WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

2017 początkiem końca lewactwa i „postępaków”?

Już wkrótce cała postępowa Europa będzie kurczowo wpijać palce w poręcze foteli, śledząc wybory prezydenckie we Francji i wynik Marine Le Pen, tudzież nerwowo obserwując przyrost sondażowych słupków niemieckiej AfD.
Teraz cały mainstream, bez względu na wewnętrzne różnice, będzie musiał się napinać, żeby pokonać jednego „populistę” czy antyestablishmentowe ugrupowanie, i to bez gwarancji sukcesu. Narody, społeczeństwa – dotąd pogardliwie spychane na margines – odzyskują głos i oby to właśnie one (nareszcie!) zadecydowały o przyszłości Europy.

Psychoza elit


Z rozbawieniem patrzyłem na euforię medialną po porażce Norberta Hofera (Austriacka Partia Wolności – FPÖ) w powtórzonej (i przełożonej) drugiej turze wyborów prezydenckich w Austrii.
A więc nie wszystko stracone, dobra nasza, Austriacy dokopali „faszyście” – taki mniej więcej był przekaz po opublikowaniu pierwszych sondażowych wyników exit poll, w świetle których przewaga kandydata Partii Zielonych (a po prawdzie – całego tamtejszego mainstreamu) faktycznie była znaczna – 53,6 proc. Alexandra Van der Bellena do 46,4 proc. Hofera. Widać było, jak straumatyzowane po wygranej Trumpa liberalne elity potrzebowały jakiegokolwiek promyka nadziei, czegoś, czego można byłoby się uczepić, by nie osunąć się ze szczętem w otchłań beznadziei. Zwycięstwo „ich” kandydata poza wszystkim innym zwracało wszak im poczucie legitymizacji przywódczych uroszczeń. Może tam, w Stanach, jakieś ciemne „rednecki” wybrały sobie tego Trumpa, ale tu w Europie jeszcze trzymamy się mocno, jeszcze wyznaczamy jedynie słuszne kierunki i standardy – że pozwolę sobie w ten sposób zrekonstruować ich tok myślenia czy też może raczej targające nimi emocje.

Przypomina to jako żywo jakąś zbiorową odmianę psychozy maniakalno-depresyjnej, gdzie każde zwycięstwo „niesłusznych” sił politycznych staje się powodem gniewnej histerii przeplatanej rezygnacją – bo „chamstwo” zbuntowało się przeciw elitom, bo władza trafia w ręce ludzi niespożywających małży zapijanych odpowiednim winem (nie to, co nasze ośmiorniczki, chciałoby się dodać), bo roszczeniowy motłoch dał się kupić za „pińćset” i paskudzi nadmorskie wydmy, bo biali męscy rasiści i mizogini wybrali sobie prezydenta... długo by wymieniać. A wszystko połączone z głębokim niezrozumieniem – ba, odmową roztrząsania i dociekania – przyczyn, dla których „czerń” nagle zerwała się ze smyczy i postanowiła głosować na „populistów”. Ot, ni z tego, ni z owego „rzeczywistość odkleiła się od elit” – cytując spiżową sentencję prof. Marcina Króla, która będzie już chyba za nim chodziła aż do śmierci. I odwrotnie – po każdej wygranej, choćby najskromniejszej, następuje faza równie bezrozumnej euforii: powstrzymaliśmy „brunatną falę”, mamy „zielone światło” do „pogłębiania integracji”, „populiści” tracą wiatr w żaglach...

Wiatr przemian


Otóż nie, niczego nie tracą. Żeby sobie uzmysłowić skalę zmiany, jaka zaszła w ostatnim czasie, wystarczy przypomnieć, że jeszcze niedawno nie do pomyślenia byłby Brexit, dokonany wbrew wszystkim unijnym świętym, zwycięstwo kogoś takiego jak Donald Trump, czy chociażby PiS-u po ośmiu latach wyborczych porażek, nie wspominając już o trwałej dominacji na Węgrzech Viktora Orbana. To, że do ostatnich chwil wyczekiwano z nerwową drżączką na wyniki wyborów w Austrii, też ma swoją wymowę. Hofer nie przegrał bowiem z Van der Bellenem – przegrał ze zjednoczonym frontem całego austriackiego politycznego establishmentu, dla którego kandydat Zielonych stał się ostatnią deską ratunku. Zadziałał tu efekt panicznej mobilizacji spod znaku „wszystkie ręce na pokład!” Do pokonania Hofera potrzeba było trzech wyborów z rzędu z fałszerstwami po drodze i nieprawdopodobnym zamieszaniem. O zachwianej pozycji „tradycyjnych” ugrupowań i sprzyjających im sił medialnych świadczy również to, z jakim niepokojem śledzono wybory za granicą. Kiedy ostatnio reszta Europy z takim napięciem patrzyła na Austrię? Za Jörga Haidera?

Na marginesie – warto tu przypomnieć ówczesną „panikę moralną”, po tym jak FPÖ weszła w 2000 r. jako koalicjant do rządu kanclerza Wolfganga Schüssela. Bruksela nałożyła sankcje (zwróćmy uwagę, sankcje za nieprawomyślny wynik wolnych, uczciwych, demokratycznych wyborów – to mówi więcej o mentalności brukselskich lewackich totalniaków, niż całe tomy uczonych politologicznych rozpraw), 14 państw UE „zamroziło” stosunki z Austrią, prasa wrzeszczała, że „Haider to Hitler”, a projektanci mody wypuszczali na wybiegi modelki w ciuchach z podobizną austriackiego polityka przerobionego na Adolfa... istny cyrk. Wtedy jeszcze rozgrywający w europejskiej polityce czuli w sobie moc sprawczą, by skutecznie „zmłotkować” Wiedeń, a dojście do głosu „ksenofobów” traktowano jako jednorazowy wybryk – dziś mogli się już tylko modlić (albo w przypadku Junckera – zalewać pałę ze stresu), by Austria nie stała się kolejną kostką „populistycznego” domina. I to również coś nam mówi o skali przebiegunowania dotychczasowego status quo.

Zmęczenie „eurokracją”


A tymczasem we Włoszech ludzie wykorzystali referendum w sprawie zmian w konstytucji, by pokazać czerwoną kartkę premierowi Matteo Renziemu, który w efekcie podał się do dymisji. Zrobili tak, nie bacząc na kasandryczne przepowiednie, że odejście Renziego oznacza upadek tamtejszych banków i potężny kryzys finansowy. Około 60 proc. głosujących odrzuciło proponowane zmiany, przy czym, jak wspomniałem, sama zasadność reformy ustrojowej nie miała tu znaczenia – Włosi mają dość dotychczasowego politycznego bagna z miksującymi się w różnych konfiguracjach wciąż tymi samymi ugrupowaniami i politykami, zaś referendum było dobrą okazją, by dać temu wyraz.

Jest to zresztą cecha charakterystyczna dla społecznych nastrojów w kolejnych krajach Zachodu. Prócz odrzucenia dotychczasowej, rozlokowanej wygodnie i coraz bardziej oderwanej od wyborców klasy politycznej, istotną rolę odgrywa zmęczenie władczymi uroszczeniami kasty eurokratów, chronicznym kryzysem strefy euro, odbijającym się coraz boleśniej na portfelach, skrajną nieprzejrzystością unijnych procesów decyzyjnych i otwartym ignorowaniem głosu obywateli, czego niedawnym przejawem było aroganckie zlekceważenie masowych protestów przeciw CETA. A wszystko to podlane nieznośnym sosem postępowej, lewackiej dydaktyki, serwowanym z pozycji moralnej wyższości, i belferskim zadęciem – i to przez ludzi, którzy swoje stanowiska piastują na zasadzie jakiejś kastowej kooptacji, którzy nigdy nie poddali się bezpośredniej demokratycznej weryfikacji, zaś całym tytułem do wygłaszania kazań jest dla nich to, że siedzą tam, gdzie siedzą. Tę mandaryńską pychę można było tolerować, gdy w Europie żyło się spokojnie i dostatnio. W epoce kryzysu i najazdu muzułmańskich barbarzyńców prawienie wytartych, napuszonych morałów wygłaszanych ex cathedra sprawia jedynie, że ludzi zwyczajnie trafia szlag.

Nic więc dziwnego, że włoskie referendum odbierane jest jako zwycięstwo sił antysytemowych, przede wszystkim Ruchu 5 Gwiazd Beppe Grilla, któremu już dziś wróży się sukces w kolejnych wyborach parlamentarnych. I znów – przypomnijmy sobie, z jaką odrazą jeszcze niedawno traktowany był na europejskich salonach Silvio Berlusconi. Gdy Beppe Grillo wyprowadzi Włochy ze strefy euro, a może przeforsuje wręcz „Italexit”, wówczas jeszcze przyjdzie wam zatęsknić za Berlusconim, robaczki...

Wiosna narodów


Podkreślmy na koniec jeszcze raz – sam fakt, że porażka Hofera została powitana przez eurolewicę z taką ulgą i euforią, świadczy o tym, że nastroje społeczne uległy znaczącemu przesunięciu – i że jest to przesunięcie trwałe. Od tej pory tak już będzie – w jednym kraju wygrają „liberałowie”, w innym „populiści”, ale zawsze będzie to niepewne aż do końca. Już wkrótce cała postępowa Europa będzie kurczowo wpijać palce w poręcze foteli, śledząc wybory prezydenckie we Francji i wynik Marine Le Pen, tudzież nerwowo śledzić przyrost sondażowych słupków niemieckiej AfD. Zwróćmy uwagę, że do tej pory taka niepewność była zarezerwowana dla pojedynków między, dajmy na to, socjaldemokratami a chadekami, czyli tradycyjnie dominującymi siłami politycznymi egzystującymi zgodnie w mainstreamie. Teraz zaś cały mainstream, bez względu na wewnętrzne różnice będzie musiał się napinać, żeby pokonać jednego „populistę” czy antyestablishmentowe ugrupowanie, i to bez gwarancji sukcesu. Narody, społeczeństwa – dotąd pogardliwie spychane na margines – odzyskują głos i oby to właśnie one (nareszcie!) zadecydowały o przyszłości Europy.


© Piotr Lewandowski
4 stycznia 2017
źródło publikacji: „Nadchodzi wiosna narodów! Już wkrótce cała postępowa Europa będzie kurczowo wpijać palce w poręcze foteli”
www.polskaniepodlegla.pl







Ilustracje pochodzą od Redakcji ITP © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz