UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Triumf i obrona demokracji

        8 listopada, kiedy piszę te słowa, cały świat wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie kampania między Hilarią Clintonową, a Donaldem Trumpem w znacznym stopniu skupiła się na wytykaniu sobie nawzajem przez kandydatów rozmaitych niegodziwości, co robiło wrażenie jakiejś licytacji o różnicę łajdactwa, ale takie widać czasy nastały, co - mówiąc nawiasem – w ramach myślenia pozytywnego powinno być krzepiące. U nas też dyskursy polityczne do tego się w gruncie rzeczy sprowadzając, ale skoro w Ameryce jest tak samo, to nie mamy powodów do popadania w kompleksy. Więc chociaż i tu i tam i wszędzie polityka sprowadza się do wyboru między dżumą a tyfusem, to nic na to poradzić nie można, chociaż oczywiście świadomość, że na tę chorobę zapadło nawet największe mocarstwo, mające ambicję przewodzenia całemu światu, działa przygnębiająco. Można to złożyć oczywiście na karb kryzysu demokracji politycznej, która uruchamia mechanizm selekcji negatywnej, ale ja zwróciłbym uwagę na jeszcze dwie przyczyny.
Pierwsza o charakterze uniwersalnym, na którą zwrócił uwagę jeszcze 50 lat temu Stanisław Lem. Napisał on bodajże w „Głosie Pana”, że globalna strategia z lat 60-tych wyżarła z demokracji politycznej cały miąższ, pozostawiając jedynie pustą skorupę. Rzeczywiście – jeśli setki, ba – tysiące pierwszorzędnych fachowców przez 24 godziny na dobę siedzą z palcami na cynglach wyrzutni rakiet z głowicami jądrowymi, to nie ma co się łudzić, że będą słuchali jakiegoś obywatela. Punkt ciężkości władzy przesunął się w stronę wojska i tajnych służb i polityka międzynarodowa staje się wypadkową uzgodnień między tymi kręgami, które są ponad podziałami zainteresowane w utrzymywaniu obywateli w nieświadomości tego faktu, zgodnie z uwagą Bismarcka, że to dobrze kiedy ludzie nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki. Ale wydaje się, że w Stanach Zjednoczonych kryzys demokracji spowodowany jest jeszcze jedną przyczyną, mianowicie nadmiernym wpływem lobby żydowskiego na politykę tego kraju. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie częsta u Żydów skłonność do sprzedawania tandety – również tandety politycznej. W rezultacie demokracja polityczna schodzi na psy i być może przybliża się moment, przewidziany przez Adama Mickiewicza, że „ręce za lud walczące lud sam poobcina”.

        Zanim jednak to nastąpi, bez względu na to, kto te wybory wygra, wygra demokracja – albo kierowana – jak to będzie w przypadku zwycięstwa Hilarii Clintonowej – albo nieokrzesana – jak to będzie w przypadku zwycięstwa Donalda Trumpa. Warto zwrócić uwagę, że jest to znakomita ilustracja trafności spiżowej tezy wybitnego klasyka demokracji Józefa Stalina, że w demokracji najważniejsze jest przygotowanie odpowiedniej alternatywy dla wyborców. A po czym poznać, że alternatywa została przygotowana prawidłowo? A po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane. Tedy - chociaż świat zastyga w oczekiwaniu na wyniki tych wyborów, a rządowa telewizja i radio w Polsce uruchomiły specjalny całonocny program („za ścianą nocny program...”), to może niepotrzebnie, bo – jak to melancholijnie zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz – rzeka tak czy owak popłynie ku morzu – co angielski poeta Swinburne wyraził jeszcze bardziej dramatycznie: „I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę, wolni od pragnień i wolni od burz, dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche, ktokolwiek jesteś pośród gwiezdnych głusz. Za to, że minąć dniom żywota dano, za to, że nigdy raz zmarli nie wstaną, I rzek gwałtowny nurt zmącony pianą, zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz”.

        Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju pełną parą rozwijają się przygotowania do ostatecznej obrony demokracji. W setną rocznicę ogłoszenia przez Niemcy i Austro-Węgry tzw. „aktu 5 listopada” zapowiadającego przywrócenie Królestwa Polskiego, którego przeznaczeniem miało być „pozostawanie w łączności” z obydwoma mocarstwami, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa wezwał Unię Europejską a nawet „cały świat” do zrobienia z Polską porządku. Oczywiście Kukuniek nie byłby sobą, gdyby się tej jawnej zdrady stanu nie wystraszył, więc teraz, jako „człowiek drobnych krętactw”, twierdzi, że o nic nie apelował, a tylko „ostrzegał”. Cóż można na to powiedzieć? Ano tylko tyle, że chyba niepotrzebnie Polska w 1998 roku wykreśliła z kodeksu karnego karę śmierci – bo nie tylko Kukuniek, ale również jego mocodawcy i mentorzy z Wojskowych Służb Informacyjnych bardziej by się wtedy mitygowali. Tymczasem teraz nie mają już żadnych hamulców, więc wszyscy wykonują porozdzielane między nich zadania. Komitet Obrony Demokracji szykuje na 11 listopada prowokację, która ma Naszej Złotej Pani dostarczyć kolejnych argumentów do podjęcia decyzji w sprawie ostatecznego rozstrzygnięcia der polnischen Frage, a z kolei pan prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński uwija się wokół swoich zadań. Ponieważ PiS stara się utrudnić mu wciąganie Trybunału w politykę, a właściwie w destabilizowanie rządu, prezes Rzepliński już całkiem bezwstydnie ucieka się do przedsięwzięć z arsenału tak zwanego kretynizmu prawniczego i na przykład próbował uzasadniać niedopuszczanie niektórych sędziów do orzekania przepisami... kodeksu pracy, przewidującymi, że w razie przestojów szef firmy może nie przydzielać pracownikom żadnych zadań, nie zrywając z nimi stosunku pracy. Myślę, że nie ma takiego łajdactwa, którego by się nie podjął na polecenie oficera prowadzącego, zwłaszcza gdyby było ono jeszcze posmarowane złotem, czy to przez finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, z którym prezes Rzepliński pośrednio kolaborował w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, czy też przez warszawski magistrat, który – jak się okazało – futrował nie tylko byłego prezesa TK sędziego Stępnia, ale również rodzinę prezesa Rzeplińskiego za pośrednictwem tak zwanych „fundacji”. Nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, a już brama Trybunału Konstytucyjnego jest na tę okoliczność specjalnie szeroko otwarta. W rezultacie doszło do tego, że trójka sędziów się zbuntowała i nie wzięła udziału w orzekaniu w przekonaniu, ze zdekompletowanie konstytucyjnego składu Trybunału doprowadzi prezesa Rzeplińskiego do opamiętania. Ale nie z prezesem Rzeplińskim takie numery. Gdyby się opamiętał, to oficer prowadzący zaraz by mu przypomniał, skąd wyrastają mu nogi. Toteż pan prezes Rzepliński ogłosił, że Trybunał znalazł się w „stanie wyższej konieczności”, w którym może przejść do porządku nad konstytucyjnymi regułami. Jak tak dalej pójdzie, to o zgodności nie tylko ustaw, ale i wszystkich innych decyzji rządu będzie orzekał jednoosobowo, a Komisja Europejska go w tym wesprze, bo jużci – gdzie znajdą takiego drugiego sprzedawcę ojczyzny? Oczywiście będą go wspierać do czasu ostatecznego rozwiązania der polnischen Frage, bo gdzie jak gdzie, ale w Berlinie muszą pamiętać przestrogę Fryderyka Wielkiego, że można, a nawet trzeba posługiwać się kanaliami, ale nie wolno się z nimi spoufalać.


© Stanisław Michalkiewicz
13 listopada 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2