WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

17 września? Nie ma takiej daty!

Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się, co się stało 17 września 1939 roku. Dzieci z inteligenckich i ziemiańskich rodzin zapewne wiedziały dużo wcześniej, ale nie była to wiedza, którą się dzieliły na podwórkach i na długich przerwach. Liceum kończyłem na przełomie, 1989 i 1990 roku i prawdopodobnie dopiero wówczas poznałem historię tak skrzętnie ukrywaną przez lata. Na swój sposób jest to fascynujące zjawisko, o ile za komuny słyszało się o Armii Krajowej, Piłsudskim, nawet Katyniu, oczywiście w wersji niemieckiej, to 17 września po prostu nie istniał.
Jakim cudem udało się komunie wymazać z pamięci tak istotny fakt historyczny? Zawsze tak jest, że próba zacierania pamięci spotyka się z ostrym sprzeciwem, jeśli nie zewnętrznym, to przynajmniej wewnętrznym.
W przypadku porozumienia Stalina z Hitlerem w sprawie IV rozbioru Polski, na pół wieku cała wiedza została zamrożona. Pozornie w RP III sytuacja nieco się zmieniła, bo też trudno sobie wyobrazić utrzymanie stanu z PRL. Pozory zmiany polegają na tym, że o 17 września można mówić ile się chce i w dodatku można mówić cała prawdę, ale do czasu. Za 17 września nikogo się z „salonu” nie wyrzuca, wydaje się nawet, że takie „dziwactwo” uchodzi za coś w rodzaju historycznej bohemy. Istnieją towarzysze, którzy się bawią w oryginalne historyczne wywody, ale to dobrzy towarzysze, tacy artyści niepokorni. Podobnie wygląda to wśród „prostego ludu”. Moja rodzina pochodzi zza Buga i wszystkie opowieści Dziadków dotyczyły głownie Ukraińców banderowców albo Niemców.

Krótkiego okresu najazdu Armii Czerwonej na wschodnie ziemie polskie Dziadkowie nie wspominali dramatycznie. Nie mówiło się o żadnych czystkach, gwałtach, masowych egzekucjach. Dziadek jedynie wspominał, że zaczęli kołchozy organizować, ale szło to opornie i zaraz się skończyło, bo Niemcy weszli i wraz z Ukraińcami urządzili Polakom piekło. Udało się komunie zatrzeć ludzką pamięć przede wszystkim dlatego, że na początku II Wojny Światowej bolszewicy nie dopuścili się takiego okrucieństwa i masowych zbrodni, jakie były udziałem Niemców i Ukraińców. Dość prosto się to tłumaczy psychologicznie, trauma wśród Polaków ze wschodu ma zupełnie inne, niż bolszewickie podłoże, bo bolszewizmu praktycznie do 1945 roku Polacy nie doświadczyli. Wszystko się zmienia po 1944 roku i trwa, aż do dziś. W trakcie „wyzwalania” Polski Armia Czerwona zapisała się w pamięci Polaków niemniej boleśnie niż banderowcy i niemieccy okupanci. O „bandytach z lasu” w przeciwieństwie do 17 września słyszałem od dziecka i nie była to inwektywa skierowana w stronę byłych żołnierzy podziemnej armii, ale ściśle kryminalne określenie. Mówiło się wprost, że ci z lasu to bandy zajmujące się kradzieżami, morderstwami, napadami itd. Normalni, najzwyklejsi w świecie bandyci, żadni byli żołnierze, którzy walczą z bolszewikami.

Obowiązywała też dobrze znana narracja, gdy naród ciężko pracuje, odgruzowując stolicę i walcząc z analfabetyzmem, a władza ludowa montuje druty z prądem dla każdej chałupy, bandyci grabią i niszczą. Bardzo szybko przerobiono jeszcze jedną kwestię, otóż Armia Radziecka stała się bohaterską wyzwolicielką, natomiast ruscy marszałkowie mieli zaprowadzić w Polsce porządek i sprawiedliwość. Zaangażowano miliony Polaków w tę propagandę i jej skutki dotykają nas nieustannie. Próba strącenia pomników bolszewickich spotyka się z oporem nie tylko wielopokoleniowych aparatczyków. Gdyby się przejść po mojej wsi i miasteczku, gdzie się wychowałem, lekko licząc 40 mieszkańców, zwłaszcza starszych, odpowiedziałby, że pomniki ruskich bandytów im nie przeszkadzają. Na salonach też się nikt nie utrzyma, jeśli będzie żarliwie mówił o zbrodniach komunizmu, w czasie PRL. Nie znajdzie uznania żaden krytyk wielkiej ofiary krwi, jaką na ołtarzu wyzwolenia ziem polskich, złożył żołnierz radziecki. Mentalnie po ruskim butem żyje jeszcze wielu Polaków i niekoniecznie są to ludzie związani ideowo z lewicą.

Pranie mózgów było tak wielkie, że niejedna przewodnicząca kółka różańcowego spokojnie zapaliłby znicz na cmentarzu radzieckim i zadumała się niczym „mistrz” Wajda. Wniosek? Między bajki można włożyć wszystkie patenty o obiektywnym przedstawianiu historii. Takie pomysły podsuwają ignoranci lub sabotażyści. Historia w odbiorze masowym musi służyć podtrzymywaniu wspólnoty, musi służyć narodowi. Obiektywne postrzeganie historii to zajęcie dla zawodowców, oni mogą i powinni się do woli pasjonować didaskaliami, ale do narodu powinien iść prosty komunikat. Jak prosty? Dokładnie tak prosty jak krążące wśród ludu legendy o tym, że Armia Radziecka wyzwoliła. Na szczęście w tej materii dzieje się naprawdę dużo i to dużo dobrego. Dwie polskie, nie bolszewickie legendy, trafiają pod strzechy, jedna to Powstanie Warszawskie, druga Żołnierze Niezłomni. Cała panika, wściekłość i determinacja salonów, bierze się włącznie z tego, że ich propagandowe bujdy gniją i dogorywają, a polskie legendy zaczynają kwitnąć.


© MatkaKurka
17 września 2016
źródło publikacji: „17 września? Nie ma takiej daty! O budowaniu historii dla narodu”
www.kontrowersje.net





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz