UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Nad rzeką Św. Wawrzyńca. Stronnictwo Pruskie w natarciu

Stronnictwo Pruskie w natarciu

        W toczącej się w naszym nieszczęśliwym kraju politycznej wojnie, opadające emocje umiejętnie podsyca niemiecka ręka. Jak wiadomo, Niemcy, które po deklaracji prezydenta Obamy z 17 września 2009 roku, wycofującej USA z aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, przejęły nasz nieszczęśliwy kraj pod swoją kuratelę, dzieląc się wpływami politycznymi ze swoim strategicznym partnerem, czyli Rosją. Dlatego m.in. w sierpniu 2012 roku JE abp. Józef Michalik, ówczesny Przewodniczący KEP, wespół z Patriarchą Moskwy i Wszechrusi Cyrylem podpisał na Zamku Królewskim w Warszawie słynną deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim, o której dzisiaj nikt już nie pamięta. W dodatku arcybiskup Michalik w wypowiedzi dla prasy zauważył, że „na tym etapie nie mogliśmy tego nie uczynić”, co dowodzi, że zdawał sobie sprawę z nadejścia jakiegoś etapu, który niesie ze sobą nieubłagane konieczności.
Ów etap zapoczątkowany został dwudniowym szczytem NATO w Lizbonie 19 listopada 2010 roku, na którym 20 listopada proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja kończyło rozciągnięty w czasie proces ustanawiania nowego porządku politycznego w Europie, który ostatecznie zastąpił nieaktualny już porządek jałtański, a dla Polski stwarzało nowe konieczności, bo nie może być tak, że całe NATO jest w strategicznym partnerstwie z Rosją, a Polska nie. Polska tez musiała się w tym partnerstwie odnaleźć, no i dlatego JE abp Michalik powiedział o tym „etapie”. Kiedy zatem Polska pozostawała pod kuratelą strategicznych partnerów, to znaczy – Niemiec i Rosji – pozostawanie u władzy ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, czyli Platformy Obywatelskiej było rzeczą naturalną, podobnie jak współpraca Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Kiedy jednak w roku 2013, zirytowany niemożnością zmontowania koalicji brytyjsko-francusko-niemieckiej, która ze Stanami Zjednoczonymi jako politycznym kierownikiem wkroczyłaby do Syrii, obaliła tamtejszego tyrana i w ten sposób usunęła bezcennemu Izraelowi ostatnią przeszkodę dla zrealizowania programu „Wielkiego Izraela”, prezydent Obama wysadził w powietrze polityczny porządek „lizboński”, zapalając zielone światło dla przewrotu politycznego na Ukrainie – Polska ponownie przeszła pod kuratelę USA, które w ten sposób powróciły do aktywnej polityki w tym zakątku Europy. USA zaraz przystąpiły do urządzenia sceny politycznej w naszym nieszczęśliwym kraju pod kątem potrzeb polityki, jaka zamierzały w tym rejonie prowadzić. W tym celu trzeba było z pozycji lidera usunąć ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego, w czym przysłużył się znakomicie spisek trzech kelnerów, no i zainstalować w charakterze lidera ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. I tak się właśnie stało w roku 2015 – ale sprawę skomplikowało wciągnięcie przez Amerykanów na listę swoich sukinsynów starych kiejkutów, które w18 czerwca 2015 roku zorganizowały w tym celu Międzynarodową Konferencję Naukową „Most” z udziałem przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii naszego bantustanu, których petycję o wpisanie ich na listę „naszych sukinsynów” przez Amerykanów żyrowali ważni ubecy z bezcennego Izraela. Amerykanie, jak się wydaje, uzależnili wciągnięcie starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów” od pokazania, co potrafią – i w ten sposób doszło do stworzenia z dnia na dzień partii Nowoczesna ze sprytnym panem Rysiem na fasadzie, którą – zanim jeszcze pan Rysio zdążył otworzyć usta – stęskniony naród obdarzył 11 procentami zaufania. Wciągnięcie przez Amerykanów starych kiejkutów na listę naszych sukinsynów jest przyczyną i warunkiem sine qua non politycznej wojny, jaka trapi nasz nieszczęśliwy kraj. W przeciwnym razie każdy ubek ratowałby się na własna rękę, udawałby, że go nie ma, a taki np. pan generał Marek Dukaczewski chodziłby od rana do wieczora w czapce-niewidce, a nie wizytował własną osobą demonstrację ściąganych w trybie alarmowym z całego kraju pod Sejm konfidentów, którzy w ramach zainicjowanej przez Naszą Złotą Panią kombinacji operacyjnej, mieli tam przedstawiać „zagniewany lud”.

        Ale Niemcy, to znaczy – Nasza Złota Pani – wcale nie pogodziły się z utratą politycznego wpływu w naszym bantustanie i na wszelkie sposoby próbują go odzyskać. Grudniowa kombinacja operacyjna miała na celu doprowadzenie do politycznego przesilenia pod pretekstem ustawy budżetowej, w następstwie którego ekspozytura Stronnictwa Pruskiego z panem Grzegorzem Schetyną wróciłaby na pozycję lidera, torując w ten sposób Donaldu Tusku drogę do prezydentury, na którą Nasza Złota Pani w swojej szczodrobliwości go nam wyznaczyła. Ponieważ tamta kombinacja spaliła na panewce, to szykowana jest kolejna – tym razem pod sztandarem praworządności. Zmobilizowane zostało środowisko prawnicze z panią Małgorzatą Gersdorf, którą niedawno wsparli, również zmobilizowani przez dysponentów Mocy, prezesi sądów najwyższych ze wszystkich bantustanów Unii Europejskiej – że pod względem praworządności „źle się dzieje w państwie polskim”. Skoro po francuskich wyborach prezydenckich „populizm” doznał kolejnej porażki, to chyba już nic nie będzie hamować Naszej Złotej Pani przed zrobieniem porządku w naszym bantustanie i pewnie dlatego Platforma Obywatelska, której choćby z powodu udziału w aferze Amber Gold i innych wstydliwych zakątkach, nie bardzo wypada wymachiwać sztandarem praworządności, próbuje otworzyć nowy front w postaci bojkotu publicznych mediów. Inicjatywa wygląd na skoordynowaną, bo wcześniej Reporterzy Bez Granic (ilu z tych reporterów jest konfidentami tajnych służb, to tylko oni i ich oficerowie wiedzą) uderzyli na alarm, że wolność mediów w Polsce ginie. Wprawdzie żydowska gazeta dla Polaków rzeczywiście odnotowała spadek sprzedaży ponoć aż o 20 procent, ale przecież życie jest i poza Michnikiem i jego komandą. Przecież taka TVN, którą podejrzewam o kiejkucką proweniencję, nie tylko kwitnie, ale jest w pierwszym szeregu płomiennych szermierzy wolności, podobnie jak inne ubeckie przedsięwzięcia medialne. Widać wyraźnie, że nie o żadną „wolność mediów” tutaj chodzi, tylko o ich zglajchszaltowanie pod kątem potrzeb Naszej Złotej Pani, do której 8 maja w Akwizgranie również Kukuniek, najwyraźniej do dziś dnia pozostający „w służbie narodu” zaapelował, by wzięła „większą odpowiedzialność za Europę”. Idą ciekawe czasy.

Nad rzeką Św. Wawrzyńca


        Już z okien samolotu, który z Paryża do Montrealu na końcowym odcinku leci wzdłuż rzeki Św. Wawrzyńca widać, jak bardzo rozlała na skutek wiosennych roztopów i uporczywych deszczów. Cóż dopiero, gdy na zaproszenie pana Marka, który jest drugim mechanikiem na holowniku w montrealskim porcie, wyruszamy na rzekę, by holować tankowiec „Lumen N”, przybywający właśnie do Montrealu po paliwo. Wprawdzie w Quebecu nie ma złóż ropy, ale za to w odległej prowincji Alberta są pokłady piasków bitumicznych. Z Alberty do Montrealu przeprowadzony jest rurociąg, z którego do ogromnych zbiorników przy nabrzeżu naftowym płynie ropa. Następnie tankowce kompanii Desgagnes ropę z Montrealu przewożą do rafinerii w Ottawie, skąd cysterny kolejowe i samochodowe rozwożą paliwa po całej Kanadzie. Właśnie jeden taki, pod nazwą „Espada Desgagnes”, stoi przy nabrzeżu i tankuje ropę. Holownik firmy „Ocean”, na który wprowadza nas pan Marek przy tankowcu wygląda jak pchełka, ale i on ma swoje zalety, o których nasz przewodnik szczegółowo nas informuje. W maszynowni są mianowicie dwa silniki Diesla, połączone wałami z dwiema śrubami, które mogą obracać się wokół własnej osi pod kątem 360 stopni, dzięki czemu holownik jest bardzo zwrotny. Pan Marek uruchamia silniki, by zademonstrować, jak pracują, ale za chwilę je wyłącza, bo jeszcze za wcześnie na spotkanie z tankowcem. Tedy wracamy na górę, witamy się z kapitanem, wymieniając zwyczajowe „enchante” - a towarzyszy nam marynarz - Meksykanin, który na wieść, że byliśmy w Meksyku, natychmiast się rozpromienia. Ten Meksykanin towarzyszy nam na holowniku z uprzejmości, bo zazwyczaj załoga jest dwuosobowa, to znaczy – kapitan i mechanik, ale jeśli na holowniku są pasażerowie, to musi być jeszcze jeden członek załogi. Tak mówią przepisy, no a przepisów – wiadomo... Za przyjście na holownik Meksykanin nie dostanie żadnych nadgodzin, więc robi to z uprzejmości wobec pana Marka. Wreszcie nadchodzi pora by rzucić cumy i ruszyć na spotkanie tankowca, który zresztą jest już widoczny na wezbranej rzece, która w tym miejscu ma co najmniej dwa kilometry szerokości. Oprócz „naszego” holownika od nabrzeża odrywa się i drugi – bo holowanie takiego tankowca wymaga obecności dwóch holowników. Po drodze, na prośbę pana Marka, siedzący na mostku na stanowisku dowodzenia kapitan, pokazuje nam na rzece „rock and rolla”, kilkakrotnie obracając holownikiem wokół własnej osi, bo wzbudza dodatkową falę na której się kołyszemy. Ale – najpierw obowiązek, potem przyjemności, więc w dwa holowniki dobijamy do burty tankowca, skąd marynarze rzucają rzutkę, do której Meksykanin doczepia grubą linę cumowniczą. Marynarze z tankowca ją przejmują i po chwili nasz holownik przyciska się do burty tankowca z przodu, drugi z tyłu i tak powoli płyniemy w stronę nabrzeża, podczas gdy kapitan rozmawia z pilotem, który z tankowca przekazuje holownikom polecenia. Wreszcie statek dochodzi do nabrzeża, czego nie widzimy, bo jesteśmy z drugiej strony, ale za to widzimy, jak z kluzy wysuwa się powoli ogromna kotwica i pogrąża się w wodzie, ale nie całkiem, bo widać szaklę, do której zaczepiony jest łańcuch. Kapitan wymienia z panem Markiem uwagi, czemu to tankowiec opuszcza kotwicę w miejscu, gdzie pod wodą przebiega rurociąg, ale zagadka szybko się wyjaśnia. Marynarze z tankowca również z lewej burty wypuszczają liny, którymi statek dociąga się do nabrzeża. Gdyby kotwica była na swoim miejscu, liny zaczepiłyby o jej łapy i pewnie by się zerwały. Zatem, kiedy już liny znalazły się na swoim miejscu, kotwica wędruje w górę i na tym manewry się kończą. Marynarze z tankowca rzucają linę cumowniczą, Meksykanin ją przejmuje i wracamy do miejsca postoju.

        Nasi gospodarze w Montrealu starają się pokazać, jak pracują i jak się bawią. Następnego dnia uczestniczymy w „jajeczku”, to jest – wspólnym obiedzie dwóch grup polonijnych z Montrealu. Z przemówień obydwu prezesów można się domyślić, że doprowadzenie do wspólnego obiadu wymagało pewnych wysiłków dyplomatycznych, no ale liczy się efekt, więc również i ja, poproszony o powiedzenie kilku słów, wyrażam zadowolenie również z takiej formy integracji środowisk polonijnych, podkreślając, że Polska ogromnie zyskałaby na pojawieniu się w Kanadzie, a zwłaszcza – w Stanach Zjednoczonych – polskiego lobby politycznego, z którym wiążemy wielkie nadzieje, więc pozostaje mi tylko życzyć powodzenia na tej, wiem, że niełatwej, drodze. Niełatwej – bo i ja sam przez część tutejszych środowisk jestem uważany za postać „kontrowersyjną”, wskutek czego spotkania, jakie odbywałem z udziałem licznej publiczności, nie mogły odbyć się w polskiej bibliotece. Zrekompensowała mi jednak tę niedogodność wielka życzliwość Ojców Franciszkanów, którzy bez wahania udostępnili dla potrzeb tych spotkań sale parafialne. Niepodobna jednak nie zauważyć w związku z tym, że życie polonijne w Montrealu, podobnie zresztą, jak w innych miastach Kanady i USA, płynie dwutorowo; ośrodkiem jednego nurtu jest konsulat, a drugiego, który konsulatu może nie unika, ale ze względu na gromadzące się wokół niego towarzystwo odczuwa wobec niego pewną rezerwę – polskie parafie. Ciekawe, dlaczego placówki dyplomatyczne Rzeczypospolitej nadal wzbudzają nieufność wielu polonijnych działaczy, którzy mnóstwo rzeczy robią bezinteresownie. Kiedyś, to znaczy za komuny, było to bardziej zrozumiałe, bo jakże można było nie zachować nieufności, jeśli odpowiedzialnym za kontakty z Polonią urzędnikiem konsulatu w Nowym Jorku był oficer SB, późniejszy generał Sławomir Petelicki, co to – jak sam powiedział w jednym z wywiadów – wstąpił do SB, żeby spełniać dobre uczynki. Co to były za dobre uczynki – nawet nie śmiem się domyślać, ale cokolwiek by to nie było – również i ja odczuwałbym wobec takich kontaktów pewną rezerwę. No ale teraz, w 27 roku od sławnej transformacji ustrojowej i prawie dwóch latach „dobrej zmiany”? Z jednej strony powinno mnie to cieszyć, bo potwierdza to moją ulubioną teorię spiskową, według której Polską rządzą rotacyjnie trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko- Żydowskie, ale z drugiej strony mizerna to satysfakcja, skoro wskutek tego Polonia, mimo rozmaitych prób, przynajmniej w niektórych sprawach nie może przemówić jednym głosem?

        Ale nie ma co narzekać; wszystko przed nami – również następne etapy podróży, w której kolejnym przystankiem będzie Ottawa, a potem największe skupisko Polaków w Kanadzie, czyli Toronto i Mississauga w prowincji Ontario – i tak dalej, przez Calgary i Edmonton, aż do Vancouver, skąd trzeba będzie ruszyć na południe, bo na zachodzie dalej już tylko Pacyfik.


© Stanisław Michalkiewicz
19-20 maja 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2