WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Nieprzyczajony tygrys, nieukryty smok

Na obecnym etapie ciężko wyrokować, czy ChRL zdecyduje się na toczenie wojen zastępczych. Na razie skuteczniejsze i tańsze okazują się zachęty gospodarcze i działania niejawne, z cyberatakami na czele.
Flota USA na Morzu Południowochińskim
      Z pozoru lokalny spór, o rozsiane po Morzu Południowochińskim archipelagi, stał się w ostatnim czasie głównym problemem w stosunkach międzynarodowych w Azji, angażującym także coraz mocniej państwa spoza regionu. Tym samym Azja Południowo-Wschodnia odzyskała opinię regionu targanego konfliktami, oraz zdobyła większą uwagę mediów.

Głównymi uczestnikami sporu były początkowo głównie Chińska Republika Ludowa oraz Republika Chińska (Tajwan), Wietnam, Filipiny, Malezja i Brunei, z biegiem czasu włączyły się do niego jednak także Indonezja, Japonia, Australia i Stany Zjednoczone, a pośrednio także Indie, Wielka Brytania, Rosja i Nowa Zelandia.
Przedmiotem sporu są setki małych wysepek, skał i raf, tworzących Wyspy Paracelskie (chiń. Xisha), Spratly (chiń. Nansha), Pratas orał Ławicę Scarborough. Dążenie do kontroli nad obiektami, które często nawet nie wystają ponad powierzchnię wody, i powoływanie się przy tym na wielowiekowe pretensje, wydaje się mało poważne. Przyczyny sporu są jednak jak najbardziej poważne.

Chińskie uderzenie w amerykański ład

      Pod dnem morskim znajdują się niezbadane jeszcze złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, oceniane, według najśmielszych szacunków, na ustępujące jedynie Zatoce Perskiej. Ponadto, przez wody Morza Południowochińskiego przebiega jeden z najbardziej uczęszczanych szlaków morskich świata, a łączna wartość handlu morskiego na tym akwenie wynosi już pięć bilionów dolarów. Tamtędy przebiegają szlaki łączące Chiny i Japonię z Bliskim Wschodem, Afryką i Europą. Nic dziwnego zatem, że Chińczycy starają się uzyskać jak największą kontrolę nad akwenem. Zaowocowałaby ona jednak dominacją Chin w Azji Południowo-Wschodniej i poważnym wzmocnieniem ich pozycji na całym zachodnim Pacyfiku. Państwa regionu nie są zainteresowane chińską hegemonią, nie jest ona także w smak Stanom Zjednoczonym i pozostałym mocarstwom.

Państwa regionu przypomniały sobie o wyspach w latach 60., aczkolwiek podstawę chińskich roszczeń obejmujących, w zależności od czasu 80-90% powierzchni akwenu, stanowi linia demarkacyjna, tzw. „9 dashed line”, wytyczona jeszcze w latach 30. przez rząd Czang Kaj-szeka. Od tamtej pory spór raz przybierał, raz tracił na sile. Dochodziło nawet do starć zbrojnych, jak w 1974 roku, kiedy doszło do bitwy o Wyspy Paracelskie między ChRL a Wietnamem Południowym, czy w 1988 roku, gdy okręty wietnamskie i chińskie starły się u brzegów Johnson South Reef. Obie próby sił wygrali Chińczycy, jednak z różnych względów nie mogli w tym czasie pójść za ciosem i rozstrzygnąć sporu na swoją korzyść. Mniejsze państwa wykorzystały sprzyjającą sytuację i wzmocniły własną pozycję. W latach 80. i 90. na niemal wszystkich nadających się pod zabudowę wyspach powstały posterunki obserwacyjne, a nawet nieduże forty. Malezyjczycy wybudowali na jednej z wysp lotnisko, zdolne do obsługi transportowych samolotów C-130 Hercules. Z większych wysp Chińczykom pozostała jedynie Yongxing, stanowiąca część Wysp Paracelskich, z liczącą kilkuset mieszkańców wioską Sansha. Według ostatnich wyliczeń Wietnam kontroluje 48 wysepek, Chiny i Filipiny po 8, Malezja 5, a Tajwan 1 (za to najsilniej umocnioną).

Niepożądana militaryzacja

      W zaistniałej sytuacji Chiny musiały uciec się do innych sposobów dochodzenia swoich roszczeń. Przybrały one formę najpierw naruszania wód, uznawanych przez innych uczestników sporu za swoje terytorialne przez chińskich rybaków, którzy na całym świecie są znani z nieprzestrzegania podziału na wody międzynarodowe, terytorialne i wyłączne strefy ekonomiczne, co prowadzi do częstych starć ze strażami wybrzeża innych państw. Na Morzu Południowochińskim doprowadziło to do przydzielenia im ochrony chińskiej straży wybrzeża i prawdziwych bitew na armatki wodne z jednostkami innych państw.
Analogiczne działania można było obserwować na Morzu Wschodniochińskim, w okresie nacjonalizacji przez Japonię spornych Wysp Senkaku. Działania te przyniosły efekt w postaci zwrócenia się Wietnamu o pomoc do USA, a w ostatnich miesiącach także poważnego zrażenia Indonezji, która dotychczas zachowywała neutralność w sporze.

Pierwsza chińska platforma wiertnicza
Kolejnymi działaniami było ustanowienie na spornych obszarach prefektury w czerwcu 2012 roku. Dwa lata później na wodach, do których pretensje rości sobie Wietnam, pojawiła się chińska platforma wiertnicza HYSY 981. Powodem mogła być chęć zastraszenia państw regionu, lub skompromitowania USA, intensywnie już wówczas dążących do zbliżenia z Wietnamem. Władze w Hanoi zachowały jednak zimną krew i kontratakowały w zaskakujący, i bardzo nieprzyjemny dla Pekinu, sposób. Już na pierwszych wietnamskich jednostkach, skierowanych w rejon platformy, znaleźli się dziennikarze, dokumentujący poczynania chińskich patrolowców, a w sieci zaczęły pojawiać się filmy i liczne zdjęcia z kolejnych incydentów. Tym samym Wietnam skutecznie wykorzystał masowe media do nagłośnienia sprawy w skali globalnej, rozpropagowania swojego punktu widzenia oraz przedstawienia Chin, jako złego mocarstwa, gnębiącego mniejszych i słabszych sąsiadów. Było to mocne uderzenie w lansowany przez Xi Jinpinga obraz ChRL, jako pokojowego mocarstwa. Kampania medialna zapewne nie była jedynym czynnikiem, który skłonił Pekin do wycofania się z akcji. Faktem pozostaje, że HYSY 981 została wycofana w połowie lipca, miesiąc przed zapowiadanym terminem.

      Rychło jednak okazało się, że platforma wiertnicza służyła przede wszystkim odwróceniu uwagi od dużo bardziej niekonwencjonalnego i ambitnego projektu. W sytuacji, w której wszystkie większe wyspy są już zajęte, Chiny postanowiły zbudować nowe.
Nie była to bynajmniej nowość, inni uczestnicy sporu również „poprawiali” zajmowane wysepki, pozostaje jednak kwestia skali. Chińskie prace nad sztucznymi wyspami charakteryzują się olbrzymim rozmachem. Na trzech spośród 5 lub 6 już ukończonych wysp powstają lotniska (jedno już ukończone), zdolne do przyjmowania dowolnych typów samolotów wojskowych i cywilnych. Zaobserwowano także prace nad głębokowodnymi portami i siecią stanowisk radarów. Działania militaryzacyjne koncentrują się wokół Woody Island, jednej z Wysp Paracelskich. W połowie lutego zaobserwowano tam 2 baterie systemu przeciwlotniczego dalekiego zasięgu HQ-9, kilka dni później myśliwce J-11 i JH-7. W marcu pojawiły się wyrzutnie pocisków przeciwokrętowych YJ-62, a według Pentagonu na wyspie stacjonuje 16 myśliwców J-11. W odpowiedzi na krytykę ze strony państw regionu i USA, Chiny stwierdziły, że na wyspach instalowane są jedynie systemy obronne, czego nie można uznać za militaryzację regionu. W lutym, podczas wizyty w Waszyngtonie, prezydent ChRL Xi Jinping zadeklarował, że Pekin jest przeciwny militaryzacji Morza Południowochińskiego. Po raz kolejny Pekin i Waszyngton okazały się mieć odmienne rozumienie różnych pojęć. HQ-9 nie można odmówić bycia systemem defensywnym, jednak zasięg rakiet (300 km) w panującej na Morzu Południowochińskim sytuacji musi budzić niepokój.

      Wybór Woody Island nie był przypadkowy; wyspa jest położona w archipelagu Paracelskim, do którego pretensje oprócz ChRL zgłaszają jedynie Tajwan i Wietnam. Tym samym rozmieszczenie systemu przeciwlotniczego dalekiego zasięgu ma mniejszy ciężar gatunkowy, niż gdyby zrobiono to na Wyspach Spratly. Sama wyspa została zajęta przez Chiny jeszcze w roku 1956, od lat istniał tam port, a już w 1990 roku powstało lotnisko. Wyspy Paracelskie mają dla ChRL o tyle duże znaczenie, że umożliwiają osłonę Hajnanu, gdzie znajduje się baza atomowych okrętów. Południowe wybrzeże od lat jest uważane za „miękkie podbrzusze” Chin i dowództwo Chińskiej Armii Ludowej jest zdeterminowane zmienić ten stan. Równie duży niepokój budzą wspomniane wyżej stacje radarowe. To oznacza już poważne przygotowania Chin, do co najmniej monitoringu ruchu powietrznego w regionie, a powszechnie jest przyjmowane, że jest to wstęp do ustanowienia strefy identyfikacji obrony powietrznej (ADIZ) na Morzu Południowochińskim.

Wątpliwi partnerzy

      Stany Zjednoczone wpadły jedynie na dwa pomysły, jak skontrować chińskie działania.
Chiny chcą Morze Południowochińskie dla siebie
(kliknij w obrazek po większy)
Pierwszym, pozornie łatwiejszym, było zbieranie w większy sojusz państw regionu skonfliktowanych z Chinami, drugim przeprowadzanie tzw. operacji swobody żeglugi (FONOP). Pierwsza z nich miała miejsce w połowie ubiegłego roku. Powtarzane, co kilka miesięcy, rejsy okrętów i przeloty samolotów nad obszarami zajmowanymi przez Chiny nie przyniosły wyraźnego rezultatu, chyba, że za taki uznać rozbudowę chińskiego zaplecza militarnego. Wizyta sekretarza obrony Asha Cartera, na lotniskowcu USS John C. Stennis, w trakcie rejsu okrętu przez Morze Południowochińskie, miała jednakże bez wątpienia swój ciężar gatunkowy. Również amerykańska ofensywa dyplomatyczna nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Skonfliktowane z Chinami Japonia i Wietnam chętnie zgodziły się na współpracę, o wiele trudniej było skłonić do tego Koreą Południową. Do prowizorycznego sojuszu udało się włączyć jeszcze Wielką Brytanię, Australię i Nową Zelandię. Duże nadzieje wiązano w Waszyngtonie z Indiami, największym rywalem Chin w Azji.
Okazało się jednak, że Nowe Delhi chętnie przyjmie wsparcie USA w swoich rozgrywkach z Pekinem, ale zamierza je prowadzić na własnych warunkach.

      Szczyt USA-ASEAN, który odbył się w lutym w Sunnylands w Kalifornii, wyraźnie ukazał panujące w Azji Południowo-Wschodniej tendencje. Zgodnie z przewidywaniami Kambodża i Laos pozostały w orbicie chińskich wpływów, a co gorsza, w deklaracji końcowej zabrakło jakiegokolwiek odniesienia do Chin i kwestii Morza Południowochińskiego. Przywódcy ASEAN byli dużo bardziej zainteresowani sprawami gospodarczymi. Singapur, Indonezja i Tajlandia dążą do lepszej koordynacji gospodarczego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w regionie. Spośród dziesięciu członków ASEAN, czterech (Brunei, Malezja, Singapur i Wietnam) jest już członkami TPP, a kolejnych trzech (Filipiny, Indonezja i Tajlandia) wyraża zainteresowanie dołączeniem do porozumienia. Prawdopodobnie przywódcy tych państw uznali, że zacieśnianie współpracy ekonomicznej, i wzmocnienie tym samym własnych gospodarek, skuteczniej ograniczy chińskie wpływy niż operacje FONOP i rotacyjna obecność amerykańskich wojsk. Zaniepokojenie chińskimi działaniami pojawiło się dopiero w oświadczeniu po późniejszym o dwa tygodnie spotkaniu ministrów spraw zagranicznych ASEAN. Nie przeszkadza to jednak państwom regionu dbać o jak najlepsze stosunki gospodarcze z ChRL. Warto dodać, że podczas swojego wystąpienia na ceremonii podpisania TPP, premier Japonii Shinzō Abe wyraził nadzieję na jak najszybsze dołączenie Chin do układu.

      Działania Chin wywołały także poważne zaniepokojenie na Kremlu. Chcąc uniknąć zdominowania przez coraz silniejszego sąsiada, Rosja zaczęła zacieśniać stosunki z Wietnamem. Obustronne kroki są na razie ostrożne, chociaż Hanoi widzi w Moskwie partnera zdolnego spowolnić ekspansję Pekinu. W ostatnich tygodniach Rosja zaczęła intensyfikować swoje relacje z całym ASEAN. Innym frontem, na którym kremlowska dyplomacja usiłuje podejmować ofensywne działania, aczkolwiek z miernym skutkiem, są Japonia i Korea Południowa. Jednocześnie wzajemne powiązania między Moskwą a Pekiem są na tyle silne, że Rosja nie występuje otwarcie przeciwko Chinom. W trakcie ostatniego spotkania z dziennikarzami z Chin, Japonii i Mongolii, szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow opowiedział się przeciwko umiędzynarodawianiu sporu na Morzu Południowochińskim i za dążeniem do jego rozwiązania na drodze dialogu.

Brak strategii

      W środowisku amerykańskich think tanków coraz donośniejsze są głosy o fiasku dotychczasowej polityki względem Chin. W analogicznym sporze o Wyspy Senkaku doszło do pewnej stabilizacji. Jej główną przyczyną nie są jednak amerykańskie działania, ale siła i determinacja władz w Tokio, zdolnych do samodzielnej obrony swoich interesów. Nie bez znaczenia może być też fakt, że podobnie jak w wypadku chińskich przywódców, umysły japońskich liderów są kształtowane grą w go, a nie szachy, co pozwala sprawniej reagować na niestandardowe zagrywki Pekinu.
      Czy jest prawdopodobny zatem wybuch „gorącej wojny” między USA i ChRL? W najbliższym czasie raczej nie, Pekin i Waszyngton dość zgodnie uciszają zbyt wojowniczych wojskowych. Z drugiej strony, nigdy nie można wykluczyć eskalacji spowodowanej przypadkowym wydarzeniem. Prawdziwym koszmarem dla Pentagonu jest przykładowo sytuacja dochodzenia do wybuchu konfliktu między Tajwanem, a którymś z innych amerykańskich sojuszników i wystąpienie Chin „w obronie” Tajpej. Konfliktu na pełną skalę nie wykluczają także Chińczycy, zastrzegając przy tym, że równie prawdopodobnym przeciwnikiem może być Rosja. Amerykańska polityka znalazła się obecnie na rozdrożu: Chiny otwarcie rzucają wyzwanie dominacji Stanów Zjednoczonych, może jeszcze nie w skali całego globu, ale na pewno w Azji i na zachodnim Pacyfiku. Popularne zresztą staje się wyszukiwanie analogii z drogą USA do potęgi. Morze Południowochińskie jest w tym wypadku traktowane jako odpowiednik Morza Karaibskiego: Stany Zjednoczone rozpoczęły swój marsz ku globalnej hegemonii od zdominowania Karaibów. Mając tak zabezpieczone tyły, mogły stawiać sobie coraz śmielsze wyzwania.

Morska odnoga jedwabnego szlaku

      Dla Chin Morze Południowochińskie ma jeszcze inne, olbrzymie znaczenie – jest punktem wyjściowym morskiej odnogi nowego jedwabnego szlaku. Ten niezwykle ambitny projekt, mający usprawnić przepływ towarów między Chinami a Europą, stał się sztandarowym elementem chińskiej polityki zewnętrznej. Pomijana zwykle w Polsce nitka morska ma jednak olbrzymie znaczenie, i staje się główną osią rywalizacji chińsko-indyjskiej. Dla Indii, uważających Ocean Indyjski za swoje podwórko, „panoszenie” się tam Chińczyków jest nie do przyjęcia. Coraz większą popularność zdobywa koncepcja zbliżającej się zimnej wojny 2.0. Będzie ona jednak zupełnie inna od rywalizacji Wschód-Zachód. W Azji Wschodniej powoli krystalizuje się podział na obóz proamerykański i prochiński. Sojusznicy USA to bardzo niejednorodna grupa, w której poszczególne państwa często mają sprzeczne interesy, własne ambicje i wzajemne animozje, utrudniające formowanie zwartego frontu. Ponadto, jak już 20 lat temu prognozował Samuel Huntington, Chiny są w stanie zaoferować państwom regionu tak duże korzyści, że te same porzucą Waszyngton i uznają zwierzchność Państwa Środka. Wszystko pozostaje kwestią odpowiedniego rozegrania sprawy. Mimo asertywnego i momentami aroganckiego postępowania Chin, scenariusz ten zdaje się spełniać na naszych oczach.  
      Na obecnym etapie ciężko wyrokować, czy ChRL zdecyduje się na toczenie wojen zastępczych. Na razie skuteczniejsze i tańsze okazują się zachęty gospodarcze i działania niejawne, z cyberatakami na czele. Kolejnym problemem pozostaje Korea Północna. W ostatnich miesiącach irytacja Pekinu na postępowanie Pjongjangu osiągnęła tak wysoki poziom, że zgodził się on podjąć współpracę z Waszyngtonem. Jest to kolejny przykład dwutorowości stosunków chińsko-amerykańskich. Z jednej strony jest bezwzględna rywalizacja, z drugiej coraz głębsze powiązania, prowadzące nawet do ukucia terminu „Chinameryka”.

Zachowanie status quo

      Wśród analityków i obserwatorów panuje dość zgodna opinia, że w ciągu najbliższych miesięcy na Morzu Południowochińskim niewiele się zmieni. Chiny nadal będą budować strefę identyfikacji obrony powietrznej (ADIZ), którą zapewne uda im się do 2017 r. ukończyć. Z kolei Stany Zjednoczone będą nadal przeprowadzać operacje swobody żeglugi (FONOP). USA mają zresztą obecnie wiele innych problemów poza Chinami, włącznie ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, które odciągają uwagę amerykańskiej administracji od Azji. Pekin doskonale zdaje sobie z tego sprawę i w pełni to wykorzystuje.

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!


© Paweł Behrendt
4 maja 2016
źródło publikacji:
miesięcznik „Nowa Konfederacja”




Ilustracje:
fot.1 © Asia News
fot.2 © People Daily (English Edition)
fot.3 © Asahi Japan
fot.4 © BBC
fot.5 © brak informacji
fot.6 © Bill Hayton

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz