UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Polska i niemiecka droga do socjalizmu. Faszyści opanowują niezawisłe sądy. Czyżby znowu moralne zwycięstwo?

Polska i niemiecka droga do socjalizmu

        Przygotowania do kolejnej kombinacji operacyjnej, która ma doprowadzić do przesilenia politycznego w Polsce i do ponownego zainstalowania na pozycji lidera ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, tym razem prowadzone są gruntownie i staranniej. Konfidenci i pozostała zbieranina z Komitetu Obrony Demokracji została usunięta w cień, natomiast na plan pierwszy, to znaczy – do pierwszego szeregu płomiennych obrońców demokracji i praworządności stare kiejkuty wypychają po kolei coraz to nowe środowiska społeczne, żeby – jak już przyjdzie co do czego – kierownictwo Unii Europejskiej mogło przedstawić światu pełny i wyczerpujący rejestr nieprawości, dla których trzeba nasz nieszczęśliwy kraj zdyscyplinować.
W dodatku nasz wirtuoz intrygi znowu potknął się o własne nogi, próbując potraktować partnerów z Grupy Wyszehradzkiej i Wielkiej Brytanii jak swoich wyznawców. Ale oni jego wyznawcami nie są, więc „Magyar Nemzet” wyjaśnił, że „są granice przyjaźni” - bo żadne szanujące się państwo nie pozwoli wykorzystywać się instrumentalnie w jakichś podwórzowych bijatykach, a jeśli by nawet pozwoliło, to po staranniejszym dyplomatycznym przygotowaniu, a nie kilkudniowej improwizacji w stylu „polnische Wirtschaft”. Wróćmy jednak do przygotowań do kombinacji operacyjnej, w którą wciągnięte zostały również organizacje obrony praw człowieka. Wystosowały one apel do Jana Klaudiusza Junckera, by zrobił z Polską porządek, bo łamanie praw człowieka przybrało tam postać wołającą o pomstę do nieba. I zaraz pani prof. Małgorzata Gersdorf, jako Pierwszy Prezes Sądu Ostatecznego wezwała sędziów do buntu przeciwko rządowi, który podniósł zbrodnicza rękę na praworządność. Takie wezwanie wprawdzie do rewolucji w państwie nie doprowadzi, ale z punktu widzenia propagandowego jego ciężar gatunkowy jest trudny do przecenienia. Ale to był dopiero początek sekwencji, bo za sędziami ruszyły „kobiety”. Kobiety – wiadomo; znakomicie nadają się na proletariat zastępczy, zwłaszcza gdy same nie bardzo potrafią znaleźć przyczyny swego złego samopoczucia. Można było to zauważyć przy okazji demonstracji, jakie odbyły się w naszym nieszczęśliwym kraju 8 marca. Na przykład panie demonstrujące pod Sejmem, przy okazji walki o demokrację i tak dalej, próbowały załatwić swoje sprawy prywatne. Oto urządziły deklamację strawestowanego wiersza Tuwima, gdzie niczym refren powtarzało się, płynące spod serca gorejącego wołanie: „całujcie mnie wszyscy w dupę!” Nie można było oprzeć się wrażeniu, że deklamatorki nie we wszystkim są spełnione, że – mówiąc wprost – czują się niedopieszczone. Nietrudno zresztą było wskazać przyczynę. Już na pierwszy rzut oka widać było bowiem, że są trochę zaniedbane również od strony higienicznej, więc nic dziwnego, że te płomienne apele mogą jeszcze długo pozostać bez żadnej pozytywnej reakcji, potęgując rozdrażnienie, przenoszone następnie na teren polityczny, na co obrońcy praw kobiet tylko czekają. A przecież nie tylko kobiety jęczą pod okropnym, faszystowskim jarzmem. Jeszcze nie ucichły echa kobiecych skarg, a już rozpoczął się pilotażowy strajk dzieci i rodziców. Dzieci nie poszły w ubiegły piątek do szkoły, ale nie dlatego, żeby sobie powagarować, tylko gwoli zaprotestowania przeciwko reformie edukacji oraz wadliwej podstawie programowej – w czym wsparli je nie tylko „rodzice”, ale również – przyjaciele dzieci, z grecka nazywani niekiedy „pedofilami”. Zebrawszy dzieci wraz z rodzicami poświęcili się edukowaniu jednych i drugich w arkanach demokracji i praworządności. Dzięki niezależnym mediom głównego nurtu mogliśmy wśród edukatorów zobaczyć prezydenta Gdańska, pana Adamowicza, a nawet samego pana redaktora Adama Michnika! A przecież to dopiero początek, bo do strajku szykują się nauczyciele. Skoro pan redaktor Michnik włączył się, czy też został włączony w tak ostentacyjny sposób w realizację kombinacji operacyjnej, to tylko patrzeć, jak w następstwie strajków wyłonią się kontury całkiem odmiennej reformy edukacyjnej, no i oczywiście – całkiem innej podstawy programowej. Nie ma co wyważać otwartych drzwi, więc dla młodych generacji mniej wartościowego narodu tubylczego wystarczą chedery, dla których podstawą programową będzie tak zwana „pedagogika wstydu”. Jestem pewien, że warszawskie Biuro Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, którego otwarcie zostało zapowiedziane na 27 marca, a więc w pięć dni po specjalnej sesji Parlamentu Europejskiego, poświęconej ostatecznemu rozwiązaniu kwestii polskiej, ma już przygotowane odpowiednie instrukcje, które zostaną wręczone strajkującym nauczycielom w celu niezwłocznego zastosowania w procesie edukacyjnym. Dzieci to jest przecież skarb narodowy, więc nie mogą czekać, aż – dajmy na to – stare kiejkuty, oczywiście pod nadzorem starszych i mądrzejszych, ustalą z pozostałymi bezpieczniackimi watahami kolejność dziobania na poszczególnych żerowiskach – bo demokracja – demokracją, ale porządek musi być.

        Dlatego właśnie, w ramach zielonego światła dla wolnego rynku i przedsiębiorczości, jakimi w ramach nawiązywania do pozytywnych świeckich tradycji z przeszłości świeci nam w oczy pan wicepremier Morawiecki, któremu Naczelnik Państwa powierzył troskę o sprawy gospodarcze, przygotowywana jest ustawa regulująca wolnorynkowe ceny książek. Ustalonej ceny nie będzie wolno zmienić przez 12 miesięcy od jej wydania, a potem już – pełna swoboda. Oczywiście będzie to wymagało powołania zespołu kontrolerów, którzy będą sprawdzali nie tylko ceny, ale i inne rzeczy – na przykład – nakłady. Bo tylko patrzeć, jak taki jeden z drugim wydawca wyda książkę za złotówkę, ale w nakładzie, dajmy na to, trzech egzemplarzy, a po roku rzuci na rynek resztę nakładu, ale już po innej, znacznie wyższej cenie – i co wtedy? Wreszcie – cena i nakład, to sprawy oczywiście bardzo ważne, ale czyż nie ważniejsza od nich jest treść takiej książki? Czy na przykład nie zawiera ona aby „mowy nienawiści”, albo nie prezentuje rozmaitych faktów i wydarzeń w sposób odbiegający od zatwierdzonego przez starszych i mądrzejszych? Nie bez kozery przecież pan prezydent Duda na spotkaniu w Nowym Jorku obiecał był Abrahamowi Foxmanowi wzmożenie walki z „antysemityzmem”, zapowiadając nawet jakąś „legislację”. Bardzo zatem możliwe, że o to właśnie chodzi – bo nawet i bez pana Foxmana wiemy, że socjalizm długo bez podkręcania świadomej dyscypliny wytrzymać nie może, zwłaszcza w sytuacji, gdy na terenie naszego nieszczęśliwego kraju obserwujemy zderzenie polskiej drogi do socjalizmu z drogą niemiecką. Bo o tym, by nie podążać do socjalizmu, nie ma już mowy.

Faszyści opanowują niezawisłe sądy


        Czy istnieje coś takiego, jak „niezawisłość sądów”? Może istnieje, ale – jak powiada poeta - „rzadkość to wielka i obrosła mitem” i to nie tylko w słynącym z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym, ale również w sądach cudzoziemskich, na przykład – amerykańskich. Na przykład niezawisły sąd rozpatrujący wniosek o ekstradycję pana Edwarda M. za przyczynę odmowy ekstradycji podał, że wniosek był wadliwie sporządzony. Ale prawdziwa przyczyna odmowy była inna; ta mianowicie, że Edward M. w 1987 roku przewerbował się z PRL-owskiej kontrrazwiedki do FBI – a tego nie można było podać w uzasadnieniu odmowy, bo ujawniona zostałaby tajemnica państwowa. Toteż niezawisły sąd musiał na poczekaniu wykombinować inną przyczynę, co pokazuje, że sądy są niezawisłe nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale gdzie indziej też. Nawiasem mówiąc, szkoda, że ubiegłoroczny Nadzwyczajny Kongres Sędziów Polskich został zwołany do Warszawy, a nie do Gdańska, słynącego w świecie z sędziowskiej niezawisłości. Ale nie traćmy nadziei, w walce o praworządność jeszcze nie powiedziano ostatniego słowa, więc nie jest wykluczone, że nie tylko doczekamy kolejnego Nadzwyczajnego, albo nawet Triumfalnego Kongresu Sędziów w Gdańsku, ale w dodatku otwierał go będzie pan sędzia Ryszard Milewski, obecnie w Białymstoku. Zeznając przed komisją śledczą badającą sprawę Amber Gold powiedział, że „dał się nabrać” i poniósł za to konsekwencje. Znaczy, że gdyby zadzwonił do niego prawdziwy urzędnik Kancelarii Premiera Tuska, bo wszystko byłoby w jak najlepszym porządku i o żadnych „konsekwencjach” nie byłoby mowy. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – jakież to „konsekwencje”, skoro pan sędzia Milewski nadal sądzi, jak gdyby nigdy nic i pewnie skrupulatnie pilnuje, żeby na jego pojawienie się za sędziowskim stołem wszyscy zrywali się na równe nogi na znak szacunku? „Konsekwencje” byłyby wtedy, gdyby panu sędziemu Milewskiemu ktoś zerwał pagony, a potem wtrącił do lochu, w którym do końca swoich dni jęczałby on i szlochał. Tymczasem mamy do czynienia z całkowitą bezkarnością sędziów, którzy z miedzianymi czołami deklamują przed sejmową komisją: „nie wiem, nie pamiętam” - bo przecież przekazanie informacji, od kogo dostawali rozkazy chronienia Marcina Plichty, mają surowo zakazane. Za pierwszej komuny sędziowie skakali z gałęzi na gałąź przed sekretarzami partii. Pięknie to ilustruje Janusz Szpotański w zakończeniu nieśmiertelnego poematu „Towarzysz Szmaciak”: „Tak sobie Szmaciak mściwie roi. Na korytarzu zaś już stoi podwładnych tłum, aby bez zwłoki stosowne zaraz podjąć kroki, gdy tylko wódz rozkazy wyda. Są to: milicji szef – Maczuga, pan prokurator – Jan Szaruga i bardzo tłusta biała gnida, prezes powiatowego sądu”. Żeby uniezależnić sędziów od partii, u progu transformacji ustrojowej utworzono Krajową Radę Sądownictwa. Tę jednak opanowały Wojskowe Służby Informacyjne przy pomocy swoich konfidentów, których poprzebierały w togi i ustroiły w łańcuchy. W ten sposób środowisko uwolniło się się od wszelkiej kontroli ze strony innych konstytucyjnych władz państwowych, stając się posłusznym narzędziem, przy pomocy którego Wojskowe Służby Informacyjne okupują nasz nieszczęśliwy kraj.

        Wróćmy jednak do niezawisłości, z którą sędziowie obnoszą się z ostentacją podobną do tej, z jaka feministki obnoszą się ze wspomnieniami z molestowań. Oto Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu wydał orzeczenie, w myśl którego regulamin przedsiębiorstwa może zawierać postanowienia zakazujące pracownikom noszenia symboli religijnych w miejscu pracy i taki zakaz nie jest uważany za dyskryminację. Pretekstem do tego orzeczenia były chusty, jakie noszą muzułmanki – ale przecież nie jest to jedyny „symbol religijny”, jaki może sobie założyć pracownik. Nie tak dawno głośna była sprawa stewardessy linii lotniczych, która podczas wypełniania obowiązków służbowych nosiła na szyi krzyżyk – czemu sprzeciwił się pracodawca z obawy, by ten krzyżyk nie uraził jakichś alergicznie reagujących na takie rzeczy pasażerów. Nie był to zresztą ani jedyny, ani najgłośniejszy przypadek eliminowania „symboli religijnych” z przestrzeni publicznej; pamiętamy orzeczenia niezawisłych sądów, zakazujących ustawiania bożonarodzeniowych choinek w miejscach publicznych europejskich miast, a nawet używania nazwy: „Boże Narodzenie”. Warto tedy przypomnieć, że postulat usunięcia religii i wszystkich jej materialnych symboli z przestrzeni publicznej, jest elementem programu komunistycznego. Najwidoczniej na komunistów symbole te działają alergicznie, albo jeszcze gorzej, na podobieństwo święconej wody na Mefistofelesa – co w zabawnej formie przedstawił Adam Mickiewicz w balladzie „Pani Twardowska”. Nie jest to specjalnie dziwne, jako że w ruchu komunistycznym nadreprezentowani byli i są faryzeusze, nazywani przez Założyciela chrześcijaństwa „synami Beliala”. Oczywiście „synom Beliala” zwłaszcza teraz, łatwiej do rugowania chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej wykorzystywać chusty noszone przez muzułmanki, ale niech nas to nie zwodzi, ani nie usypia. Jack Lang, jako socjalistyczny minister edukacji walczący z muzułmańskimi chustami we Francji twierdził, że naruszają one „zasadę laickości Republiki” - a skoro tak, to tylko patrzeć, jak po zakazie noszenia chust przyjdzie zakaz noszenia krzyżyków, stawiania choinek, urządzania procesji i innych form czci społecznej.

        I wreszcie ostatnia sprawa. Czy władza publiczna powinna mieć prawo dyktowania obywatelom, jak mają się ubierać, a w jaki sposób ubierać się im nie wolno, co wolno im zawieszać sobie na szyi, a czego nie wolno – również w miejscach pracy – czy też powinno to pozostać w sferze osobistej wolności każdego człowieka? Kiedy po upadku Powstania Styczniowego kobiety w Polsce zaczęły ubierać się na czarno i nosić czarną biżuterię, władze rosyjskie zabroniły używania ubrań w tym kolorze. Wtedy kobiety zaczęły ubierać się na szaro, na co władze rosyjskie zareagowały ustanowieniem przepisowych kolorów. W ówczesnej Europie wszyscy uznali to za jaskrawy przejaw despotyzmu, nie tylko dyskredytujący Rosję, ale również ośmieszający jej władze w oczach europejskiej opinii publicznej. Od tamtej pory minęły 154 lata i oto Trybunał mający ambicję sprawowania władzy sądowniczej nad całą Europą, zaczyna iść w ślady tamtego, wydawałoby się, ośmieszonego i zdyskredytowanego despotyzmu. Ale to jest tylko ilustracja postępów socjalfaszyzmu, który za sprawą żydokomuny podmywa Europę – bo istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – również dyktować ludziom, jak powinni się ubierać.

Czyżby znowu moralne zwycięstwo?


        Jeszcze nie ochłonęliśmy po niedawnym moralnym zwycięstwie, a wygląda na to, że szykuje się kolejne. Ale incipiam. 22 marca zebrała się w Brukseli komisja Parlamentu Europejskiego do spraw praworządności, demokracji i spraw wewnętrznych, którą w sprawie stanu praworządności i demokracji w Polsce oświecał sam Frans Timmermans, formalnie poddany Jego Wysokości Króla Niderlandów, ale zatrudniony na etacie owczarka niemieckiego. Pan Timmermans zaprezentował parlamentarzystom przygnębiający wizerunek naszego nieszczęśliwego kraju, co podobno zrobiło wielkie wrażenie na jego słuchaczach, zwłaszcza szczerych demokratach i ultrasach ludowej praworządności. Jednak chociaż wizerunek Polski przedstawiony został w możliwie czarnych barwach, to Frans Timmermans zaprezentował wielką powściągliwość i nie zarekomendował wobec Polski żadnych kroków dyscyplinujących. Za tę powściągliwość został przez wielu parlamentarzystów pochwalony, ale rozbierając sobie tę powściągliwość z uwagą nie można nie zauważyć, że – po pierwsze – Parlament Europejski nie ma kompetencji do nakładania sankcji na nieposłuszne kraje członkowskie, bo leży to w kompetencjach Rady Europejskiej, której przewodzi Donald Tusk. Parlament, a konkretnie – parlamentarzyści mogą tylko wygłosić dwuminutowe, gniewne przemówienie, to znaczy – krzyknąć: precz!, albo „niech żyje!” i uzupełnić to jakimiś własnymi słowami, za co dostają całkiem spory szmalec – oczywiście pod warunkiem, że nie używają „języka nienawiści”, bo wtedy „król srogie głosi kary” - czym przekonał się europoseł Janusz Korwin-Mikke. Ale znowu w Radzie Europejskiej w takich sprawach musi panować jednomyślność, przynajmniej w fazie gry wstępnej, a ponieważ frans Timmermans nie bardzo chyba może na to liczyć, to nie pozostaje mu nic innego, jak demonstrowanie powściągliwości. Tak z konieczności czyni cnotę, w czym podobny jest do Króla z powieści Antoniego de Saint-Exupery „Mały Książę”. Król zaprezentował się Małemu Księciu jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, więc Mały Książę poprosił go, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza i oznajmił: zarządzam zachód słońca na godzinę 19,15 – i zobaczysz, jaki mam posłuch! Jakie tam inne zalety ma Frans Timmermans – tego nie wiem, ale niewątpliwie jest spostrzegawczy – przynajmniej na tyle, że wie, skąd wyrastają mu nogi.

        Podobnie trójka byłych prezydentów naszego nieszczęśliwego kraju: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Oprócz tego, że byli prezydentami, łączy ich jeszcze jeden wspólny mianownik: Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski byli zarejestrowani przez SB jako konfidenci, a z kolei Bronisław Komorowski był uważany za faworyta Wojskowych Służb Informacyjnych. Otóż ci byli prezydenci wydali oświadczenie nawołujące rząd, by słuchał się Naszej Złotej Pani, bo w przeciwnym razie Polska będzie „zmarginalizowana”. Przypadkowo ta deklaracja ukazała się tego samego dnia, kiedy Frans Timmermans roztaczał przed posłami w Parlamencie Europejskim ponury obraz stanu demokracji i praworządności w Polsce. Gdyby podejrzenia o inspirowanie byłych prezydentów przez starych kiejkutów nie były niegrzeczne, to trzeba powiedzieć, że nie mogliby wybrać lepszego momentu. W takim razie koordynacja przygotowań do kolejnej kombinacji operacyjnej w naszym nieszczęśliwym kraju wyglądałaby coraz lepiej, co by oznaczało, że i stare kiejkuty tez się uczą – ale niestety wiara w teorie spiskowe jest zakazana pod rygorem utraty przyzwoitości, więc musimy wierzyć, że to tylko taki spontan i odlot, niczym w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy „Jurka Owsiaka”. Na tym tle nieprzyjemnym zgrzytem odezwał się incydent z Mieczysławem Wachowskim, który nie tylko przestał kierować sławnym Instytutem Lecha Wałęsy, ale w dodatku okazało się, że wyszlamował go z forsy, zostawiając na koncie – co ujawnił kierujący obecnie pozostałościami Instytutu pan sędzia Jerzy Stępień – całe 107 złotych. Najciekawsza wydaje się jednak informacja, że „nikt” nie wiedział, jakie pieniądze wcześniej przez to konto przepływały, a skoro nawet tego „nikt” nie wie, to pewnie tym bardziej ten „nikt” nie wie, jacy to dobrodzieje dawali na Instytut pieniądze i czego od Kukuńka oczekiwali w zamian.

        Ale to tylko na marginesie, bo przecież chodzi o moralne zwycięstwo. Zbliża się ono w związku z 60 rocznicą podpisania Traktatów Rzymskich, dzięki czemu powstał Wspólny Rynek, na który potem różni szatani nałożyli polityczny projekt IV Rzeszy. Z tej okazji ma się w Rzymie odbyć uroczysty „szczyt” Unii Europejskiej, na którym delegacja polska ma znowu pokazać europejsom” nie tylko, jakie z nich palanty, ale stanąć na nieubłaganym gruncie europejskiej jedności, a także – jedności euroatlantyckiej. W związku ze szczytem pani premier Szydło żałośliwym tonem wygłosiła specjalne orędzie do narodu, informując, co i jak. Ten żałośliwy ton wynika, jak przypuszczam, z trudności położenia w jakim znalazła się nie tylko ona, ale całe PiS wobec swoich wyznawców. Z jednej strony pan prezes Kaczyński chciałbym im zaimponować przedstawieniem, jak to pod jego przywództwem Polska „wstaje z kolan” i tak dalej, ale z drugiej strony targa nim jaskółczy niepokój, że jak tylko spróbuje wstać, to nie dostanie forsy, od której nasi Umiłowani Przywódcy uzależnili nie tylko Polskę, ale i samych siebie. Przed taką możliwością ostrzegł panią premier Szydło francuski prezydent Hollande, zauważając, że „wy macie zasady, a my – subwencje”. Wprawdzie pani premier skwitowała to lekceważącą uwagą, że prezydent Hollande ma zaledwie 4 procent poparcia, ale procenty to jedna rzecz, a forsa, to rzecz druga. Ale cóż; wobec wyznawców trzeba trzymać fason („on tu jeden trzyma fason ponad Żydów podłą zgrają i on jeden nie jest mason, chociaż – czego nie gadają?” - powiada poeta), więc pani premier zapowiedziała, że jeśli polskie żądania nie zostaną w Rzymie spełnione, to Polska nie podpisze końcowej deklaracji. Nie wiem czemu, ale przypomina mi to scenę spotkania meksykańskiej cesarzowej Charlotty z cesarzem Napoleonem III. Charlotta chciała namówić Napoleona na interwencję w Meksyku, gdzie powstańcy oprymowali jej męża, cesarza Maksymiliana. Napoleon wykręcał się jak tylko mógł, więc Charlotta użyła ostatecznego w jej mniemaniu argumentu, oświadczając, że jeśli nie będzie interwencji, to oboje z mężem abdykują. - Ależ abdykujcie jak najprędzej! - wyrwało się wtedy Napoleonowi, na co Charlotta najpierw dostała spazmów, potem zaczęła wyrzucać francuskiemu cesarzowi jego niskie pochodzenia, aż wreszcie zwariowała. Takie rzeczy pokazują, że w polityce światowej sprawy tragiczne sąsiadują z komicznymi.

        Nie tylko zresztą w polityce. W najweselszym w żydowskiej gazecie dla Polaków dziale religijnym, boży ptaszek Jan Turnau właśnie poinformował mikrocefali, że Jezus Chrystus nie tylko był internacjonałem, ale i „feministą”. Widać, że u pana red. Turnau Jezus Chrystus ma znacznie więcej twarzy, niż rzymski dwulicowy Janus i na każdym etapie potrafi zaprezentować odpowiedni wizerunek. Najwyraźniej redakcyjny Judenrat musiał uznać, ze trzeba zaostrzyć podlizywanie się „kobietom” jako proletariatowi zastępczemu, więc jeśli tylko walka klasowa się zaostrzy, to tylko patrzeć, jak albo sam pan red. Turnau, albo moja faworyta, pani red. Katarzyna Wiśniewska napisze, że Jezus Chrystus była kobietą.
...


© Stanisław Michalkiewicz
24-26 marca 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2