WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Bolszewicy – partia żulików i złodziei

Właśnie tak jeden z opozycjonistów nazwał dzisiejszą partię władzy „Jedna Rosja”. Formuła Aleksieja Nawalnego zrobiła zawrotną karierę wśród Rosjan i została przez nich przeniesiona na radziecką historię. Epitet żuliki i złodzieje pasuje bowiem jak ulał do przestępczego rysopisu partii Lenina i Stalina. Rosyjscy historycy udowodnili, że czerwona nomenklatura była najbardziej skorumpowaną kastą społeczną, która zdeprawowała społeczeństwo i przywiodła imperium do rozpadu.

Miłe złego początki


Już w trzy lata po zamachu stanu, nie kto inny, tylko wódz światowego proletariatu Włodzimierz Uljanow (Lenin) konstatował głośno, że zwycięzcy bolszewicy przekształcili się w skorumpowaną partię, zaś stworzony przez nią aparat państwowy zajmuje się wyłącznie złodziejstwem. W programowych wystąpieniach Lenin grzmiał: stoją przed nami następujący wrogowie: po pierwsze - komunistyczne cwaniactwo; po drugie – bolszewickie łapówkarstwo; po trzecie – analfabetyzm. W 1921 r. kierownictwo partyjne było inicjatorem pierwszej czystki w szeregach. Z RKP (b) usunięto ponad 17 tys. funkcjonariuszy. Jak napisał historyk radzieckiego wymiaru sprawiedliwości, po bolszewickim puczu wszyscy kradli wszystko, czyli co tylko się dało. Celnicy, kolejarze, dyrektorzy, urzędnicy, wreszcie robotnicy i chłopi, każdy wynosił wartościowe mienie w rozmiarze zależnym od możliwości. Defraudacje, machinacje cenowe, malwersacje finansowe i towarowe, wreszcie zwykłe łapówkarstwo, takie formy przestępczości charakteryzowały czerwone elity władzy i zdemoralizowane wojną domową społeczeństwo.

Oczywiście bolszewickie złodziejstwo nie powstało na pustym miejscu. Rosja była państwem z historycznie skorumpowaną biurokracją. Do tradycji państwa moskiewskiego weszła instytucja kormlienija czyli utrzymywania carskich urzędników przez ludność, nad którą sprawowali jurysdykcję. W erze nowożytnej rozrosła biurokracja imperium była chronicznie niedofinansowana z tego samego powodu. Dwór carski doskonale wiedział, że oficjalne pobory urzędników są tylko nieznaczną częścią ich rzeczywistych dochodów. Petersburg starał się kontrolować łapówkarstwo tak, aby nie przekroczyło granicy przyzwoitości, mierzonej spokojem społecznym. Słynny bunt Jemieliana Pugaczowa, który w okresie panowania Katarzyny II wstrząsnął fundamentami carstwa, był niczym innym, tylko wybuchem niezadowolenia najniższych warstw z rozmiarów państwowej korupcji. Dlatego ta sama caryca wprowadziła nowy zwyczaj. Gdy gubernatorzy prowincji powracali do stolicy po kilku latach sprawowania urzędu, na rogatkach miasta często witały ich specjalne patrole wojskowe. Zadaniem carskich gwardzistów było przeszukiwanie ekwipaży wysokich urzędników i odbieranie nadmiaru gotówki. Sumę pozostawianą pechowym biurokratom szacowała tajna policja. Jej agenci doskonale wiedzieli, jakiego majątku dorobili się namiestnicy prowincji. W XIX w. wziatka, czyli urzędnicza łapówka zyskała status oficjalny. Prawo zwyczajowe, które ludność imperium preferowała w kontaktach z przedstawicielami państwa zakładało, że dodatkowa suma pieniędzy przyśpiesza po prostu urzędowe lub sądowe decyzje, o powodzeniu kupieckich kontraktów nie wspominając. Z drugiej strony, biurokraci kierujący się identycznymi zasadami postępowania nie uważali łapówki za przestępstwo, tylko należny dodatek do nie najwyższego uposażenia. Przy tym załatwienie sprawy obywatelskiej za pieniądze uważane było za działanie patriotyczne, powiększające dobrobyt państwa. Jednak to samo prawo zwyczajowe ograniczało wielkość i formę łapówki, w zależności od rangi urzędnika oraz gatunkowej wagi załatwianej sprawy. Był więc to obyczaj, który kształtował się przez stulecia i mocno wrósł w mentalność Rosjan.
Stan rzeczy uległ kardynalnej zmianie wraz z siłowym zagarnięciem władzy przez bolszewików. Po pierwsze, dotychczasowe tradycje uległy prawnej likwidacji, ale powstała próżnia oznaczała faktyczne zdziczenie obyczajów. W tym kontekście negatywny wpływ miało skrajne zubożenie społeczeństwa podczas wyniszczającej wojny domowej, która zrujnowała stosunki międzyludzkie oraz gospodarkę kraju. Daleko większe znaczenie miał negatywny dobór nowych kadr administracji. Brak wykształcenia w połączeniu z poczuciem nietykalności oraz bezkarności, wynikających z posługiwania się terrorem wobec obywateli, uczynił z czerwonych panów Rosji grupę najbardziej nachalną oraz pazerną, jeśli chodzi zabór cudzego mienia. I tak komisarze (ministrowie) nowego rządu zasłynęli z konfiskaty arystokratycznych posiadłości na własne potrzeby. Gdy w latach 1918-1922 obowiązywał komunizm wojenny, oznaczający racjonowanie żywności, a więc śmierć głodową zwykłych ludzi, komisarze żyli w luksusie otoczeni zrabowanymi dziełami sztuki. Jednak kluczową okolicznością sprzyjającą grabieży na niespotykaną skalę była nacjonalizacja gospodarki i bogactw naturalnych. Jeśli przed puczem wszelkie oszustwa i machinacje wynikały z niedoskonałych mechanizmów wolnego rynku i prawa, to po 1917 r. takie możliwości znacząco wzrosły, bo przedmiotem gry był cały majątek narodowy i własność każdego z osobna. Tak w komunistycznej rzeczywistości powstawała partyjna nomenklatura, która działając formalnie w imieniu i na rzecz narodu, faktycznie za główny cel uważała własny dobrobyt i osobiste wzbogacenie się. Konsekwencją, jaka wynikła z takiego postępowania był moralny rozkład i deprawacja całego społeczeństwa. Deklarowane idee powszechnej równości i sprawiedliwości odbiegały daleko od tego, co prosty robotnik lub chłop widział na co dzień. A widział ogromne rozwarstwienie materialne i uprzywilejowanie nomenklatury. Usiłując uzyskać podobny stan dobrobytu, naród decydował się na czyny kryminalne, głównie złodziejstwo, tym bardziej, że system wykluczał uczciwą przedsiębiorczość, ograniczając policyjnie możliwości godziwego zarobkowania. Ostatecznym zaś przyczynkiem świadczącym o niebywałej destrukcji, jaką wywoływała korupcja radzieckiego aparatu władzy, była bezskuteczna walka z tym zjawiskiem. Odpowiedni wniosek można wysnuć z przeglądu kodeksu karnego, którego paragrafy nieustannie zaostrzano, bez jakiekolwiek rezultatu. Jeśli za życia Lenina karą za łapówkarstwo i malwersacje były cztery lata więzienia, a w połowie lat 20. XX w. już dziesięć lat obozu pracy, to Stalin wprowadził karę śmierci. Najwyższy wymiar kary, z krótką przerwą, obowiązywał do końca istnienia Związku Radzieckiego, a mimo tego korupcja nabierała tylko rozpędu, przybierając w latach 70. i 80. XX w. masową postać. Sytuacji nie poprawiała w żaden sposób obowiązkowa konfiskata całego mienia osoby uznanej za przestępcę. Jakie formy przybierała zatem kryminalna plaga radzieckich elit?

Od komunizmu wojennego do NEP-u


W 1926 r. jeden urzędnik państwowy, a taki status można było uzyskać wyłącznie z rekomendacji partyjnej, przypadał na 190 mieszkańców ówczesnej Rosji. Była to więc wielomilionowa rzesza darmozjadów, czyhająca na możliwość nielegalnego wzbogacenia się. Najbardziej rozprzestrzenioną formą przestępczości biurokratycznej stał się klientelizm zwany wówczas kumoterstwem, czyli rzeczywiste lub fikcyjne zatrudnianie członków rodzin, lub osób nieformalnie zarekomendowanych. Jak udowodniły wyniki licznych inspekcji robotniczo-chłopskich (organ kontroli biurokracji), liczba takich figurantów w różnych dziedzinach i na różnych poziomach zarządzania sięgała od 90 do nawet 100 proc. obsady personalnej poszczególnych instytucji. Tak tworzył się krąg wzajemnego poręczenia i wzajemnie oddawanych usług. Klientelizm był zatem ważnym etapem upowszechnienia korupcji, ponieważ nieformalne powiązania personalne pozwalały zachować tajemnicę, tworząc radziecką odmianę mafijnego prawa omerty – milczenia oraz wzajemnego krycia. Jaki był rezultat? Weźmy za przykład strategiczny sektor infrastruktury, jakim był transport, a szczególnie kolej. Współczesny nam dziennik „Kommiersant” cytuje dane z 1922 r. według których z transportów kolejowych skradziono 4,9 mln pudów bagażu oraz towarów. Była to ilość ogromna, zważywszy, że pud równa się 16 kilogramom. Zagarnięte mienie było warte 23,5 mln złotych rubli. Przedstawione wyliczenia dotyczą jedynie udowodnionych strat, ale tzw. ilość towarów niedoliczonych, czyli takich, które po prostu rozpłynęły się gdzieś po drodze, sięgnęła w tym samym roku 19 mln pudów. Inaczej mówiąc, rozgrabiono zawartość 19 tys. wagonów kolejowych. Jak odnotował ówczesny „Tygodnik radzieckiej praworządności” jedna kradzież przypadała na 300 wiorst kolejowego przebiegu. Grabiono zresztą nie tylko przewożone produkty, ale także wyposażenie samej kolei. W 1923 r. ten rodzaj transportu stanął w obliczu pełnego paraliżu zimowego z powodu masowych kradzieży osłon antyśniegowych torów. Kradziono także elektryczność, której upowszechnienie było dumą bolszewików. W dziedzinie nielegalnych podłączeń przodowały, a jakże, instytucje państwowe. Kolejną niepokojącą dziedziną było leśnictwo. Decyzja o oddaniu lasów w powszechną, czyli niczyją własność tzw. kolektywów pracowniczych zaowocowała dewastacyjną wycinką. Sytuację pogarszała powszechna sprzedajność straży i urzędników leśnych. Jednak główna fala przestępczości wynikała z deficytu towarowego. Drugi i nielegalny obieg wytworzonej produkcji stał się plagą radzieckiej gospodarki. Jeśli w dobie komunizmu wojennego wzajemne proporcje towarów rozprowadzanych legalnie i sprzedawanych spod lady wynosiły 80 do 20 proc., to pod koniec istnienia ZSRR uległy odwróceniu. Na przykład w latach 70. XX w. 90 proc. benzyny i innych materiałów pędnych było wynoszonych z zakładów pracy, stanowiąc przedmiot lewych transakcji. I być inaczej nie mogło, skoro półlitrówka wódki kosztowała 4 ruble, a litr benzyny 50 kopiejek. Jednak największy impuls korupcji dał NEP, tj. Nowa Polityka Ekonomiczna lat 1923-1929, dopuszczająca reglamentowaną liberalizację gospodarki. Świeżo upieczona nomenklatura wystraszyła się nie na żarty utratą kontroli nad rynkiem, czyli groźbą pozbawiania sutych apanaży wynikających z nakazowej dystrybucji towarowej. Od czegóż jednak czynownicza inwencja, płodna polityką domiarów podatkowych i blokowaniem decyzji o przydziale surowców! To właśnie podczas NEP rozpleniła się renta biurokratyczna, tj. przestępcze dochody osiągane z racji pełnionego stanowiska. W najlepszej sytuacji była oczywiście osławiona kadra kierownicza wielkich miast. Handlowała wszystkim: od skierowania do odpowiedniej pracy, poprzez przydział przestrzeni mieszkaniowej, do państwowych zamówień. Wtedy także powstała specyficzna grupa radzieckich lobbystów, którzy zarabiali na „otwieraniu właściwych drzwi”, czyli organizacja dojścia przedsiębiorców prywatnych do urzędników władnych rozwiązać biznesowe lub po prostu życiowe problemy. Dzięki takim kontaktom wykupywano ludzi z więzień i obozów pracy, a to dzięki temu, że, jak twierdzi „Kommiersant”, 95 proc. funkcjonariuszy ówczesnej milicji było do cna sprzedajnych. Znany historyk notował w ówczesnych zapiskach: ci mali urzędnicy otrzymujący jako zapłatę nędzny pajok (racje żywnościowe) ledwie starczający na głodowe życie, przegrywają w kasynach i przepijają w knajpach po 2-3 mln rubli w jedną noc. Jeśli do uzupełnienia dochodów nie wystarczało jedno stanowisko, co bardziej przedsiębiorczy zajmowali kilka, ciągnąc zyski z każdego. Leningradzki rekordzista zatrudnił się w sześciu instytucjach gospodarczych miasta w taki sposób, aby samemu sobie przyznawać lukratywne kontrakty, po czym kontrolować ich realizację. Wysocy urzędnicy nie silili się na podobny spryt, bo powszechną praktyką był otkat, czyli udział w zysku od przyznanego zamówienia, wynoszący nie mniej niż 15 proc. sumy. Wszystkich przebił jednak prof. Jurij Łomonosow, zajmujący stanowisko pełnomocnika rządu do spraw zagranicznych kontraktów kolejowych. Za sprawą jego lobbingu, Lenin zarządził zakup 1000 szwedzkich lokomotyw na sumę 200 mln złotych rubli. W tym samym czasie słynne zakłady putiłowskie w Petersburgu stały bezużytecznie z powodu braku pracy. Co więcej, były w stanie wykonać ten sam kontrakt za połowę kwoty i w krótszym terminie. Oczywiście prof. Łomonosow zarabiał na różnicy pomiędzy faktyczną a zakontraktowaną ceną każdego parowozu oraz na ogromnych łapówkach od szwedzkich przemysłowców. I tak gdy Rosjanie zmagali się z masowym głodem i bezrobociem, 49 skandynawskich firm, a w praktyce cały szwedzki przemysł maszynowy, żył przez kilka lat na koszt leninowskiej głupoty ekonomicznej. Nie trzeba dodawać, że sam profesor w 1926 r. nie powrócił do Rosji z kolejnej delegacji zagranicznej i żył dostatnio w Kanadzie, aż do śmierci w latach 50. XX w. Ten przypadek obrazuje skalę możliwości grabienia majątku państwowego, a nie można zapominać, że NEP to także start dziesiątek koncesji dla zagranicznych firm w Rosji, eksploatujących bogactwa naturalne, od ropy naftowej, węgla i złota, po zboża i syberyjskie futra. Każda z takich firm wliczała w swoje koszty sumy niezbędne do przekupienia odpowiedniego urzędnika Kraju Rad. System koncesyjny zlikwidował Stalin, ale jego osławiona rozprawa z korupcją to jeszcze jeden mit.

Korupcja lat terroru


Wbrew historycznemu stereotypowi dowodzącemu, że stalinowski terror zahamował korupcję w ZSRR, prawda jest nieco inna. Po pierwsze, to podczas długoletnich rządów satrapy czerwona nomenklatura sformowała się jako specyficzna klasa społeczna. Kadry zarządzające stały się ekskluzywną i wyobcowaną ze społeczeństwa grupą, opływającą w przydziałowe dostatki niedostępne zwykłemu mieszkańcowi. Na przykład, jak wyliczył jeden z rosyjskich statystyków, koszt utrzymania przedstawiciela najwyższej nomenklatury wraz z rodziną, wynosił w latach 50. XX w. około 500 tys. USD rocznie, co po uwzględnieniu inflacji tej waluty równa się 3,5 mln dzisiejszych dolarów. Po drugie, masowe czystki lat 30. XX w., które dotknęły poprzednią kadrę zarządzającą, były okresem chaosu gospodarczego, sprzyjającym wszelkim machinacjom. I po trzecie, ze względu na totalitaryzm państwa, najbardziej skorumpowaną częścią nomenklatury okazał się aparat represji. Mit zaś powstał dlatego, że stalinizm zasłynął brutalizacją prawa karnego, ale jedynie wobec zwykłych obywateli. Przykładem jest słynny dekret „o trzech kłosach” przewidujący karę wieloletniego łagru lub rozstrzelania za najmniejszą kradzież mienia społecznego. Nazwa wzięła się stąd, że największą grupę skazanych stanowili ludzie, którzy w okresie masowego głodu, zmuszeni byli kraść zboże na polach, aby po prostu przeżyć. W tym samym czasie, a więc pod koniec lat 30., poufny raport NKWD wskazywał, że korupcja staje się podstawą życia społeczno – gospodarczego ZSRR. W handlu jej rozmiary są tak wielkie, że nie poddają się szacunkom. Natomiast, jak cytuje portal historicus.ru, inny raport NKWD oceniał, że tylko w Moskwie i tylko w 1938 r. straty wynikające ze złodziejstwa w sieci dystrybucji żywności wyniosły 20 mln rubli, co było kwotą wręcz kosmiczną. Rok później, w całym ZSRR straty w tej dziedzinie szacowano już na 200 mln rubli. Ze stalinizmem łączyły się słynne wówczas afery korupcyjne w nomenklaturowym wykonaniu. Należała do nich sprawa chlebowa z 1946 r. polegająca na nielegalnym obrocie deficytowymi towarami, czyli mąką, masłem i cukrem. Zysk biurokratów wyniósł kilka milionów rubli. Identyczny schemat miała afera tkacka (nielegalna produkcja konfekcji), a nawet muzykalna (nielegalne tłoczenie i dystrybucja płyt gramofonowych). Jednak wszystko przebijała pazerność stróżów prawa z NKWD. Wspomniany portal uważa funkcjonariuszy tej przestępczej organizacji za „korupcyjne serce i mózg malwersacji”. Jakkolwiek temat nie został całkowicie ujawniony i opracowany, to historycy podkreślają, że państwowe archiwum Rosji posiada ogromny zasób poświęcony przestępczości korupcyjnej w systemie WCzKa – OGPU i NKWD – MGB. Kluczową kwestią jest deprawacja funkcjonariuszy wynikająca z negatywnego doboru kadr, co do mistrzostwa doprowadził Ławrentij Beria. Werbował celowo ludzi obciążonych niewłaściwą polityczną lub kryminalną przeszłością. Dla przykładu w 1939 r. 32,5 proc. funkcjonariuszy NKWD stanowili byli mienszewicy, socjaliści-rewolucjoniści lub anarchiści. Ważniejsza była jednak gotowość do bezwarunkowego i bezwzględnego wykonania każdego rozkazu, wyrażona udziałem w oddziałach zaporowych czasu wojny, strzelających do własnych żołnierzy. Mile widziane było doświadczenie w pacyfikacjach i konfiskatach mienia, a tajemnicę poliszynela stanowiły kradzieże na masową skalę dokonywane podczas takich operacji. Przy tym NKWD miał ogromne magazyny mienia pomordowanych lub wywiezionych do łagrów i legalizował ten typ złodziejstwa pod szyldem specjalnych sklepów. Funkcjonariusze mogli nabyć za pół darmo wszelkie mienie swoich ofiar, co zrównywało ich etycznie z cmentarnymi hienami. Nie przeszkadzało to żonom zaufanych obrońców reżimu, nawet tym na ministerialnym szczeblu, toczyć prawdziwe bitwy z użyciem pięści, o nabycie najatrakcyjniejszych łupów. Niezbyt daleko od tego procederu znalazły się wojenne malwersacje organizacji Smiersz (wojskowy kontrwywiad NKWD). O morale i inteligencji radzieckich komisarzy świadczy nie tylko ogromna skala, ale rodzaj grabionego mienia. Zainteresowaniem cieszyły się kruszce i waluty banków podbijanych państw, ale zaraz obok zastawa stołowa oraz słonina, kiełbasa i samogon, jadące całymi wagonami, zaplombowanymi w charakterze operacyjnych depozytów szefa Smiersza - gen. Wiktora Abakumowa i takich jego pomagierów, jak złoczyńca Iwan Sierow.
W ramach podsumowania trzeba powiedzieć, że problem masowej korupcji nie zakończył się wraz z upadkiem ZSRR. Nomenklaturowe schematy złodziejstwa legły u podstaw mafijnych klanów, które rozgrabiły poradziecki majątek społeczny, a obecnie grabią współczesną Rosję i jej mieszkańców. Co gorsza, przetrwała nomenklaturowa mentalność. Styl korupcyjnego działania dopracowała więc do perfekcji obecna biurokracja Rosji, która tak jak czerwoni poprzednicy, wykorzystuje stanowiska do kradzieży wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość. Obecnymi trendami złodziejskiej mody są skok na środki budżetowe i odbieranie cudzej własności, najczęściej dobrze prosperujących firm prywatnych.

Reguła bolszewickiej ekspropriacji ma się w Rosji nadzwyczaj dobrze.


© Andrzej Nowicki
listopad 2016
źródło publikacji: „Bez Cenzury”
www.bezc.pl





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz