumpa, kontakty członków jego sztabu z Rosjanami oraz pierwsze decyzje dotyczące nowej administracji (tu szczególnie kandydatura gen. Michaela Flynna na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego) pozwalają przypuszczać, że prezydentura kompletnego ignoranta politycznego, jakim jest D. Trump, będzie obfitowała w decyzje oparte na „idei konwergencji” i znakomicie poszerzy prorosyjską bazę gawnojedów.
Oczywiście, nie posądzam Trumpa o jakąkolwiek ideowość ani kierowanie się zasadami konserwatyzmu. Człowiek, który pięciokrotnie zmieniał barwy partyjne, nie ma żadnych poglądów i jest zdolny dostosować się do każdej koniunktury. Ten polityczny indyferentyzm stanowi cechę, która zbliża Trumpa do Putina i pozwala amerykańskiemu elektowi z podziwem obserwować poczynania kremlowskiego władcy. Nie można nie zauważyć, że jego fascynacja (później już maskowana) ma podłoże we wspólnym rozumieniu kwestii „interesów narodowych”. Dla Putina są one pustym sloganem, pozwalającym wszakże przedłużać władzę czekistowskich siłowików i tłumaczyć strategię komunistyczną dbałością o „dobro narodu rosyjskiego”. Dla Trumpa, ta sama kwestia, staje się użytecznym narzędziem -„wytrychem”, który zmobilizuje elektorat, zmęczony lewackimi eksperymentami Clintonów i Obamy i wyzwoli w Amerykanach „narodową dumę”.
Jest wielce prawdopodobne, że tak pragmatyczni przywódcy, szybko znajdą wspólny język i umocnią swoje „konserwatywne” zdobycze.
Nie próbuję dziś rozstrzygać, jak będzie wyglądała prezydentura Trumpa i przyznaję, że niewiele mnie obchodzą wewnętrzne problemy Ameryki. Błąd, popełniany nagminnie przez polskich komentatorów życia politycznego, polega na formułowaniu generalnych ocen na temat prezydenta elekta, na podstawie wyobrażeń o jego „prawicowości” i „konserwatyzmie”. Jest to błąd tak dalece zakorzeniony, że odrzuca nawet elementarną refleksję nad życiem osobistym Trumpa, jego stosunkiem do ludzi, religii i zasad moralnych. Ponieważ większość użytecznych głupców popełnia ten sam błąd w ocenie prezydenta Rosji, jest to jeszcze jednak cecha znakomicie integrująca te dwie postaci.
Abstrahując od głębszych analiz politycznych i przewidywań prorosyjskich działań Donalda Trumpa, chcę jedynie zwrócić uwagę na rażącą absurdalność polskich nadziei związanych z tą prezydenturą. Taka sama skala absurdalności dotyczy relacji z Wiktorem Orbanem i każdym innym „konserwatystą”, wyznającym przyjaźń pułkownikowi KGB.
        Ten, kto przekonuje Polaków, że tacy politycy mogą być naszymi sprzymierzeńcami i działać na rzecz polskich interesów, musi wpierw zmierzyć się pytaniem – jak to możliwe, jeśli owi politycy deklarują „normalizację” stosunków z naszym największym, odwiecznym wrogiem, chcą prowadzić z nim wspólne interesy i razem rozwiązywać światowe problemy?
Czy można być „przyjacielem” państwa zagrażającego polskiej suwerenności i sławić polityka odpowiedzialnego za zbrodnię smoleńską i jednocześnie deklarować „braterstwo” z Polakami?
Jeśli nawet uda się pokonać tę sprzeczność na poziomie logiki (pragmatyki) politycznej, która nie wyklucza zawiązywania sojuszy bez podtekstu „związków przyjacielskich”, to w żaden sposób nie można jej zignorować w kontekście interesów poszczególnych państw.
Czy Trump, który chce odbudowy amerykańskiej mocarstwowości i widzi w tym sposób na wewnętrzne odrodzenie „wartości amerykańskich”, będzie przedkładał polskie racje ponad interes moskiewskich sprzymierzeńców? Ile, w oczach amerykańskich „konserwatystów” kosztuje spokój na Bliskim Wschodzie i rozwiązanie problemów z tzw. ISIS, w porównaniu ze spokojem w Warszawie czy Kijowie?
Czy Orban, który robi z Putinem interesy handlowe i energetyczne, dostaje z Rosji ogromne kredyty i ma otwarty rynek zbytu na towary węgierskie, zaryzykuje utratą takich korzyści i stanie po stronie Warszawy, gdy dojdzie do konfliktu z jego kremlowskim kamratem ?
Trzeba rażącej ślepoty i kompromitującej ignorancji, by w kontekście faktów już dokonanych oraz ważnych deklaracji politycznych, lekceważyć tak istotne przesłanki i opierać się na domniemaniach i pustych wyobrażeniach. Rząd, który w takich kategoriach chciałby budować polską pozycję w świecie, będzie grupą politycznych hochsztaplerów lub nieudolnych utopistów.
Stosunek do następcy Rosji Sowieckiej, jest i pozostanie najważniejszym wskaźnikiem politycznych intencji, a każda deklaracja „przyjaźni” z sukcesorami sowieckiego okupanta, jest wymierzona w polskie interesy. Tylko w takiej perspektywie wolno nam oceniać bilans polskich korzyści.
Nie ma tu miejsca na dywagacje o „cywilizowaniu” Rosji ani uprawianie sowieckiej mitologii „konwergencji”. Współczesna Federacja Rosyjska jest kontynuatorką wszystkich antypolskich i antynarodowych dążeń i pełnym dziedzicem komunistycznego bandytyzmu.
Przedstawiciele rosyjskiej Dumy, w wydanej wczoraj uchwale na temat polsko-ukraińskiej "Deklarację pamięci i solidarności", zarzucili Polsce i Ukrainie „podważanie nienaruszalność własnych granic” i stwierdzili wprost – „Rosja, jako spadkobierczyni ZSRR, zwycięzcy w czasie drugiej wojny światowej, nie pozwoli na dokonanie rewizji jej historii”.
W ramach naszej, polskiej racji stanu, leży zatem ocena potencjalnych partnerów w kontekście ich relacji z Rosją. Nikogo nie zmusimy do zaniechania „normalizacji” stosunków z Putinem i izolowania kremlowskiego watażki, ale interes Polski wymaga, by dostrzegać i równoważyć to zagrożenie.
Dostrzegać – czyli wykazywać maksymalną rozwagę w kreowaniu niepewnych sojuszy oraz porzucić partyjną demagogię na rzecz solidnej roboty dyplomatycznej i realnych decyzji politycznych. Równoważyć zaś, poprzez budowanie światowej koalicji antyrosyjskiej, wzmacnianie polskiego potencjału obronnego, twardą rozprawę z wewnętrzną agenturą, oraz uczynienie z Polski głównego i niezbędnego partnera w relacjach ze wszystkimi państwami Europy Wschodniej. Tylko wtedy, gdy Trumpowi czy Orbanowi, nie będzie się „opłacało” tracić korzyści z polskiego partnerstwa, możemy liczyć na zniwelowanie zagrożeń wynikających z uprawiania „przyjaźni” z Putinem.
Rząd, który nie chce lub nie potrafi wykazać takiej determinacji i próbuje zwodzić Polaków wizją iluzorycznych sojuszy, naraża nas na ogromne niebezpieczeństwo i utratę resztek suwerenności.
Przyszły, 2017 rok, przyniesie kolejną ofensywę „rosyjskiej siły”, wspartą na pomocy „konserwatywnej” agentury i życzliwości tysięcy „prawicowych” gawnojedów. Putin, kreując się na decydenta w sprawach terroryzmu i Bliskiego Wschodu oraz posługując się retoryką narodowo-konserwatywną, już zapewnił sobie nienależną pozycję „rabina – wybawcy”. To dziś najpoważniejsza broń Kremla, która nie wymaga angażowania zdezelowanych tanków i kompromitowania ruskich żołdaków.
Nie tylko nie jesteśmy przygotowani na taką ofensywę, ale manifestując polityczną słabość i zależność od niepewnych partnerów, stajemy się łatwym łupem rosyjskiego agresora.


© Aleksander Ścios
bezdekretu@gmail.com
1 grudnia 2016
www.bezdekretu.blogspot.com





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz