WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Popychanie rzeki i gwiazd. Pierwsze pomruki „Augustyna”

Popychanie rzeki i gwiazd


        Człowiek całe życie się uczy, ale i tak głupi umrze. Żeby się o tym przekonać, wystarczy poczytać, co piszą naukowcy, na przykład – ekonomiści. To są bardzo ciekawe rzeczy, a ich smakowitość może docenić zwłaszcza na tle pytania, dlaczego ekonomistów jest więcej, niż, dajmy na to, astronomów. Takie pytanie zadał kiedyś słuchacz Radiu Erewań, które odpowiedziało, że jest tak dlatego, bo astronomowie już wiedzą, że gwiazdy poruszają się same. Tymczasem wielu ekonomistów uważa, że bez popychania rzeka nie popłynęłaby ku morzu, tylko odwrotnie – w kierunku gór. W dodatku wszystko potrafią dokumentnie wytłumaczyć – o czym świadczy następujący dialog dwóch ekonomistów: - Ani w ząb nie potrafię zrozumieć, na czym właściwie polega ten cały kryzys finansowy! - To nic nie szkodzi, ja ci to zaraz wytłumaczę. - Ba! Wytłumaczyć, to i ja potrafię!

        Takie to zbawienne prawdy przypomniały mi się podczas lektury wywiadu pewnego znanego ekonomisty na temat reformy ubezpieczeń społecznych. Uważa on za rzecz naturalną i pożądaną, by ludzie dzielili się swoimi dochodami – oczywiście pod przymusem, bo gdybyśmy tylko zlikwidowali przymus, to zaraz by przestali się dzielić. Wiedzą o tym nawet klerycy w seminariach duchownych, o czym przekonałem się przed laty podczas spotkania w Seminarium Duchownym w Łowiczu. Mówiłem tam m.in., że państwo nie powinno zajmować się działalnością charytatywną i tego już było moim słuchaczom za wiele. Jeden z nich zabrał głos, mówiąc, że wygaduję bzdury, bo gdyby nie było państwowego przymusu, to nikt nie chciałby biednym pomagać. Pozostali klerycy nagrodzili jego wypowiedź rzęsistymi brawami – a kiedy już ta owacja ucichła, powiedziałem: Czy ksiądz zdaje sobie sprawę, co ksiądz teraz powiedział? Wprawdzie wyraził to inaczej, ale sens jest taki, że Ewangelia Chrystusowa nie nadaje się do zastosowania w życiu. Być może to prawda – ale czy wypada tak myśleć i być księdzem katolickim? Bo przecież Pan Jezus nigdy ani nigdzie nie nawoływał do nacjonalizacji miłości bliźniego. Owszem, mówił, żeby biednym pomagać, ale ZE SWOJEGO majątku, a nie z cudzego. Chyba nie ma ksiądz wątpliwości, że Panu Jezusowi wystarczyłoby kompetencji, żeby przedstawić optymalny podział dochodu narodowego nawet w postaci rysunkowej. Jednak nigdy tego nie zrobił i nie dlatego, że nie potrafił, tylko – że nie chciał. Podobnie Murray Rothbard zauważył, że żaden zwolennik teorii umowy społecznej nie zaryzykował eksperymentu, by znieść przymus płacenia podatków – a przecież wtedy zaraz byśmy się dowiedzieli, czy rzeczywiście jest jakaś umowa społeczna, czy jej nie ma. Najwyraźniej sami nie są tego pewni, a głoszą tę teorię, żeby było ładniej.

        Ale to jeszcze nic w porównaniu z rewelacją, że oszczędności są szkodliwe dla gospodarki. Bo jak oszczędzam, to znaczy, że nie wydaję, a jak nie wydaję, dajmy na to, na chleb, czy wódkę, to nie zarobi sklepikarz, piekarz, młynarz, gorzelnik, no i oczywiście – rolnik. Zatem, jak tylko wpadną nam w ręce jakieś pieniądze, to natychmiast powinniśmy je wydać nie tylko dla własnego dobra, ale dla dobra gospodarki, zwłaszcza – rolników, co „od myszy do cesarza, wszystko żyje z gospodarza” - na którym to patencie PSL jedzie już ponad 100 lat. Wprawdzie niektórzy ignoranci powiadają, że jeśli ktoś oszczędza, to pieniądze które zgromadził ograniczając swoja konsumpcję, może komuś pożyczyć, a ten z kolei, mając pomysł, ale nie mając własnych pieniędzy, może dokonać korzystnych inwestycji – ale kto by tam takim ignorantom wierzył. Wiadomo, że kredyt nie ma nic wspólnego z oszczędzaniem, bo pieniądze bierze się z banku, a skąd tam się biorą – aaa, to tajemnica, której lepiej nie zgłębiać. Jak bowiem powiadają Rosjanie, „kto nie wie, ten śpi w poduchach, a kto wie, tego wiodą w łańcuchach”.

        Ale to tylko takie dygresje, bo chodzi o to, jak tu zreformować system ubezpieczeń społecznych. Ekonomista nie dopuszcza myśli, by zrezygnować z przymusu ubezpieczeń, ale co nam szkodzi puścić wodze fantazji i zastanowić się, czy nie można by jednak z przymusu zrezygnować? Najpierw jednak zwróćmy uwagę, że ubezpieczenia są rodzajem hazardu; jeśli zawieram z ubezpieczalnią umowę ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków, to w rzeczywistości zakładam się z ubezpieczalnią, że złamię sobie rękę albo nogę. Jeśli złamałem – no to wygrałem, a jeśli nie – to wygrała ubezpieczalnia, bo wzięła ode mnie pieniądze i nic mi nie dała. Podobnym zakładem są ubezpieczenia społeczne; obywatele zakładają się z ZUS-em, ze będą żyli długo, podczas gdy ZUS zakłada się z nimi, że będą żyli krótko. Jeśli żyją długo, to... o nie, to nie zawsze jest takie oczywiste, że wygrali – ale jeśli żyją krótko, to bez wątpienia wygrał ZUS. Zwrócił na to uwagę już przed laty prof. Lucjan Israel, francuski specjalista chorób płucnych i przeciwnik legalizacji eutanazji. Rzecz w tym, że koszty opieki nad starym człowiekiem w ostatnich 6 miesiącach jego życia są dla ubezpieczalni równe kosztom, jakie poniosła na opiekę nad tym człowiekiem przez cały wcześniejszy okres jego życia. Toteż, zdaniem prof. Lucjana Israela, propaganda eutanazji nasila się w państwach, w których – podobnie jak u nas – systemy ubezpieczeń społecznych wchodzą w fazę bankructwa. Warto zwrócić uwagę, że ZUS jest agendą państwową i jest zainteresowany, by obywatele żyli możliwie krótko – a państwo ma bardzo wiele sposobów, by ten cel osiągnąć i wcale nie musi nas o nich informować, bo – jak śpiewał Wojciech Młynarski - „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy!”

        Ludzie hazardują się na rozmaite sposoby i nie ma w tym nic złego, chyba, że są do tego zmuszani. A tak właśnie jest w przypadku ubezpieczeń społecznych. Dlaczego? Żeby to zrozumieć spróbujmy wyobrazić sobie ubezpieczenia społeczne umowne. ZUS oczekuje od każdego obywatela, że będzie odprowadzał do niego około 50 proc. swoich dochodów. A co obiecuje w zamian? Uczciwa odpowiedź brzmi: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm może przecież zmienić wiek emerytalny i właśnie to zrobił, więc: „kiedyś”. No i „coś” - bo Sejm może zmienić wysokość emerytur – i właśnie to zrobił w stosunku do ubeków, a tylko patrzeć, że jak forsy zabraknie, to i w stosunku do innych też. Nikt przytomny nie podpisałby takiej umowy – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe.

        Zatem należałoby zlikwidować przymus ubezpieczeń społecznych – bo mają one wszelkie znamiona kradzieży zuchwałej, a państwo powinno obywateli przed kradzieżami zuchwałymi chronić, a nie dopuszczać się ich na ich szkodę. Gwoli prawdy trzeba jednak dodać, że sprawy zaszły tak daleko, iż nie ma już rozwiązań dobrych. Likwidacja przymusu też jest pomysłem złym – ale zaleta tego pomysłu polega na tym, że inne rozwiązania są jeszcze gorsze. Wyobraźmy sobie tedy, że np. od 1 stycznia 2019 roku znosimy przymus ubezpieczeń społecznych. Byłyby one nadal możliwe, ale już wyłącznie jako dobrowolne. Oczywiście po 1 stycznia 2019 roku nikt albo prawie nikt już nie płaci żadnych składek – a państwo na zobowiązania zaciągnięte wcześniej. Nie może tych ludzi okraść, bo przecież wzięło od nich pieniądze. A skąd weźmie pieniądze na realizację tych zobowiązań? Jedyna rada, to ustanowić podatek celowy na emerytury i renty. Celowy – to znaczy, że ani złotówka z tego podatku nie może pójść na drogi, czy na wojsko. Ten podatek w pierwszych latach byłby równy składce emerytalnej, a w porywach nawet wyższy – ale generalnie miałby tendencję malejącą i po 40 latach, już symboliczny ten podatek moglibyśmy zlikwidować; ostatni uprawniony schodząc z tego świata gasi światło i koniec. Wadą tego pomysłu jest to, że co najmniej dwa pokolenia obywateli zostałyby obciążone bez swojej winy świadczeniem nieekwiwalentnym – zwłaszcza pokolenie pierwsze, bo drugie już nie tak dotkliwie. Jeśli jednak tego nie zrobimy, to nie dwa, ale wszystkie następne pokolenia będą obciążone świadczeniem rosnącym – bo ubezpieczenia społeczne same z siebie kreują niekorzystne skutki demograficzne – na co zwraca uwagę laureat Nagrody Nobla z ekonomii z roku 1992 Gary Stanley Becker, a u nas będą one dodatkowo spotęgowane prawie 3-milionową emigracją młodych ludzi. Zatem, jeśli to rosnące świadczenie zacznie zbliżać się do 60 proc. dochodu, to jest prawie pewne, że młodzi ludzie się zbuntują; powiedzą: do diabła z tymi starcami-wampirami – i w katolickim kraju pojawi się masowe poparcie dla legalizacji eutanazji.

        Ale to są oczywiście takie ignoranckie rozważania, bo fachowcy uważają, że można zjeść ciastko i mieć je nadal i dlatego właśnie są tak podziwiani, dzięki czemu mogą z wyżyn swojej wieży z kości słoniowej spoglądać na pełzających w dole ignorantów.

Pierwsze pomruki „Augustyna”


        Nie bądź słodki – bo cię zliżą. To porzekadło warto zadedykować panu prezydentowi Dudzie, który po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią, podjął suwerenną decyzję o postawieniu rządowi ultimatum w sprawie podpisania ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym – niczym generał Jaruzelski w 1981 roku. Co mu Nasza Złota Pani powiedziała, czym postraszyła, co obiecała – tego nie wiemy, bo ani ona, ani pan prezydent Duda, nawet się na ten temat nie zająknie. Rzecznik niemieckiego rządu potwierdził tylko fakt tej rozmowy, jak i to, że jej przedmiotem był również stan praworządności w naszym nieszczęśliwym kraju – ale odmówił podania szczegółów, nie chcąc ujawniać treści „poufnych rozmów”. Odmowa podpisania ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym w środowisku folksdojczów wywołała radość, której nawet nie starali się ukryć, a panią prezes Małgorzatę Gersdorf skłoniła nawet do przeprosin za wypowiedź gdzie można żyć za 10 tys. złotych. Wymowni Francuzi powiadają, że l’appetit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia, więc nic dziwnego, że i sędziowie próbują jakoś dorobić sobie do chudych pensyjek, bo rzeczywiście – w żadnej ustawie nie zapisano, że tylko pani prezes może z sędziowskiej pensyjki uciułać sobie miliony. Na żadne dalsze ustępstwa jednak chyba nie poszła, bo i po co, kiedy veto pana prezydenta zostało odebrane nie tylko przez „kastę”, ale i przez – jak się okazało - niezwykle liczne środowisko folksdojczów, jako dowód chwiejności pana prezydenta. Wprawdzie w orędziu do narodu pan prezydent usiłował zaprezentować się jako stanowczy mąż stanu, ale „daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia”. Pan prezydent bowiem surowo napiętnował przedstawicieli opozycji, że nawołując do rozruchów przekroczyli cienką czerwoną linię oddzielającą to, co dozwolone, od tego, co przestępcze – ale co z tego, kiedy na tym pogrożeniu paluszkiem się skończy? Toteż nic dziwnego, że tymczasowo pełniący obowiązki lidera ekspozytury Stronnictwa Pruskiego Wielce Czcigodny Grzegorz Schetyna zapowiedział folksdojczom, że nie ma wakacji, urlopy zostały odwołane i obowiązuje stan gotowości bojowej.

        Ale jakże ma być inaczej, kiedy owczarek niemiecki nazwiskiem Frans Timmermans właśnie wystosował pod adresem polskiego rządu ultimatum, że jeśli w ciągu miesiąca nie przeforsuje ustaw, które on, znaczy – Timmermans – uzna za prawidłowe, to zacznie boleśnie kąsać nasz nieszczęśliwy kraj sankcjami. Na początek mają podobno pójść dopłaty do wsi i rolnictwa, co pogrąży w nieutulonym żalu Polskie Stronnictwo Ludowe, po staremu stojące na nieubłaganym stanowisku, że najcięższa jest dola chłopa. W obliczu utraty alimentów mogą zbuntować się nie tylko chłopi, ale jeszcze bardziej – beneficjenci rozmaitych „subwencji”, „dotacji” i „grantów”, od których przez ostatnie 27 lat uzależnili się, niczym narkoman od heroiny. Ano cóż; nie trzeba było popierać Anschlussu – bo dzisiejsze pogróżki niemieckiego owczarka Timmermansa są wypisz-wymaluj podobne do muzycznej sztuczki, opisanej w „Biesach” Teodora Dostojewskiego, kiedy to „Marsylianka” w świętym oburzeniu śpiewa jeszcze:
„Pas un pouce de nos terres, pas une pierre de nos forteresses (ani piędzi naszych ziem, ni kamienia z naszych twierdz). Ale zmuszona jest śpiewać w jeden takt z „Mein lieber”. Dźwięki jej w jakiś głupawy sposób przechodzą w „Augustyna”, chwieją się, gasną. Teraz tylko od czasu do czasu słychać znowu; qu’un sang impure (aż krew nieczysta), ale w tejże chwili zrywa się to i przechodzi w trywialny walc; wreszcie „Marsylianka” upokorzona jest zupełnie, to Jules Favre szlochający na piersi Bismarcka i oddający wszystko, wszystko, ale teraz sierdzi się już „Augustyn”; słychać głos zachrypnięty; czujemy mnóstwo wypitego piwa, szaleństwo samochwalstwa, żądania miliardów subtelnych cygar, szampana i zakładników. „Augustyn” zmienia się w ryk. Francusko-pruska wojna jest skończona.”
To oczywiście dopiero przed nami. Ryk „Augustyna” usłyszymy nawet nie wtedy, gdy w następstwie kombinacji operacyjnej, która ponownie się rozpoczęła, dojdzie do zmiany rządu w Polsce na taki, który wycofa nasze państwo z projektu Trójmorza - tylko dopiero wtedy, gdy Nasza Złota Pani na stanowisku prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju osadzi swego faworyta Donalda Tuska. On już dopilnuje, by Polska nigdy nie ulegała żadnym takim „mrzonkom”, tylko posłusznie wypełniała zobowiązania wynikające z Volkslisty, którą w następstwie zgodnego jej stręczenia zarówno przez przedstawicieli obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm podpisała. Niemcy bowiem potraktowały poważnie zapowiedź prezydenta Trumpa, że będzie „wspierał” projekt Trójmorza”, który grozi nie tylko podważeniem niemieckiej hegemonii w Europie, ale również zablokowaniem budowy IV Rzeszy. Toteż Niemcy stopniowo puszczają w ruch wszystkie swoje narzędzia, by doprowadzić do przesilenia rządowego w Polsce i w ten sposób zablokować projekt Trójmorza, który bez Polski nie ma racji bytu. Miesięczny termin, wyznaczony przez niemieckiego owczarka Fransa Timmermansa jest również instrukcją dla folksdojczów, na kiedy mają osiągnąć pełną gotowość bojową. Praworządność jest tu tylko pretekstem; gdyby prezes Kaczyński nie zdecydował się pójść na frontalną konfrontację w sprawie obsadzania stanowisk sędziowskich, to znalazłby się jakiś inny, niczym w bajce Ezopa, kiedy to wilki zarzuciły owcom, że mącą im wodę w rzece. Prezydent Duda, akurat w tym momencie demonstrujący swoją „niezależność”, bo dostał „8 milionów głosów”, wkracza na szlak przetarty przez Kazimierza Marcinkiewicza. Jego akurat Nemezis dziejowa już ukarała dozgonnym towarzystwem „Izabel”, podczas gdy przed panem prezydentem perspektywy dopiero się otworzą. Słychać, że kompletuje on zespół ekspertów, którzy mu podpowiedzą, jak napisać ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym, żeby było dobrze, to znaczy – żeby spodobały się sędziom i nadzorującym ich starym kiejkutom, a przede wszystkim - niemieckiemu owczarkowi. Dlatego do grona ekspertów powinien zostać zaproszony Aleksander Smolar – który dopilnuje, by organizacja tubylczego sądownictwa odpowiadała oczekiwaniom starego żydowskiego finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, no i oczywiście – pana generała Marka Dukaczewskiego. Gdyby termin ultimatum był dwa razy dłuższy, to można by poprzestać na pani prezes Małgorzacie Gersdorf, ale kiedy jest taki krótki, to periculum in mora, a w tej sytuacji nie ma co tracić czasu na konsultacje, jakie pani prezes i tak przecież musi przeprowadzić z panem generałem, by zabezpieczyć wpływ starych kiejkutów na niezawisłe sądownictwo, więc nie ma co bawić się w jakieś pozory.


© Stanisław Michalkiewicz
1-3 sierpnia 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz