UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Czy Dobra Zmiana to za mało?

Obecny rząd znalazł się w historycznym punkcie, w którym Polskę i jej rolę w świecie trzeba niejako wymyślić na nowo, czy się tego chce, czy nie. Pytanie jednak, czy PiS na to stać?

Po roku rządów PiS-u „dobrą zmianę” można już częściowo ocenić. Niewątpliwie rację mają ci, którzy twierdzą, że partia Jarosława Kaczyńskiego podejmuje autentyczne wysiłki, by swoje obietnice wyborcze spełniać, co w naszej polityce jest pewnym novum. Niewątpliwie Polska powiatowa, wcześniej często zaniedbywana lub modernizowana na modłę potiomkinowską, może czuć się dowartościowana. Równocześnie prowadzona jest też bardziej asertywna polityka zagraniczna. Oczywiście sukcesy często bywają połowiczne, a implementacje nie zawsze przemyślane, jednak nie to wydaje się największym problemem dobrej zmiany. Jest nim raczej fakt, że w obecnej sytuacji politycznej i międzynarodowej nawet lepiej oraz sprawniej realizowana „zmiana”, czyli korekta Polski PO, to za mało.
Coraz więcej wskazuje na to, że obecny rząd znalazł się w historycznym punkcie, w którym Polskę i jej rolę w świecie trzeba niejako wymyślić na nowo, czy się tego chce, czy nie. Pytanie jednak, czy PiS na to stać? Czy może tego dokonać?

500+ i co dalej?


500+ i mieszkanie plus zdążyły już napsuć niemało krwi wielu mieszczuchom, przyzwyczajonym do modelu „polaryzacyjno-dyfuzyjnego” i produkowanych za granicą pociągów, szybko mijających wsie i miasteczka, z których kto żyw do niedawna uciekał do Anglii. Po roku rządów PiS-u, dzięki dodatkowym pieniądzom, wielodzietne rodziny nagle było stać na skromne wakacje. Statystyka pokazuje też, że wyraźnie zmniejszyła się liczba udzielanych na lichwiarski procent tzw. chwilówek, zaciąganych w okresie, kiedy trzeba było dzieciom kupić wyprawki do szkoły. Podobnie jest z mieszkaniem plus, bo ten projekt raczej nie przysłuży się warszawskim singlom. Niezagospodarowane dotąd nieruchomości skarbu państwa nie są ulokowane w najatrakcyjniejszych punktach wielkich metropolii, raczej w mniejszych ośrodkach.

Socjalne zdobycze „dobrej zmiany” wraz z suwerennościową retoryką pozwoliły PiS-owi utrzymać w pierwszym roku rządów poparcie, i to pomimo ostrego sporu wokół TK, tarć na arenie międzynarodowej i krytyki ze strony mediów, takich jak TVN i „Gazeta Wyborcza”. To dzięki 500+ niemal zupełnie niezauważone pozostały też, na przykład, takie niedoróbki jak nowelizacja przepisów regulujących zasady policyjnej kontroli operacyjnej.

Jest przy tym rzeczą zupełnie zrozumiałą, że każda zwycięska partia zaraz po wyborach stara się zadbać przede wszystkim o swój elektorat. Tyle że rząd musi też umieć pomyśleć o rozwoju długofalowym, bo inne rozmieszczenie zasobów nie prowadzi do ich pomnożenia. A spełnianie zbyt wielu obietnic naraz bywa wręcz niebezpieczne. Na przykład, o ile w sprawie 500+ i mieszkania plus głosy ekspertów były podzielone, o tyle w przypadku równoczesnego obniżenia wieku emerytalnego zdaje się już przeważać sceptycyzm. Dotyczy on wątpliwości, czy Polska może sobie pozwolić na dwa poprzednie programy i zwiększenie liczby emerytów równocześnie.

Co do źródeł finansowania, to planowany podatek handlowy okazał się pomysłem niedopracowanym, który nie obronił się też dobrze przed krytyką ze strony Komisji Europejskiej. Fiskus na razie odstąpił więc od ściągania tej daniny. Likwidacja szarej strefy, do której energicznie przystąpił rząd PiS-u, może oczywiście przynieść pewne korzyści skarbowi państwa, ale tylko krótkofalowe. Na dłuższą metę potrzebna jest strategia rozwojowa; poważniejsza niż tylko punktowe „dobre zmiany”, zwłaszcza że przed Polską stoją coraz poważniejsze wyzwania, nie tylko na polu międzynarodowym, ale i w polityce zagranicznej. W celu stawienia czoła tym wyzwaniom i realizacji ambitnych strategii pokroju Planu Morawieckiego, po roku rządów PiS musi jednak pokusić się o coś, czego PO nigdy nie dokonała. Musi stworzyć sprawne, efektywne i samodzielne państwo, które będzie umiało się wyrwać z neokolonialnej kondycji.

Kadry czy instytucje?


Wiele atramentu przelano już nad Wisłą, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy dla budowy sprawnego państwa ważniejsi są odpowiedni ludzie, czy też rozwiązania instytucjonalne. Również na łamach „Nowej Konfederacji” w tej debacie zabierały głos już tak znamienite pióra, jak Rafał Matyja, Artur Wołek czy Bartłomiej Radziejewski. Być może jednak pytanie: „kadry czy instytucje?” jest po prostu źle postawione, a to dlatego, że związek pomiędzy ludźmi a instytucjami jest dynamiczny. Elementy te wzajemnie się kształtują. Dobrze widać to w analizach azjatyckiego „państwa rozwojowego”, do którego historii otwarcie nawiązują prezes Kaczyński i wicepremier Morawiecki. Podobna prawidłowość jest też widoczna w powstaniu nowoczesnego niemieckiego aparatu urzędniczego. Czy to bowiem słynne japońskie MITI ukształtowało elity biznesowe i administracyjne Nipponu, czy na odwrót? Czy to Prusy kształtowały pruskich, a potem niemieckich urzędników, czy wręcz przeciwnie: fakt, że już w XVII wieku Hohenzollernowie zaczęli celowo zatrudniać administratorów spoza lokalnych układów ukształtował państwo?

Często taki dynamiczny stosunek pomiędzy ludźmi i instytucjami bywa nazywany etosem. W Polsce bliskie wytworzenia własnego etosu – urzędniczego, biznesowego czy też modernizacyjnego – były zapewne już elity Drugiej Rzeczpospolitej.

Podobnie jak wtedy, wciąż jednak cierpimy na typową chorobę państwa peryferyjnego, a mianowicie oddzielne kształtowanie logiki instytucjonalnej i personalnej. W efekcie mieliśmy, i po części nadal mamy, instytucje mające tylko „pokazać”, że jesteśmy nowocześni, europejscy czy też demokratyczni. Pod ową przykrywką wciąż funkcjonują zaś na poły klanowe elity. Ta tendencja w pierwszym roku nowego rządu była dobrze widoczna z jednej strony w logice promowania ludzi swoich, ale nie zawsze najbardziej kompetentnych (vide sprawa Misiewicza), a z drugiej w kuriozalnych działaniach tych, którzy rzekomo ratują stare instytucje przed zawłaszczeniem. To być może prawda, że niemiecki parlament zawahałby się, zanim wszedłby w ostry spór z trybunałem z Karlsruhe. Proszę sobie jednak wyobrazić któregoś z sędziów z Karlsruhe na sesji zdjęciowej dla głównej opozycyjnej gazety, wypowiadającego się jednoosobowo z trybuny sejmowej o konstytucjonalności ustawy albo pozwalającego polskiej fundacji finansować imprezę towarzyską dla niemieckich sędziów.

Nie o licytację na winy i zasługi tu jednak chodzi, ale o pytanie, czy „dobra zmiana” może pomóc wytworzyć nowy, propaństwowy etos. Czy może przyciągnąć młodych ludzi, którzy chcą przede wszystkim służyć Polsce, ale również zbudować takie instytucje, które będą jeszcze więcej takich ludzi kształtować: od skromnej referentki czy sekretarki, aż do pani minister lub też pani prezes?

Osamotniony Jarosław Kaczyński


Polska solidarna i merytokratyczna zarazem to jednak wciąż pieśń przyszłości. Do starych polskich tradycji należy natomiast obchodzenie wadliwych instytucji (i przy okazji zostawianie w tyle zagubionych kadr) przez wybitnych polityków i ich najbliższe otoczenie. Toutes proportions gardées można powiedzieć, że zarówno Donald Tusk, jak i Jarosław Kaczyński weszli tutaj do pewnego stopnia w buty, które uszył dla nich jeszcze marszałek Piłsudski. W pewnym sensie zwłaszcza o prezesie PiS-u można mówić śmiało, jako o polityku wybitnym, ale osamotnionym. W mijającym roku potrafił on bowiem nawet z takich pułapek wizerunkowych, jak spór o aborcję czy nieprawidłowości w nominowaniu do zarządów spółek skarbu państwa, wyjść obronną ręką i szybko poprawić sondaże swego ugrupowania. Pytanie tylko, dlaczego to prezes musiał myśleć o wszystkim: od rozmów z Wiktorem Orbanem, poprzez bioetykę i reformę edukacji, na polityce personalnej w ministerstwach i spółkach skończywszy?

Dlaczego posłowie z jego klubu muszą się go ciągle radzić, a kadry rządowo-administracyjne wciąż cierpią na dotkliwe braki? Czy gdyby nagle miało zabraknąć Jarosława Kaczyńskiego, PiS byłby równie zagubiony, jak PO po brukselskiej emigracji Tuska? Charakterystyczny jest też przy tym negatywny stosunek prezesa PiS-u do ułomnych kadr, co jest dość paradoksalne, zważywszy że właśnie o obsesyjną kadrowość często się go oskarża. To Jarosław Kaczyński w pierwszym roku „dobrej zmiany” uderzył przecież pięścią w stół w sprawie znajdowania synekur dla „wypróbowanych” współpracowników i podwyższania ich uposażeń. Równocześnie jednak, to on często podkreślał też swój sceptycyzm wobec niezależnych ekspertów i w pełni niezależnej służby cywilnej. W jego oczach niezależni okazywali się pozbawieni etosu, sprzyjający interesom zewnętrznym, uciekający zbyt szybko na posady w zagranicznych korporacjach.

Przyjmując, że jest w tej krytyce sporo prawdy, czy PiS i obóz „dobrej zmiany” mogą się przyczynić do przeobrażenia „duszy” polskich elit? Czy poza płytkim symbolizmem patriotycznym możliwe jest stworzenie nowego etosu urzędnika albo prawnika patrioty? Prezes PiS-u zdaje sobie oczywiście sprawę z konieczności wlania we władzę świeżej krwi. Być może dlatego w tym roku oddał tak rozległe kompetencje nowemu superministrowi, byłemu menadżerowi dużego banku – Mateuszowi Morawieckiemu. Wcześniej zaś Jarosław Kaczyński premierem uczynił niezwykle sprawnego administratora – Beatę Szydło.

Problemy techniczne, dotyczące implementacji planu modernizacyjnego autorstwa ministra Morawieckiego, to tutaj osobna kwestia, o której napisano już przecież wiele. Z punktu widzenia logiki władzy prawdziwy problem jest nieco inny. Morawiecki oraz Szydło, bez zmian w zasadach funkcjonowania rządu i partii oraz nowych, lepszych zasad selekcji kadr urzędniczych, nie mogą mianowicie zmodernizować ani PiS-u, ani państwa. Mogą się za to stać kolejnymi sprawnymi liderami, których energia zużywana jest jednak na ciągłe interwencyjne mikrozarządzanie, bezustanne gaszenie pożarów, które rozpalają ich podwładni.

Przebudzenie z neokolonialnej drzemki


Z drugiej jednak strony, po roku rządów PiS-u widać wyraźnie, że nie ma już powrotu do kultu z pozoru neutralnego światopoglądowo profesjonalizmu z czasów PO. I to wcale nie dlatego, że poprzednie elity były aż tak zepsute. Problem jest o wiele głębszy. Poprzednim elitom ich etos i w dużym stopniu świat po prostu zawalił się na głowy.

Jeszcze w czasach krótkiej młodości zanikającego dziś KOD-u, moi zagraniczni przyjaciele i rozmówcy nie mogli się nadziwić, jak wiele na marszach było flag UE. Dla nich przeciwstawianie europejskości pojęciu francuskości czy brytyjskości było czystą abstrakcją. Z ich puntu widzenia UE była tylko leciutką nadbudówką, wspartą na potężnych gmachach ich państw narodowych i jako taka nie miała większej wartości symbolicznej.

W Polsce i wielu pozostałych państwach postkomunistycznych było zaś inaczej. Dla nas UE była ucieczką od konieczności trudnych debat i wyborów, a także definiowania swojego patriotyzmu na poziomie bardziej skomplikowanym niż tylko emocjonalny. Polska PO też miała przecież swój etos, a przynajmniej jego zaczątki. Był to jednak etos, dla którego we współczesnej Europie nie ma już miejsca. Jego wyznawcy realnie i szczerze zakładali zwykle, że z czasem będziemy coraz mniej Polakami, a coraz bardziej Europejczykami; że nie musimy już zmagać się z demonami przeszłości (chociażby w naszych relacjach z Ukrainą), bo przyszłość takie problemy unieważnia. Tego świata jednak już nie ma, i to wcale nie z polskiej czy PiS-owskiej winy. Bez wątpienia dla wielu uczciwych i prawych ludzi bezpowrotne bankructwo takiej wizji to niemały osobisty dramat, prowadzący często do resentymentu i frustracji.

Momentami można wręcz mieć wrażenie, że Brexit jest większą traumą dla Polaków niż dla samych Brytyjczyków. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że wobec oczywistego rozkładu UE w obecnym kształcie, Brytyjczycy nie muszą się uczyć życia w nowej rzeczywistości. Wystarczy, że powrócą do starej. My za to musimy nagle dorosnąć, proponować odpowiedzialne rozwiązania w polityce zagranicznej, a w polityce wewnętrznej budować rozważnie nowy etos państwowy. Od odpowiedzialności nie da się już uciekać ani w kosmopolityzm, ani w klanowość. Można, co najwyżej, na jakiś czas uciec w zastygły konflikt.

Dyskretny urok stasis


Stasis to pojęcie z klasycznej greki określające pewien typ walki. W polityce słowo to oznacza często przewlekły, choć brutalny spór, z którego jednak nie powstaje zasadniczo nowa jakość. A więc, inaczej niż w zmianie rewolucyjnej, nie ma tu mowy o odnowieniu państwa, co najwyżej jedną ekipę zastępuje inna. W tym sensie stasis jest postrzegana jako coś negatywnego, bo bezsensownie destabilizującego życie obywateli. Niepomna rad klasyków, „dobra zmiana”, przy wszystkich swoich sukcesach po pierwszym roku rządów, często zdaje się ulegać właśnie pokusie ucieczki w zamrożony konflikt, zamiast podjąć odważną próbę budowania nowego ładu. Obecnie widać to zjawisko na bardzo różnych poziomach. Na przykład w likwidacji konkursów na wyższe stanowiska w służbie cywilnej, bo poprzednie i tak były nieuczciwe. Stasis jest widoczna również w ustawianiu mediów publicznych w roli TVN-u à rebours. Logika statycznego sporu przekłada się też na ostre reakcje niektórych polityków rządzącej partii na krytykę merytoryczną, a jednocześnie prowokowanie krytyki niemerytorycznej, poprzez nieprzemyślaną retorykę.

Dodać przy tym należy oczywiście, że opozycja i część naszych zagranicznych partnerów też lubi grać w tę grę i podsycać statis w Polsce. Nie ulega na przykład wątpliwości, że Komisja Wenecka jest po stronie PO i Nowoczesnej, podobnie zresztą jak sam Trybunał Konstytucyjny, który chętnie pozwala gmerać w ustawie o swoim działaniu, ale tylko „wybranym” partiom politycznym. Czy to jednak znaczy, że nie warto czasami zrobić kroku w tył, a przynajmniej go upozorować? Nieco spokojniejsze podejście wyzwoliłoby zaś pewien trwoniony, na przykład w sporze z KE, kapitał polityczny. Można by wykorzystać go gdzie indziej, chociażby przy negocjacjach dotyczących umów handlowych typu CETA i TTIP czy też przy projektowaniu nowego traktatu dla UE.

Podobnie rzecz ma się w polityce wewnętrznej. Czy gdyby nie zmęczenie po kilku mniej istotnych konfliktach, nie dałoby się wykorzystać kapitału politycznego do głębszego ucywilizowania prawa bankowego, na przykład w duchu ciekawych propozycji Piotra Wójcika z poprzedniego numeru „Nowej Konfederacji”?

Zamrożony konflikt, gra w stasis, pozwala oczywiście jasno zdefiniować swój obóz i skonsolidować elektorat, który będzie się zwyczajnie bał, że jeśli wybierze kogoś innego, to straci to, co już otrzymał i narazi się na bezwzględną zemstę nowej ekipy. Wystarczy, na przykład, zajrzeć do zupełnie oficjalnego programu Nowoczesnej, by zacząć bać się, bez mała, represji wobec każdego, kto ośmielił się dopuścić „ekstremizmu”. Stasis to jednak rozwiązanie mało perspektywiczne, bo zamrożone konflikty są niezwykle angażujące; pozostawiają akurat tyle energii, by wprowadzić tylko ograniczone „dobre zmiany”, tak jak to miało miejsce w pierwszym roku nowego rządu. Polska potrzebuje zaś teraz znacznie, znacznie więcej.


© Michał Kuź
1 listopada 2016
źródło publikacji: „Nowa Konfederacja” nr.11(77)/2016
www.nowakonfederacja.pl






Ilustracja © brak informacji / www.nowakonfederacja.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2