UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

O co walczymy

O co walczymy? O prawdziwą republikę, a nie oligarchię z demokratyczną fasadą! I uda się to osiągnąć!

My zaś chcemy, by republika stała się na powrót republiką, a nie tak jak dziś – oligarchią z demokratyczną fasadą sprowadzającą się do pustych procedur. Tylko tyle i aż tyle.

1. Postkomunistyczna mutacja demokracji liberalnej

Przed tygodniem pozwoliłem sobie przeanalizować ewentualne szanse na objęcie władzy przez formacje narodowe, gdy już PiS się ludziom opatrzy, bądź zaplącze we własne nogi – przed czym, notabene, ostrzegał również niedawno w Jachrance swoich parlamentarzystów Jarosław Kaczyński. Dziś natomiast warto zapytać – dlaczego szeroko rozumiany obóz patriotyczny, czy to odwołujący się do tradycji piłsudczykowskiej, czy do endeckiej, powinien dążyć do przejęcia władzy i jej utrzymania. Krótko mówiąc, jaki cel nam przyświeca i o co tak naprawdę walczymy
– bo optymistycznie zakładam, że nie o to, by zamiast „onych” pousadzać na stołkach własnych kolesi i powymieniać kadry od ministra do sprzątaczki, a w telewizji pokazywali zamiast Żakowskiego i Kutza tzw. naszych.
Kwestię tę zdefiniowano podczas wiecu kończącego Marsz Niepodległości w 2012, kiedy przy okazji powołania Ruchu Narodowego rzucono hasło obalenia „republiki okrągłego stołu”. Wezwanie to wciąż pozostaje aktualne, bowiem samo przejęcie tytularnej władzy przez jedną z prawicowych opcji nie oznacza automatycznego unicestwienia tworu zafundowanego Polakom w Magdalence. Dlatego też aby odpowiedzieć na tytułowe pytanie, trzeba wpierw zapytać, czym jest system, w którym żyjemy. Odsuwani mozolnie od różnych żłobów beneficjenci transformacji spod znaku m.in. kodowszczyzny szermują w tym kontekście hasłem „demokracji liberalnej” – i faktycznie, „republika okrągłego stołu” jest swoistą, postkomunistyczną mutacją takiego systemu obecnego na Zachodzie od lat.

2. Istota demoliberalizmu


A zatem czym jest demokracja liberalna w odróżnieniu od demokracji bezprzymiotnikowej? Nie w warstwie haseł i sloganów, lecz w rzeczywistości? Jaka jest jej istota? Otóż w demokracji bezprzymiotnikowej rządzi demos, lud, naród – bezpośrednio lub przez wyłanianych w wyborach przedstawicieli i wola większości decyduje o kluczowych dla danej wspólnoty kwestiach. Natomiast w demoliberalizmie pochodząca z demokratycznego nadania władza jest otorbiona całym konglomeratem różnych instytucji, których wspólną cechą jest to, że nie podlegają realnej, społecznej weryfikacji. Ciała te często uzupełniają się drogą kooptacji, wedle nie do końca jasnych dla postronnego obserwatora kryteriów. Instytucje, o których tu mowa, są silnie zideologizowane w duchu, który dziś przyjęło się nazywać liberalnym bądź lewicowo-liberalnym (z klasycznym liberalizmem nie mają one nic wspólnego) – co w znacznej mierze jest efektem „długiego marszu przez instytucje” światowej lewicy jeszcze z tzw. pokolenia ’68 (dziś są to już często ich dokooptowani wychowankowie i następcy). W efekcie realizują one swoją agendę niezależnie od demokratycznie wybranych władz i opinii większości obywateli danego kraju.
Skutek jest taki, że rząd pochodzący z nadania nominalnie najwyższej władzy – czyli suwerena, ludu – ma spętane ręce. Jest w stanie zmieniać, reformować co najwyżej drugorzędne szczegóły, nie jest natomiast zdolny naruszyć istoty systemu, choćby system ten był skorumpowany i przeżarty do cna najróżniejszymi patologiami. Na straży jego integralności stoją bowiem wspomniane, niewybieralne gremia. Jak łatwo zauważyć, w takim mechanizmie – demokratyczno-liberalnym – „liberalna” (czyli mówiąc wprost – lewacka) mniejszość ulokowana w kluczowych punktach rządzi większością, niezależne od tego, kogo owa większość – demos – sobie wybierze w urnach. Konsekwencją jest rytualizacja procesu demokratycznego z wyborami na czele. Można wybrać partię „X” lub „Y” – a system pozostanie nienaruszony.
Widzimy tu pewne analogie do innej przymiotnikowej demokracji – czyli demokracji ludowej, w której również mniejszość (komunistyczna) rządziła większością, prowadząc ją ku świetlanej przyszłości. Demokracja liberalna różni się od niej w zasadzie jedynie bardziej oględnym stosowaniem aparatu przymusu. W obu przypadkach jednak chodzi o to samo – realizację jakiejś docelowej utopii, w wymiarze doraźnym zaś – by niezależnie od poglądów dominujących w społeczeństwie rządzili usadowieni w newralgicznych miejscach lewaccy „liberałowie”. To są właśnie owe słynne „bezpieczniki demokracji”, o których tak gardłują zwolennicy i beneficjenci obozu III RP przerażeni wizją „rozmontowywania” owych „bezpieczników” przez obecny rząd PiS. Nominalnie te rzekome „bezpieczniki” mają chronić obywateli przed samowolą władzy – ale to jedynie wspomniane na wstępie kamuflujące istotę rzeczy hasła i slogany. Prawdziwą funkcją owych „bezpieczników” jest pilnowanie integralności zadekretowanego systemu.

3. Bezpieczniki systemu


Taką rolę przeznaczono Trybunałowi Konstytucyjnemu władnemu unieważnić każdą ustawę idącą nie po linii – choćby miała ona poparcie przygniatającej społecznej większości. Podobną funkcję – przekraczającą nieraz granice prawotwórstwa – pełnić miała generalnie władza sądownicza z Sądem Najwyższym na czele. Nie jest to bynajmniej jedynie polska przypadłość. Podobnie rzecz się ma np. w Stanach Zjednoczonych – tamtejszy Sąd Najwyższy pokazał nieraz, że na gruncie tej samej konstytucji zdolny jest wyinterpretować skrajnie różne orzeczenia, w zależności od polityczno-ideowych afiliacji składu sędziowskiego.
Te oficjalnie wmontowane w strukturę państwa instytucje to jednak dalece nie wszystko. Kolejnym ogniwem są rozmaite „NGO-sy”, czyli organizacje pozarządowe. Formalnie niezależne, w praktyce – będące częścią demoliberalnego mechanizmu. Utrzymywane z grantów publicznych i prywatnych wywierają permanentny nacisk na władzę, której nie sprzyjają, zaś wspierają tę, która realizuje ich ideologiczną agendę. Często sponsorowane są ze źródeł zagranicznych, międzynarodowych instytucji, przy czym struktura przepływu pieniędzy między skomplikowaną siatką różnych organizacji jest tak rozbudowana (fundacje wspierają inne fundacje, te z kolei następne, a niekiedy jeszcze sponsorują się „krzyżowo”), że często nie sposób dociec pierwotnego sponsora. Przykładem jest siatka instytucji George’a Sorosa, ale też system grantów otrzymywanych przez nasze „NGO-sy” podwieszone pod fundacje afiliowane przy niemieckich partiach politycznych, a więc – sponsorowane przez państwo niemieckie. Tak dokarmiane „bezpieczniki” wywierające bałamutny wpływ na opinię publiczną pod pretekstem obrony różnych swobód obywatelskich i „mniejszości” stają się de facto agenturą wpływu wspierającą demoliberalne status quo lub w wypadku zagrożenia – dążące do obalenia niewygodnej władzy, co właśnie obserwujemy na własnym podwórku.
Z powyższym współgra społeczna rola środowisk akademickich – również często skorumpowanych „grantozą”. Weźmy postępowanie władz Uniwersytetu Wrocławskiego, które na życzenie niemieckiego konsula pogwałciły autonomię własnej uczelni, wzywając policję na protestujących przeciw wykładowi Zygmunta Baumana – a wszystko podczas imprezy zorganizowanej przez polskich utrzymanków działającej przy SPD Fundacji im. Friedricha Eberta. Na to wszystko nakłada się jazgot medialnego mainstreamu z obowiązującym „korytarzem opinii”, żyjącego w symbiozie ze sprzedajnymi „elitami” oraz wielkim biznesem, dla którego skorumpowany demoliberalizm jest wymarzonym środowiskiem osiągania gigantycznych, niekontrolowanych zysków.
Skoro już o tym mowa – nie sposób pominąć banksterskiej międzynarodówki, która po cichu wyjęła z rąk państw narodowych prawo do kreacji pieniądza i która również pozostaje w ścisłym sojuszu z demoliberałami, czego znów przykładem jest George Soros – wysłannik globalnej finansjery oznajmiający raz na jakiś czas, jak ma być – czyli jakie są oczekiwania jego mocodawców.
Takie są, w telegraficznym skrócie, wzajemnie przenikające się i uzupełniające kluczowe „bezpieczniki” systemu powodujące, że każda władza pragnąca realnych zmian z miejsca zaczyna szamotać się w gęstym kisielu i koniec końców – z reguły tonie.

4. Oddać ludziom republikę


Podsumowując – owszem, nasi przeciwnicy mają rację – naszym celem jest obalenie tego pokracznego tworu zwanego „demokracją liberalną”, będącego w swej istocie „demokraturą” liberałów. I nie dajmy sobie wmówić, że konsekwencją będzie jakiś autorytaryzm. Nie – celem jest oddanie rzeczywistej władzy nominalnemu suwerenowi – narodowi. Należy wyrwać władzę z rąk samozwańczych „elit” wygodnie rozlokowanych w „niezależnych” strukturach i uzurpujących sobie prawo do kierowania państwem i społeczeństwem niezależnie od jego woli. Tamci to wiedzą i tego się boją – stąd te histerie i wezwania, „żeby było tak, jak było”. Bowiem pod płaszczykiem demokratycznych frazesów oni tak naprawdę demosem gardzą, przepełnia ich ojkofobiczna nienawiść do współobywateli – opisany powyżej system demoliberalny to nic innego jak narzędzie do trzymania w ryzach tubylczego „motłochu”. My zaś chcemy, by republika stała się na powrót republiką, a nie tak jak dziś – oligarchią z demokratyczną fasadą sprowadzającą się do pustych procedur. Tylko tyle i aż tyle.


© Piotr Lewandowski
6 października 2016
źródło publikacji: „O co walczymy? O prawdziwą republikę, a nie oligarchię z demokratyczną fasadą! I uda się to osiągnąć!”
www.polskaniepodlegla.pl






Ilustracja © pixabay.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2