WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Lider (nie)bezpieczeństwa

Bycie „liderem rankingu zaufania” to w III RP mocno wątpliwy zaszczyt. Doskonale pamiętamy, że poprzedni lokator Belwederu przez cztery lata wiódł prym wśród polityków obdarzonych największym zaufaniem publicznym, wygrywał we wszelkich rankingach, a nawet zdobywał sympatię rzeszy wyborców PiS. Wówczas ta „norma sondażowa” była trafnie odbierana jako projekcja ordynarnej propagandy i traktowana z należytą nieufnością. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w wytwory tzw. sondażowni i mogły one poruszać jedynie ludzi o mocno ograniczonych horyzontach.
Ponieważ nie uzyskamy odpowiedzi na tendencyjne pytanie – co w języku układu III RP oznacza postawienie prezydenta Dudy na czele tego samego rankingu, nie będę zamęczał czytelników dywagacjami na ten temat. Takiego „przywileju” nigdy nie dostąpił prezydent Lech Kaczyński, ale nie jestem zaskoczony, że udzielono go Andrzejowi Dudzie. Cieszyłbym się nawet, gdyby tylko ta cecha przypominała o pewnych podobieństwach obecnej prezydentury do kadencji B. Komorowskiego.

Niestety, analogie sięgają głębiej i dotyczą obszaru wyjątkowo istotnego ze względu na bezpieczeństwo narodowe.
Można bowiem dostrzec, że poglądy pana Andrzeja Dudy na kwestie zagrożenia rosyjskiego, wykazują niepokojącą analogię z ocenami poprzedniego lokatora Belwederu. Oczywiście, byłoby przesadą zestawianie kilku wypowiedzi polityka PiS z wielowątkową, prorosyjską polityką Komorowskiego, jednak nie sposób nie dostrzec, że pan prezydent formułuje oceny tyleż fałszywe, jak groźne.
„Absolutnie nie uważam, aby Rosja była naszym wrogiem Nigdy takie słowo nie padło z moich ust ani żadnego odpowiedzialnego polityka w Polsce, aby Rosja była naszym nieprzyjacielem czy wrogiem” – oświadczył A. Duda podczas wizyty w Danii. „Rosja jest przede wszystkim sąsiadem (…) jest partnerem specyficznym”.
Nazwanie tej wypowiedzi nieprzemyślaną, byłoby eufemizmem. Tymi kilkoma słowami, pan prezydent sprawił ogromny prezent Rosjanom oraz naszym „przyjaciołom” z Niemiec i Francji, którzy nie tylko nie widzą potrzeby wzmacniania wschodniej flanki NATO ani instalowania tu stałych baz wojskowych, ale nasze obawy przed atakiem rosyjskim uznają za przesadne i wynikające z „polskiej rusofobii”. Jeśli zestawimy je z inną wypowiedzią prezydenta, w której opowiedział się za prowadzeniem „dialogu z Moskwą” i zapewniał, że „nie zamierzamy izolować Rosji”, otrzymujemy wizję relacji bliską wypowiedziom B. Komorowskiego. Tenże bowiem szczególnie zabiegał o „prowadzenie dialogu” i „zbliżenie stanowisk” Rosja – NATO, a w listopadzie 2010 roku podczas szczytu NATO w Lizbonie największą troska Komorowskiego dotyczyła „ szukania sposobu na współpracę z Rosją, bo to jest w interesie sojuszu jako całości i w interesie Polski”.
Gdy prezydent Duda dobitnie oświadcza – „absolutnie nie uważam, aby Rosja była naszym wrogiem”, czy mógłby nie zgodzić się z opinią swojego poprzednika, który w obliczu zagrożenia rosyjskiego perorował – „Nie ma żadnych powodów, by tworzyć klimat bezpośredniego zagrożenia Polski, i to jeszcze militarnego”?
Cieszyłaby mnie odwaga pana Dudy, który odwiecznego agresora uważa za partnera, gdyby słowa te nie padły w przededniu szczytu NATO. Szczytu, który ma zdecydować o realnych gwarancjach naszego bezpieczeństwa. Ten kontekst nakazuje stawiać pytania o intencje pana prezydenta i jego kompetencje polityczne.
Bo skoro polski prezydent publicznie składa taką deklarację, mówi tym samym, że nie odczuwamy dziś obaw przed Rosją i nie uważamy, by państwo Putina miało wobec nas wrogie zamiary. Zanegowanie pojęcia wroga ma istotne konsekwencje. Pojawia się pytanie - jeśli Rosja nie jest naszym wrogiem, lecz „sąsiadem i partnerem” (acz specyficznym), po co Polsce silne gwarancje państw natowskich i rozbudowa infrastruktury militarnej? Jeśli prezydent III RP nie dostrzega zagrożenia ze strony tego „specyficznego sąsiada”, jak przekonać przywódców Zachodu do wzmocnienia flanki wschodniej i czym wytłumaczyć nasze obawy?
Pytanie jest tym bardziej zasadne, że w kontekście omawiania różnych zagrożeń, prezydent Duda, wzorem swojego poprzednika, starannie unika wymieniania nazwy Rosja i wskazywania tego państwa jako agresora.
W prawie karnym istnieje zasada, że o groźbie karalnej możemy mówić tylko wówczas, „jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona”. Stosując tę regułę na gruncie polityki, można powiedzieć, że o zagrożeniu militarnym powiemy tylko wtedy, gdy ktoś dostrzega wrogie działania innego państwa, traktuje to państwo jako potencjalnego napastnika i obawia się ataku z jego strony.
Tymczasem prezydent Duda próbuje wykazać, że obawy o bezpieczeństwo Polski nie są ani poważne ani racjonalne, zaś w relacjach polsko-rosyjskich nie ma mowy o wrogich działaniach Moskwy.
Przywódcy Zachodu, szczególnie zatroskani o „dobre kontakty” z Putinem i „nieizolowanie Rosji na arenie międzynarodowej” – otrzymali wyśmienity argument na rzecz „niedrażnienia Rosji” i ograniczenia ekspansji NATO. Otrzymali też potwierdzenie, że Rosja nie stosuje „groźby karalnej”, ponieważ sam zagrożony nie widzi w niej wroga i nie odczuwa zagrożenia.
W moim odczuciu, były to słowa skandaliczne i głęboko sprzeczne z polską racją stanu.
Nie interesuje mnie dbałość pana prezydenta o zasady poprawności politycznej ani fałszywe, „georealistyczne” poglądy jego doradców. Prezydent Polski nie ma prawa zaprzeczać faktom ani relatywizować zagrożeń. Nie wiem, kto i jak uczył pana Dudę historii, ale powinien on wiedzieć, że wypowiada się o państwie (narodzie), którego przedstawiciele wymordowali miliony naszych rodaków, uczestniczyli w rozpętaniu II wojny światowej i przez półwiecze okupowali mój kraj. Mówi o państwie, które podstępnie zaatakowało Gruzję i Ukrainę i od lat prowadzi politykę nacechowaną ekspansją militarną. Mówi o społeczeństwie, które Polaków uważa za jednego z trzech głównych wrogów. O kraju, którego intencje doskonale ocenił prezydent Lech Kaczyński w roku 2008, gdy mówił w Tbilisi - „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”
Jeśli to nie jest wróg Polski – to kto nim, na Boga, jest ?!
Podczas pobytu w Danii, pan prezydent zechciał również wygłosić wykład na temat bezpieczeństwa europejskiego. Usłyszeliśmy metaforę, która miała zobrazować, jak Andrzej Duda rozumie stosowanie metody odstraszania wobec Rosji.
„To jest tak, jak w nocy, w ciemnej ulicy, w niezbyt bezpiecznej części miasta, kiedy wracasz z imprezy do domu i widzisz, że z boku stoi grupka ludzi, którzy czują się panami ulicy i być może są niebezpieczni i będą chcieli pokazać, kto tutaj rządzi. Być może będą ci chcieli zabrać portfel lub zegarek. Masz dwa wyjścia jeśli chcesz uniknąć strat. Albo uciekniesz, odwrócisz się po prostu i zrezygnujesz z przejścia, albo musisz iść bardzo twardym krokiem, wysportowany, wyprężony, odważny, gotowy w każdej chwili do ewentualnego odparcia ataku. To powoduje efekt psychologiczny po drugiej stronie. Jeśli taka grupa widzi, że ktoś idzie twardym krokiem, dwa razy się zastanowią zanim go zaatakują, bo nie wiedzą z kim mają do czynienia. Może ten człowiek ma broń, a może jest specjalistą w zakresie sztuk walki, a może jest żołnierzem sił specjalnych i to spotkanie może się potencjalnie źle dla nich skończyć. I to jest właśnie to, co nazywamy odstraszaniem.”
Otóż nie, panie prezydencie, to nie jest postawa odstraszania lecz objaw skrajnej głupoty i ignorancji.
Domyślam się, że ktoś musiał podpowiedzieć panu prezydentowi tę bałamutną przenośnię, a ponieważ pan Duda nie ma głębszej wiedzy o świecie, powtórzył ją w odniesieniu do Rosji.
Nie trzeba doświadczenia eksperckiego, by zrozumieć, że nie na tym polega „metoda odstraszania”. Wchodzenie w ciemną ulicę i paradowanie obok „grupy niebezpiecznych osób” będąc uzbrojonym jedynie w tęgą minę i nadzieję na procesy myślowe osiłków, jest bowiem aktem głupoty.
Tylko wówczas, gdy ów wędrowiec rzeczywiście (podkreślam) posiada broń, zna sztuki walki lub jest dobrze wyszkolonym żołnierzem sił specjalnych, ma prawo paradować obok potencjalnych napastników. Choć i tak ryzykuje więcej, niż gdyby wcześniej przystąpił do ataku i zlikwidował zagrożenie przy pomocy własnej grupy i środków.
„Metodą odstraszania” byłoby przystąpienie Polski do programu Nuclear Sharing (dlatego wzmianka o takim kroku wywołała jazgot ruskiej agentury), pakt militarny ze Stanami Zjednoczonymi, zawarty ponad głowami eurołajdaków, zainstalowanie wszystkich elementów tarczy antyrakietowej lub obecność kilku dywizji amerykańskich. O tym jednak pan prezydent nigdy nie wspomniał.
„Twardy krok” i liczenie na „efekt psychologiczny”, to zdecydowanie za mało. Podobnie, jak „dobrze przygotowane, wyćwiczone wojsko i odpowiednia infrastruktura militarna” – jak A.Duda określił parametry „metody odstraszania”. Wprawdzie prezydent chętnie dywaguje o „twardej, nieugiętej postawie gotowości do odparcia ewentualnego ataku” – to w jego ocenach i działaniach nie znajduję ani twardości ani nieugiętości.
Człowiek, który nie znalazł się w sytuacji opisanej w prezydenckiej metaforze, może nie wiedzieć, że odstrasza tylko realna siła, a nie jej kiepska imitacja. O tym jednak powinien wiedzieć polityk, który zostaje prezydentem. Takimi metaforami, pan Duda może wywołać rechot na Kremlu i wzbudzić wesołość znawców tematu, ale powinny one zmrozić naszych rodaków i zmusić ich do refleksji.
Poglądy pana prezydenta na sprawy bezpieczeństwa, są co najmniej specyficzne. Nie ma znaczenia, czy wynikają z niekompetencji i braku doświadczenia młodego polityka, czy też zostały podpowiedziane przez złych doradców. Oceny te warto skonfrontować z wypowiedziami ludzi, którym nie brakuje doświadczenia i solidnej wiedzy o świecie:
„Rosja jest dzisiaj największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa świata. Żadne państwo w historii ostatnich kilkudziesięciu lat tak nie podważyło ładu światowego, jak Rosja, atakując najpierw Gruzję, a później Ukrainę. I stale okupując terytorium niepodległego państwa, otwarcie wskazując, że nie chce akceptować niepodległości tego państwa i jego suwerenności. (…) - Tak długo, jak długo trwa ta okupacja, jak długo wybitni przywódcy rosyjscy będą sobie pozwalali na sformułowania, że Warszawa jest na ich celowniku, tak długo Polacy będą uważali, że to jest zagrożenie dla ładu i bezpieczeństwa europejskiego i światowego” – stwierdził niedawno Antonii Macierewicz.
„Podstawą strategii NATO w Europie musi być uznanie, że Rosja stanowi egzystencjalne zagrożenie dla USA, ich sojuszników i międzynarodowego porządku. Kreml szanuje tylko siłę, a słabość i brak czujności u innych traktuje jako okazję do wykorzystania, więc USA i NATO muszą utrzymać twarde stanowisko, zwłaszcza wobec haniebnych i wymuszających prób podejmowanych przez Rosję, by państwom na swoich obrzeżach uniemożliwić zbliżenie z UE i NATO” – napisał generał Philip Breedlove, który do maja br. dowodził w Europie siłami NATO i USA.
Na tle tych i wielu innych głosów rozsądku, oceny głoszone przez prezydenta Dudę przypominają naiwne bajdurzenia i nie mają cienia oparcia w rzeczywistości. Jeśli nawet fanatyczni objaśniacze intencji pana prezydenta chcieliby dywagować o wymogach języka dyplomacji lub wskazywać, co „wypada” lub „nie wypada” mówić prezydentowi, trudno nie zauważyć, że taki relatywizm i miałkość nie służą polskim interesom. Szczególnie, gdy rozstrzygają się sprawy fundamentalne dla naszego bezpieczeństwa, a sojusznicy Rosji chcą nas pozbawić prawa do gwarancji natowskich.
Dlatego byłoby lepiej dla nas i dla pana prezydenta, gdyby do czasu szczytu NATO nie wypowiadał się na temat rosyjskiego zagrożenia i nie raczył słuchaczy barwnymi metaforami.
Może to jedyny sposób, by nie zaprzepaścić szans wypracowanych przez szefa MON i wesprzeć resort, który, jako jedyny wykonuje robotę na rzecz naszego bezpieczeństwa.
Przez miniony rok ośrodek prezydencki nie przywiązywał wagi do spraw bezpieczeństwa narodowego, nie podjęto tam żadnych prac ani inicjatyw. BBN nadal jest skansenem późnej „komorowszczyzny”, a „doktryna Komorowskiego” obowiązującą strategią.
Pytania - ile pan prezydent zgłosił projektów ustaw służących bezpieczeństwu Polaków, ile pracy poświęcili jego eksperci planom rozwoju i modernizacji Sił Zbrojnych lub doktrynie bezpieczeństwa narodowego - pozostaną bez odpowiedzi.
Domyślam się, że obecna aktywność pana prezydenta ma inne przyczyny i śmiem przypuszczać, że każdy efekt szczytu NATO zostanie okrzyknięty przez „wolne media” wielkim sukcesem Andrzeja Dudy i będzie propagandowo eksploatowany na rzecz ośrodka prezydenckiego. To jedyna wartość, jaką docenia ten ośrodek.
Stanie się to tym łatwiej, że tematyka zagrożeń jest całkowicie obojętna znakomitej większości naszych rodaków i w tych kwestiach zadawala ich partyjna demagogia i najtańszy blichtr.


© Aleksander Ścios
bezdekretu@gmail.com
20 czerwca 2016
www.bezdekretu.blogspot.com




Ilustracja © Michał Józefaciuk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz