UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Żuławski, Andrzej – Orzeł z podciętymi skrzydłami

17 lutego 2016 roku odszedł w wieku 75 lat pan Andrzej Żuławski, jeden z kilku najbardziej utalentowanych reżyserów polskich znanych na całym świecie.

        Urodził się 22 listopada 1940 roku we Lwowie jako sawjeckij grażdanin (obywatel Związku Sowieckiego) Andriej Mirosławowicz Żuławski. Oczywiście był Polakiem, a obywatelem ZSRS „tylko” dlatego, że po niemiecko-sowieckim IV Rozbiorze Polski jego rodowity Lwów trafił pod okupację sowiecką (zresztą niedługo, bo już pół roku później znalazł się pod okupacją niemiecką). Jego ojcem był polski pisarz i dyplomata Mirosław Żuławski, który był bratankiem ogromnie popularnego na przełomie wieków pisarza fantastyki, Jerzego Żuławskiego (znanego do dzisiaj m.in. z „Trylogii księżycowej”). Ojciec Andrzeja po sowieckiej napaści na Polskę wręcz cudem uchował się przed zesłaniem na Sybir, a po ataku III Rzeszy na Sowietów i przejęciu miasta przez Niemców podjął działalność w Armii Krajowej, dla której  redagował oficjalne „bibuły”, czyli podziemne biuletyny informacyjne AK.
Znając dobrze Sowietów z okresu okupacji Lwowa w latach 1939–1941, natychmiast po ponownym zajęciu miasta przez Armię Czerwoną opuścił Lwów i wraz z Ludowym Wojskiem Polskim przeniósł się na zachód, początkowo osiadając w Lublinie.
Mógłbym mieć pretensje do rodziców, że przyszedłem na świat w czasach najmniej ku temu odpowiednich, że jako małe dziecko oglądałem przez okno sceny egzekucji, że ojciec, by nas utrzymać, karmił wszy w Instytucie Weigla, mama była tak wychudzona, że ważyła 33 kilo, siostra umarła z głodu i wycieńczenia. To wszystko kłębiło się przez lata w mojej pamięci. Byłem chłopakiem delikatnej czystości w świecie, który nie jest ani delikatny, ani czysty
[ze wspomnień Andrzeja Żuławskiego]
W następnym roku wojna dobiegła końca, a ojciec Andrzeja, jako wykształcony dyplomata i socjalista (w 1945 r. wstąpił do PPS, a później do PZPR) wraz z rodziną został wysłany do Paryża jako radca kulturalny w Ambasadzie PRL we Francji.
Tam też mały Andrzej rozpoczął pierwsze nauki we francuskiej szkole podstawowej i biegle nauczył się francuskiego.
Gdy Mirosław Żuławski został przeniesiony do ambasady w Pradze, rodzina powróciła do Polski. Jednak dzięki uprzywilejowanej pozycji mozolnie pnącego się po drabinkach kariery wśród komunistów ojca (który był aktywnym dyplomatą komunistycznym aż do końca istnienia PRL) w latach 1950. nastoletni Andrzej bez kłopotów powrócił do Francji, gdzie studiował w IDHEC (Institut des hautes études cinématographiques) – obecnie nieistniejącej, ale wówczas prestiżowej francuskiej szkole filmowej – oraz na wydziale filozofii jeszcze bardziej prestiżowego Uniwersytetu paryskiego (czyli Sorbony).
Ekipa filmu „Samson”, 1961
(A. Żuławski stoi po lewej stronie w
rozpiętej kurtce i z prawą ręką w kieszeni)

        Po powrocie do Polski został asystentem i II reżyserem Andrzeja Wajdy przy produkcjach jego filmów „Samson” (1961), „Miłość dwudziestolatków” (1962) i „Popioły” (1965). W tym czasie zajmował się także redagowaniem dwutygodnika „Film”, w którym ostrzył swe pióro i stawiał pierwsze kroki pisarskie jako recenzent filmowy. Jego recenzje pojawiały się także w miesięczniku „Kino”, ale Żuławski na tym nie poprzestawał. Wkrótce opublikował też swe pierwsze utwory poezji w mniej znanym ówczesnym magazynie literackim „Współczesność”, podtrzymując tym samym rodzinne tradycje pisarskie, rozpoczęte jeszcze przez swego wuja Jerzego.
W 1965 roku francuski reżyser Anatole Litvak zdecydował się na realizację części swego filmu wojennego „Noc generałów” ("The Night of Generals", 1966) w autentycznych plenerach warszawskich. Biegle władający francuskim Andrzej Żuławski został jego asystentem, a w filmie – u boku ówczesnych wielkich gwiazd kina, jak Peter O'Toole, Omar Shariff i Donald Pleasance – pojawiło się także kilku znanych aktorów i aktorek polskich.
        Pomimo ofert, Żuławski długo wzbraniał się przed zagraniem jakiejkolwiek roli w filmach, ale nie zawahał się (gdy taka była potrzeba) „zagrać” niczym statysta rolę zabitego studenta w „Samsonie” Wajdy. Jednak – jak sam twierdził w jednym z wywiadów – od samego początku ciągnęło go tylko do tworzenia własnych filmów. Dlatego też, gdy w 1967 roku zaproponowano mu ekranizację opowiadania Turgieniewa w formie krótkometrażowego filmu dla potrzeb TVP, z ochotą i prawie natychmiast podjął się jego realizacji. Pomimo, że zaraz potem zrealizował także drugi film krótkometrażowy dla TVP – „Pavoncello” – i film ten został wkrótce pokazany w telewizji stając się debiutem telewizyjnym Żuławskiego, a „Pieśń triumfującej miłości” na podstawie opowiadania Iwana Turgieniewa została emitowana w telewizji dopiero 2 lata później, to jednak właśnie „Pieśń...” jest rzeczywistym debiutem reżyserskim Andrzeja Żuławskiego.
Już wtedy reżyser zaczął rozmyślać nad ekranizacją największego dzieła swego tryjecznego dziadka Jerzego, czyli „Trylogii księżycowej”. Pod koniec lat 1960. miał już gotowy scenariusz filmu „Na srebrnym globie”, w którym w jedną całość połączył trzy książki Jerzego Żuławskiego. jednak nie tylko, że żaden z komunistycznych decydentów nie był wtedy zainteresowany filmem fantastycznym, ale też polska technika filmowa nie była wówczas w stanie stworzyć odpowiednich efektów, jakie planował Żuławski i tak projekt trafił do szuflady „na później”. Trochę rozgoryczony niepowodzeniem, za namową ojca, zajął się pisaniem scenariusza do filmu o II wojnie światowej, a więc o tematyce, która prawie że gwarantowała zatwierdzenie jego produkcji przez komunistycznych decydentów.
„Trzecia części nocy” (1971)
Rok później, przy współpracy z ojcem, scenariusz „Trzeciej części nocy” został ukończony i – jak na Żuławskiego przystało – film nie był w najmniejszym stopniu typowym filmem wojennym, jakie ówczesna propaganda produkowała na wagę i z metra, lecz okazał się dość skomplikowanym dramatem psychologicznym, daleko odchodzącym w swym przepychu inscenizacyjnym i brutalnym naturalizmem od dominującego wtedy stylu „szkoły polskiej”. Zwłaszcza, że wiele ze scen i wydarzeń było do bólu prawdziwych, gdyż bazowane były na autentycznych przeżyciach rodziców Andrzeja podczas okupacji. Mirosław Żuławski był m.in. jednym z karmicieli i preparatorów wszy we lwowskim Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Weigla (co skutecznie chroniło przed represjami okupanta).
Produkcję filmu ukończono w 1971 roku, a do kin trafił 4 stycznia roku następnego, stając się pełnometrażowym debiutem 30–letniego reżysera.
„Jeśli ten film można do czegoś porównać, to tylko do nagle zapalonej olbrzymiej latarni w martwym i monotonnym krajobrazie” – napisał jeden z krytyków po premierze. I rzeczywiście, na tle ówczesnej polskiej kinematografii film Żuławskiego szokował oryginalną strukturą narracji i wizjonerstwem. Wniósł też nową interpretację okresu okupacji, gdyż Żuławskiemu, urodzonemu w czasie wojny, rozterki pokolenia Kolumbów były przecież całkowicie obce. W „Trzeciej części nocy” pokazał własną wizję „czasu pogardy”, bez narodowej mitologii i bez żadnych politycznych podtekstów. W jego ujęciu wojna to bezsensowny koszmar o niemal apokaliptycznych rozmiarach. Nie przypadkiem zresztą wybrał taki cytat z Apokalipsy św. Jana jako klamrę otwierającą i kończącą film:
... I zatrąbił Aniół czwarty, i zarażona jest trzecia część słońca i trzecia część księżyca i trzecia część gwiazd, tak iż się ich trzecia część zaćmiła, i trzecia część dnia nie świeciła i nocy także...
Film ten różni się prawdopodobnie od wielu filmów naszej rodzimej produkcji, które ostatnio oglądamy. Nie bardzo potrafię sprecyzować dlaczego, patrząc na ekran czuję i widzę to jednak wyraźnie. Realizując "Trzecią część nocy" byłem bezwzględny wobec siebie samego. Pytania, które stawiałem w tym filmie, były kierowane nie tylko do widza; przede wszystkim chciałem je zadać sobie samemu. Film zrodził się z morza moich wątpliwości: po pierwsze – co do sztuki filmowej w ogólności, po drugie – co do filmu wojennego, a po trzecie – co do mojej własnej biografii. W gruncie rzeczy opowiada on o momencie, w którym przyszedłem na świat. Interesowało mnie więc niezmiernie, jak ja bym się zachował na miejscu mego ojca, czy też bohatera filmu w tak bardzo okrutnej sytuacji, którą mogę sobie wyobrazić, ale której oczywiście nie pamiętam – powiedział reżyser w jednym z wywiadów. Nic więc dziwnego, że film wywołał przede wszystkim mieszane uczucia, a nawet oburzenie starszych widzów. Niechętnie przyjęto też podejście i sposób, w jaki reżyser przedstawił np. karmicieli wszy. Podczas gdy jego ojciec wyraźnie podkreślał, że tzw. „Weiglówka” była schronieniem dla wielu ludzi z AK, Andrzej pokazał to w swym filmie prawie niczym hańbę. Krytycy także mieli różne, często przeciwstawne opinie, a skonfundowana publiczność w większości nie dopisała, uważając film – w najlepszym przypadku – za „dziwny”.

Małgorzata Braunek, 1971
        Jednak to dzięki temu filmowi życie Andrzeja Żuławskiego uległo diametralnej zmianie. Pomimo, że znał już wcześniej odtwórców głównych ról – sam ich przecież wybrał – to jednak dopiero na tym planie zawiązały się przyjaźnie z aktorem Leszkiem Teleszyńskim, oraz ta najważniejsza – z aktorką Małgorzatą Braunek. Jak mówiła wtedy pani Małgorzata „zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia”. Po latach, w wywiadzie dla „Elle” sprecyzowała:
Z Paryża przyjechał w Porsche, otaczała go atmosfera tajemniczości, był piękny. Nie sposób było się w nim nie zakochać.
Ona była już po nieudanym małżeństwie z Januszem Guttnerem, on właśnie zaczynał rozważać na poważnie założenie własnego gniazdka rodzinnego. Początkowa przyjaźń błyskawicznie przerodziła się w upojny romans już na planie filmu. Wkrótce okazało się, że pani Małgorzata jest w ciąży z ich synem Xawerym i jeszcze w tym samym 1971 roku pobrali się.

        Prawie natychmiast po „Trzeciej części nocy” Andrzej Żuławski zabrał się za realizację swego kolejnego scenariusza napisanego kilka lat wcześniej – filmu „Diabeł”. Gdy Żuławski opublikował go w 1969 r. w miesięczniku „Kino”, film opisany był jako „klasyczny horror”. Od tego czasu jednak postawa i zapatrywania reżysera zmieniły się, można powiedzieć, że wydorośłał i po kolejnych przeróbkach scenariusza powstał bliższy Żuławskiemu jakiego znamy film fantastyczno–psychologiczny, nie przypadkowo osadzony w realiach upadającej Rzeczypospolitej, z wieloma podtekstami natury politycznej, które w żadnym wypadku nie mogły spodobać się ówczesnej cenzurze komunistycznej.
To najdłuższy film o zabijaniu. Główny bohater lata z brzytwą i masakruje każdego, kto mu się nawinie pod rękę. [...] Żuławski, kręcąc filmy, posługuje się młotkiem – powiedział w wywiadzie operator pracujący przy jego produkcji, Andrzej J. Jaroszewicz.
„Diabeł” (1972)
Pomimo, że prasa zamieszczała obszerne reportaże z planu filmu, a twórcy udzielali wielu wywiadów dotyczących jego realizacji, film został po ukończeniu natychmiast wstrzymany do dystrybucji. Oficjalnie cenzorzy podali jako powody „okrucieństwo i zbyt śmiałe sceny erotyczne”. ale już wówczas wiedziano w środowisku filmowym, że był to tylko pretekst, aby nie dopuścić tego wizjonerskiego i politycznie zaangażowanego dzieła do szerokiego rozpowszechniania. Zostało to zresztą potwierdzone po latach. Tomasz Strzyżewski w swojej książce o cenzurze w PRL cytuje oficjalny tajny dokument Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (urzędu cenzury) podając zakres ingerencji cenzorskich: „Nie należy zwalniać żadnych materiałów (informacji, omówień, recenzji, reportaży, postulatów wprowadzenia na nasze ekrany itp.)”.
Trudno dzisiaj zrozumieć to osobom nie znającym PRL, jak takie drobne, mocno zawoalowane i wręcz niewinne – z dzisiejszego punktu widzenia – podteksty polityczne mogły doprowadzić do wstrzymania filmu i skazania go na lochy cenzorskiego archiwum, jednak osoby pamiętające tamte czasy z pewnością pamiętają, jak łatwo było narazić się komunistom z byle powodu i trafić na indeks twórców zakazanych.
Nie wiedząc jeszcze, że jest „na indeksie”, Żuławski początkowo nie mógł zrozumieć, dlaczego tak nagle i tak wiele przeszkód pojawiło się podczas nawet nie prób realizacji, ale samych rozmów wstępnych na temat realizacji jego następnego filmu. Doświadczenie wyniesione z „Diabła” dało Żuławskiemu zaufanie we własne możliwości i pozwoliło na planowanie realizacji filmu, który chciał zrobić od najmłodszych lat – ekranizacji „Trylogii księżycowej”. Niestety, smutna prawda wkrótce dotarła do reżysera. Co gorsza, niejako „rykoszetem” oberwało się także jego żonie, której aktorską karierę komunistyczni decydenci także przystopowali.
Zmuszony wręcz do emigracji Żuławski dobrowolnie wyjechał z kraju, co miało też wpływ na rozpadające się m.in. pod wpływem niepowodzeń małżeństwo z Małgorzatą Braunek i w 1975 roku wzięli rozwód.

        Andrzej Żuławski zamieszkał w tym czasie we Francji, która od najmłodszych lat była jego drugą ojczyzną. Tam też zrealizował swój pierwszy film zagranicą „Najważniejsze to kochać” ("L'important c'est d'aimer"), dramat psychologiczny z Romy Schneider w głównej roli. Film zdobył uznanie francuskich widzów i krytyków i w 1976 r. został nagrodzony pierwszym Cezarem (odpowiednik francuskiego Oscara), stając się także pierwszym Cezarem zdobytym przez naszego rodaka (później zaszczyt ten kontynuowali m.in. Roman Polański zdobywając Cezary czterokrotnie, Andrzej Wajda i Krzysztof Kieślowski).
„Na srebrnym globie”, 1977
Pod wpływem zmian politycznych w Polsce, gdy Żuławski został nagle „zdjęty z indeksu” cenzorskiego, reżyser powrócił do Polski w 1976 roku. Tym razem nie było przeszkód z ekranizacją „Trylogii księżycowej” autorstwa jego stryjecznego dziadka, Jerzego Żuławskiego. Po kolejnych przeróbkach scenariusza, polegających m.in. na dostosowaniu niektórych scen do coraz lepszych możliwości technicznych polskiej kinematografii, Andrzej Żuławski w końcu mógł przystąpić do realizacji filmu „Na srebrnym globie”. Produkowany z wielkim rozmachem, ze scenami dopracowanymi pod każdym względem do najdrobniejszych detali, w plenerach m.in. w Mongolii i na Kaukazie, film od samego początku zapowiadał się na wielkie dzieło. Jest bardzo prawdopodobne, że mógł stać się najlepszym filmem reżysera. Niestety, po dwóch latach produkcji, jak to nie raz zdarzało się w komunistycznych grajdołkach, powiały inne wiatry polityczne, a sytuacja ponownie uległa zmianie i decydenci zmienili zdanie. Pomimo ukończenia filmu w około 80% – jego produkcję nagle wstrzymano.
Oburzony tym reżyser ponownie wyjechał z Polski, obiecując nigdy już nie wracać do – jak nazwał komunistyczną Polskę – „tego burdelu”.

Isabelle Adjani
        W następnym roku podjął się realizacji produkcji zachodnio–niemiecko–francuskiego horroru „Opętanie” ("Possession"), do którego scenariusz napisał jeszcze podczas rozwodu z Małgorzatą Braunek. Nakręcony w całości w Berlinie zachodnim film nie był typowym horrorem i być może dlatego wielu widzów znalazło w nim odpowiadające ich gustom elementy, czyniąc go przebojem kin Europy zachodniej. W USA, gdzie początkowo film był rozpowszechniany w wersji mocno ocenzurowanej ze śmiałych scen, po krótkim czasie został zdjęty z ekranów, gdyż nawet tak okrojona wersja została uznana za zbyt kontrowersyjną dla pruderyjnej widowni amerykańskiej i spotkała się z ogromnym sprzeciwem ze strony miejscowej bigoterii. Co też z pewnością przyczyniło się do jego ogromnej popularności na kasetach VHS i osiągnięcia statusu „fimu kultowego”. Aż do 1999 roku, gdy film ten po raz pierwszy ukazał się w końcu oficjalnie w USA na kasetach VHS, był jednym z najczęściej nielegalnie kopiowanych filmów w Ameryce.
„Opętanie” uzyskało wiele nagród dla odtwórczyni głównej roli – Isabelle Adjani – w tym Cezara i Złotą Palmę w Cannes i do dzisiaj jest najbardziej znanym filmem w dorobku Andrzeja Żuławskiego.
Nie jest pewne, czy pogłoski o romansie 40-letniego Żuławskiego z 20–letnią Isabelle Adjani są prawdziwe, Żuławski w tym czasie związał się z polską malarką Hanną Wolską i z tego związku ma syna Ignacego, urodzonego w 1978 roku. ale jak sam później napisał, ich krótkotrwały związek od początku nie był zbyt udany i matkę swego drugiego syna opisał niezbyt eleganckimi słowami...

        Kolejnym filmem Żuławskiego była „Kobieta publiczna” ("La femme publique" / "The Public Woman", 1984) inspirowana „Biesami” ogromnie popularnego we Francji pisarza rosyjskiego, Fiodora Dostojewskiego. Chociaż krytycy marudzili, że poza wątkiem młodej i niedoświadczonej aktorki fabuła filmu ma niewiele wspólnego z powieścią Dostojewskiego, publiczności przypadł do
gustu. Pomimo kilku nominacji film nie zdobył żadnych nagród, jednak przez wiele lat był jednym z najczęściej wypożyczanych filmów we Francji. Pośrednim sukcesem filmu Żuławskiego jest też stworzenie gwiazdy z Valérie Kaprisky, francuskiej aktorki polskiego pochodzenia.
W tym samym czasie, być może dla odmiany, Żuławski pojawił się po raz pierwszy na planie filmowym z drugiej strony oka kamery – jako aktor. W 1985 r. zagrał w roli Hugo Pierjoyre we francuskim filmie "Tristesse et beauté" („Smutek i piękno”).
Był to jednak tylko jednorazowy sztych, gdyż natychmiast stwierdził w wywiadzie, że nie nie planuje więcej żadnych występów jako aktor. Wydaje się, że po prostu chciał sprawdzić się w aktorskiej roli, lub osobiście doświadczyć jak to jest być aktorem prowadzonym przez reżysera.

        Zupełnie odmiennym od wszystkich innych filmów w dorobku reżysera był jego następny film, „Narwana miłość” ("L'Amour braque" / "Mad Love"). Lekki film o mocnym zabarwieniu romantycznym jest uwspółcześnioną, ale wierną oryginałowi ekranizacją „Idioty” – kolejnej powieści Dostojewskiego, jaką na swój warsztat wziął Żuławski.
Zrealizowany w połowie lat 1980. film przyniósł reżyserowi dużą popularność, a także zaowocował kolejnym romans na planie filmowym nieomal zakończonym ślubem z odtwórczynią głównej roli, wschodzącą wtedy gwiazdą kina francuskiego, wówczas 19–letnią Sophie Marceau. Do małżeństwa nie doszło, jednak Sophie i Andrzej pozostawali w związku nieomal małżeńskim przez kilkanaście lat, a w 1995 roku doczekali się syna, Vincenta.

        W tym czasie w PRL następowały kolejne zmiany polityczne, tym razem już nie tylko kosmetyczne, ale rzeczywiste. Koniec Polski „ludowej” zbliżał się wielkimi krokami, a komunistyczna cenzura zelżała do tego stopnia, że była już prawie nieistniejąca. W 1988 roku Andrzej Żuławski ponownie przyjechał więc do Polski i w niejasny dziś sposób (istnieje kilka różnych wersji tego wydarzenia) udało mu się zdobyć kopię swego filmu „Diabeł”, od 1972 roku przechowywanego w cenzorskim więzieniu. Z osobiście przemyconą z Polski kopią filmu Żuławski udał się na najbliższy czasowo festiwal filmowy, którym był festiwal w Japonii i tam zdecydował się na jego pozakonkursową prezentację. Po prawie 2 dekadach od jego produkcji „Diabeł” wywołał sensację wśród publiczności i krytyków, a samemu reżyserowi i występującym w nim aktorom przyniósł spóźnioną o wiele lat chwałę i uznanie.
Widząc komunistyczne rozluźnienie w Polsce i idąc za ciosem Żuławski rozpoczął też wtedy rozmowy z decydentami PRL–owskimi nad dokończeniem jego „oczka w głowie”, czyli filmu „Na srebrnym globie”. Pomimo szczerej (podobno) chęci ze strony komunistów, nie udało się jednak dokończyć przerwanej dekadę wcześniej produkcji. Wielkim problemem było odnalezienie wszystkich szpul z nakręconymi dotąd materiałami, które w komunistycznym bałaganie PRL–u gdzieś przepadły (lub też była to tylko wymówka...). Gdy większość z nich ostatecznie została odnaleziona okazało się, że komuniści we własnym gronie musieli wielokrotnie oglądać nieukończony film, gdyż jedyna istniejąca kopia była w tragicznym stanie wywołanym... wręcz nadmierną jej eksploatacją!
I to był ostatni gwóźdź do trumny tego filmu.
Gdyby nie zniszczenie jedynej kopii zrealizowanych 10-12 lat wcześniej materiałów, Żuławski z pewnością dokończyłby film, który był przecież od lat jego wielkim marzeniem. Niestety, jak to wyraźnie widać na przykładzie historii filmu „Na srebrnym globie”, system komunistyczny – czy też „socjalistyczny”, jak komuniści sami go nazywali – nigdy nie pozwalał na rozwinięcie skrzydeł rzeczywiście utalentowanym ludziom, którzy nie chcieli lub nie potrafili ześwinić się do poziomu typowego w PRL–u homo sovieticusa (czyli dupowłaza oficjalnej władzy) i pozwalali działać jedynie takim Wajdom, Putramentom i im podobnym sprzedawczykom – co to może i niby ukłuli władzę jakąś drobną szpilką „konstruktywnej krytyki” w jednej ze scen, ale nigdy też nie zapomnieli przy tej samej okazji walnąć maczugą w łeb przeciwników socjalizmu przez całą następną połowę swych „dzieł”... ale to już całkiem osobna historia.
Sophie Marceau
Żuławski, zapewne z ciężkim sercem, zmontował ocalałe fragmenty filmu w okrojoną całość, spinając jego fabułę własną narracją objaśniającą widzowi brakujące sceny i co w nich wydarzyło się. Tak wydany ma DVD film „Na srebrnym globie” jest dzisiaj chyba najlepszym i najbardziej rzeczowym dowodem i zarazem pomnikiem wątpliwej chwały PRL–u i całego systemu komunistycznego, na jakim następne pokolenia – gdy już nikt nie będzie pamiętał, czym naprawdę jest komunizm – będą mogły wręcz naocznie o tym się przekonać. Oby tylko wyciągnęli z tego odpowiednie wnioski.
Prawdopodobnie załamany takimi kolejami losu swego filmu Żuławski powrócił do Francji i tam realizował kolejne filmy – ponownie z Sophie Marceau „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni”, dramat muzyczny „Borys Godunow” na podstawie opery Musorgskiego, a także kolejny film ze swą partnerką Sophie Marceau o trochę ponad jednym dniu z życia Fryderyka Chopina „Błękitna nuta”, za który oberwało mu się zarówno od krytyków, jak i widowni. Przedstawienie przez Żuławskiego najbliższych Chopina jako samolubnych, małostkowych i płytkich oportunistów, a samego Chopina jako tragicznego i nierozumianego przez otoczenie geniusza okazało się wybitnie toksyczne dla tzw. „box office” i ten skądinąd niezły film stał się najmniej dochodowym filmem w całym dorobku reżysera.
Żuławski wyciągnął z tego prawidłowe wnioski i w swym następnym filmie powrócił do korzeni, a więc horroru psychologicznego, czyli gatunku, który preferował i tworzył najlepiej.

        Wraz z tzw. „upadkiem komuny” w Polsce (a w rzeczywistości jedynie przemianowaniem komunistów na „demokratów”, ale to także osobna historia) otworzyły się nowe możliwości dla polskich twórców od lat mieszkających z dala od „socjalistycznego obozu”. Sławomir Idziak powrócił do Polski aby filmować „Podwójne życie Weroniki” i „Trzy kolory” z Krzysztofem Kieślowskim, Roman Polański wkrótce miał planować realizację „Pianisty” w Polsce, a Andrzej Żuławski zdecydował się wyprodukować swój następny film w całości w Polsce, włącznie z polską ekipą i obsadą. Jedynie pieniądze na jego produkcję – których wówczas w Polsce brakowało wszystkim – pochodziły z Francji. Niestety, był to także jego ostatni film zrealizowany w Polsce.

      Scenariusz „Szamanki” napisała Manuela Gretkowska, którą Żuławski poznał wcześniej w Paryżu, gdzie autorka wówczas studiowała. Pomimo ukończenia antropologii Gretkowska redagowała wówczas polską edycję francuskiego żurnalu mody „Elle” i podejmowała pierwsze, śmiałe kroki w prozie. Jej styl bliski był sztuce filmowej Żuławskiego, nic więc dziwnego, że reżyser postanowił sfilmować scenariusz jej autorstwa, który swym ociekającym przemocą, seksem i psychologicznymi zawirowaniami bohaterów jakże przypominał jego własne scenariusze.
W głównych rolach reżyser obsadził będącego wówczas na szczytach popularności Bogusława Lindę oraz nieznaną nikomu aktorkę–amatorkę, Iwonę Źrałek. Być może właśnie brak doświadczenia nie przygotował debiutującej aktorki po przeczytaniu scenopisu do gry w wybitnie rozbuchanych seksem i przemocą scenach filmu; być może początkowo myślała, że jest w stanie udźwignąć tak mocną rolę, a może inne powody skłoniły ją do przyjęcia roli „Włoszki” w filmie Żuławskiego; w każdym razie Iwona Źrałek (pod pseudonimem scenicznym Iwona Petry) zagrała swą rolę wyśmienicie, ale zapłaciła za to wysoką cenę...
Film natychmiast wzbudził morze kontrowersji swymi bardzo śmiałymi scenami erotycznymi i scenami, które przez niektórych widzów zostały odebrane jako profanacja symboli religijnych. Jednak największym skandalem, bardzo źle rzutującym na Żuławskiego jako reżysera filmu, okazał się fakt, że główna aktorka, która wcześniej w swym dorobku aktorskim grała jedynie jako statystka w filmie „Uprowadzenie Agaty”, nie tylko, że nie pojawiła się na premierze filmu, ale okazało się, że przypłaciła swą grę aktorską pod okiem Żuławskiego ciężką depresją i nerwicą.
Iwona Źrałek na długi okres całkowicie zniknęła z życia publicznego, a Andrzej Żuławski, zdegustowany protestami przeciw wyświetlaniu filmu, jakie organizowali księża przed kinami (przed którymi pojawiały się nawet liczne kółka różańcowe), znów powrócił do Francji.
Myślałem, że Polska przez tych parę lat niepodległości zrobiła się krajem cywilizowanym, a ona po prostu zamieniła się z czerwonej w czarną – nie owijając w bawełnę stwierdził wtedy Żuławski.

        We Francji zrealizował wtedy kolejny film ze swą partnerką Sophie Marceau, zatytułowany „Wierność” ("La Fidélité", 2000). Życie okrutnie zadrwiło jednak z nich obu, gdyż wbrew tytułowi niecały rok później Andrzej i Sophie rozstali się na zawsze i był to ich ostatni wspólny film, a Sophie Marceau bardzo szybko wyszła za mąż za kogo innego...
Pozostali jednak w przyjaźni (przynajmniej oficjalnie).
Żuławski dotąd twierdził, że jego prywatny świat „to świat Romka Polańskiego [gdzie] żaden związek nie utrzymuje się dłużej niż dwa, trzy lata, a wszystkie prawa są ciężko chore” i rozstania z kobietami nie robiły na nim wrażenia. A jednak z pewnością rozstania z Sophie Marceau po kilkunastu wspólnie przeżytych latach nie przeżył lekko, gdyż wkrótce wyprowadził się z paryskiego mieszkania, w którym tyle lat razem zamieszkiwali i przeniósł się do podwarszawskiej willi.
Wraz z przenosinami do Polski przygasły jego francuskie kontakty filmowe, a w Polsce – pomimo, że był znany – nie miał nawet wielu przyjaciół. Opuścił się, przestał nawet pisać scenariusze.
Do dalszej twórczości nie zachęciły go nawet przyznane mu w 2001 Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski i otrzymany w 2002 r. francuski Order Legii Honorowej.
        Pojawił się jednak w tamtych latach ponownie jako aktor w mini–serialu telewizyjnym „Niebezpieczne związki” ("Dangerous Liaisons", 2003) u boku takich gwiazd, jak Catherine Deneuve i Nastassja Kinski. W serialu występowała także urodzona w Ameryce aktorka polskiego pochodzenia Leelee Sobieski, przez którą Żuławski poznał później Weronikę Rosati, młodszą od niego o prawie pół wieku aktoreczkę (urodzoną w 1984 r.).
W wydanej w 2008 roku książce „Nocnik” dość szczegółowo opisał ich domniemany, gorący, acz krótkotrwały romans. Jeszcze zanim książka pojawiła się na półkach, najsmaczniejsze z niej kąski przeniknęły do sieci i były z lubością cytowane i komentowane przez internetowe portale. Główna postaci Esterki, która w książce Żuławskiego jest córką znanego polityka i projektantki mody, romansuje ze starszym hollywoodzkim producentem filmowym. Autor charakteryzuje ją jako dziewczynę bezwzględnie dążącą do sukcesu i było tajemnicą poliszynela, że pierwowzorem tej postaci najprawdopodobniej była Weronika Rosati. Aktoreczka pozwała Żuławskiego do sądu, a ten nakazał wycofanie książki ze sprzedaży (cała sprawa ostatecznie zakończyła się dopiero w 2015 roku).

        Gdy pod koniec 2013 roku okazało, że pierwsza żona Andrzeja, Małgorzata Braunek nie jest już w stanie wygrać walki z rakiem, doszło do pogodzenia między byłymi małżonkami. Nie spędzili jednak ze sobą wiele czasu, gdyż pani Małgorzata zmarła w czerwcu 2014 roku.
Wkrótce 74 letni wówczas Andrzej Żuławski także zachorował na chorobę nowotworową.

        Przez wiele lat wydawało się, że jego kariera filmowa zakończyła się na „Wierności”, lecz po śmierci Braunek i druzgoczącej wiadomości o własnej chorobie Żuławski zdecydował się na realizację swego – jak o tym musiał dobrze wiedzieć – ostatniego filmu. Nieprzypadkowy więc wydaje się wybór do tego celu „Kosmosu” Witolda Gombrowicza. Powieści niełatwej w odbiorze, traktującej o możności lub niemożności poznania bytu i wykraczaniu poza doświadczenia egzystencjalne jednostki, czasami wręcz psychosurrealistycznej, ale zawierającej także dość perwersyjne sceny erotyczne – a więc elementy, które Andrzej Żuławski zawsze umieszczał w swych najlepszych filmach.
Z pewnością „Kosmos” ("Cosmos", 2015) nie jest najlepszym dziełem w dorobku tylko czternastu filmów reżysera. Pomimo pewnych uproszczeń dokonanych przez Żuławskiego film ten, podobnie jak jego pierwowzór literacki, nie jest łatwy w odbiorze i choćby z tego powodu raczej nigdy nie stanie się filmem kultowym. Moim zdaniem stanowi jednak wręcz idealne credo i zarazem swoistą pointę, kropkę nad i, podsumowanie całości twórczości i talentu Andrzeja Żuławskiego, tak niecnie przytrzaśniętego i celowo zmarnowanego przez doraźne gierki polityczne polskojęzycznych okupantów okresu PRL–u.
I w tym kontekście okrzyk narratora „Kosmosu” nabiera całkiem innego znaczenia, gdyż to głos Żuławskiego zdaje się wołać: Dzika potęgo myśli wątłej!


© DeS
(Digitale Scriptor)
Tekst pierwotny: listopad 2011; poszerzony i uaktualniony w lutym 2017
specjalnie dla: Ilustrowany Tygodnik Polski ☞ tiny.cc/itp2




Pozycje dostępne w naszym Repozytorium
IMDb (angielski)
Wikipedia (polski)
Filmografia (polski)





„Pieśń triumfującej miłości” (1967)


„Pavoncello” (1967)


„Trzecia części nocy” (1971)


„Diabeł” (1972)


„Ważne, aby kochać” (1975) "L'important c'est d'aimer"


„Na srebrnym globie” (1976/1988)


„Opętanie” (1981) "Possession"


„Kobieta publiczna” (1984) "La femme publique"


„Narwana miłość” (1985) "L'amour braque"


„Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” (1989) "Mes nuits sont plus belles que vos jours"


„Borys Godunow” (1989) "Boris Godunov"


„Błękitna nuta” (1991) "La note bleue"


„Szamanka” (1996)


„Wierność” (2000) "La fidelité"


„Kosmos” (2015) "Cosmos"


Andrzej Żuławski 1940-2016




4 komentarze:

  1. Dziękuję za bardzo dobry artykuł o moim wuju. Mam jednak zastrzeżenie: z tekstu wynika , jakoby to była wina wujka Andrzeja że aktorka nabawiła się depresji, co jest nieprawdą. Chyba oczywiste, że to nie wina reżysera gdy aktorka podejmuje się roli która ją przerasta?
    Proszę o dokonanie uczciwej zmiany w odpowiednim akapicie.
    Klan Żuławskich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi anonimowy użytkowniku podpisujący się jako "Klan Żuławskich":
      mamy tutaj 2 zasady. Niczego nie cenzurujemy, oraz NIE DYSKUTUJEMY Z ANONIMAMI.
      Jeżeli to takie ważne dla pana, to proszę wysłać email do autora (informacja jak to zrobić znajduje się pod linkiem "Kontakt / O nas" u góry po lewej strenie poniżej zegara).

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że zdjęcie, na którym widać ekipę "Samsona" jest źle podpisane. Osoba kucająca za klapsem to nie jest Andrzej Żuławski. Żuławski stoi po lewej stronie kadru, w rozpiętej kurtce i prawej ręce w kieszeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opis fotografii został poprawiony. Dziękujemy za zwrócenie uwagi!

      Usuń

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2