WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Rząd pielgrzymuje do Izraela. Demokracja i praworządność triumfuje


Demokracja i praworządność triumfuje


        No i co teraz powiedzą wszystkie te cymbały, które podniosły taki klangor, kiedy napisałem o „obozie koncentracyjnym chwilowo nieczynnym”? Na pewno nic nie powiedzą, bo cóż mogą powiedzieć, kiedy właśnie Trybunał Konstytucyjny – ta banda faszystowskich przebierańców – 23 listopada br. stwierdziła – przy jednym zdaniu odrębnym jakiegoś przyzwoitego człowieka, który najwyraźniej przypadkowo trafił do tego grona szubrawców – że „lex Trynkiewicz” jest zgodna z konstytucją? Inna rzecz, że z konstytucją napisaną przez „magistra” Aleksandra Kwaśniewskiego i Tadeusza Mazowieckiego – dwóch nadętych niedouków - zgodne, albo i niezgodne może być cokolwiek, ale mniejsza z tym. Na podstawie „lex Trynkiewicz”, czyli „ustawy o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób”, osoby które odbyły już zasądzoną karę za przestępstwo można bezterminowo przetrzymywać w obozie koncentracyjnym, dla zachowania pozorów nazwanym w tej ustawie eufemistycznie „Ośrodkiem Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym”.
Oczywiście delikwent sam tam nie pójdzie, co to, to nie, pozory ludowej praworządności będą zachowane z całą towarzyszącą temu pornografią; dyspozycyjny przebieraniec ustrojony w „głupi średniowieczny łach” z zawieszonym na szyi łańcuchem z uwieszonym na jego końcu stylizowanym drapieżnym ptakiem z koroną na łebku, stwarza pozory praworządności jako tak zwany „niezawisły sąd”. Znając uwarunkowania naszego – pożal się Boże! - „wymiaru sprawiedliwości” jestem pewien, że do takich zadań będą kierowani specjalni sędziowie - „bez swojej wiedzy i zgody” zarejestrowani w charakterze tajnych współpracowników którejś z bezpieczniackich watah, co to hulają po naszym nieszczęśliwym kraju jak tornado, „od Bałtyku po gór szczyty” - jak śpiewamy w pobożnej pieśni ku czci matki Bożej Częstochowskiej („Matko Boska, Królowo Polska, o Pani nasza Częstochowska!”). Przypomnienie Matki Boskiej jest tu jak najbardziej na miejscu, jako że autorem tej faszystowskiej ustawy był pobożny Jarosław Gowin, w poprzednim wcieleniu minister sprawiedliwości, a obecnie – szef ministerium szkolnictwa wyższego, czy jak tam się nazywa ten serdel. Pretekstem do tej faszystowskiej regulacji była okoliczność, że po zarządzeniu w roku 1988 przez anonimowego dobroczyńcę ludzkości „moratorium” na wykonywanie kary śmierci, skazańcom zamieniono ją na 25 lat więzienia, jako że komuchy na wszelki wypadek zlikwidowały wtedy karę więzienia dożywotniego, a przy okazji wykreśliły z kodeksu karnego przestępstwo zagarnięcia mienia wielkiej wartości. Nawiasem mówiąc, komunistyczna swołocz, licząc na krótką pamięć Polaków, próbuje dzisiaj oskarżać opozycję o „roztrwonienie” majątku narodowego, podczas gdy większość z niego sama rozkradła w ramach tzw. „uwłaszczania nomenklatury” i dlatego właśnie, na wszelki wypadek, postanowiła wykreślić przestępstwa zagarnięcia mienia wielkiej wartości i wprowadzić moratorium na karę śmierci, która większości słusznie się należała i mam nadzieję, że ich nie minie. Więc kiedy w roku 1995 Sejm podjął uchwałę o przedłużeniu „moratorium” na wykonywanie kary śmierci, skierowaliśmy jako UPR do ministra Jerzego Jaskierni pytanie, kto w 1988 roku to „moratorium” zarządził – na co otrzymałem na piśmie odpowiedź, że „nie można ustalić autora tej decyzji”. To więcej mówi o naszym faszystowskim państwie, niż traktaty uczonych politologów. „Nie można ustalić autora decyzji” - ale wszystkie organy „państwa prawnego” w podskokach do tego rozkazu anonimowego dobroczyńcy ludzkości się zastosowały, z niezawisłymi sądami na czele. Od razu widać, że demokracja i praworządność ma bezpieczniacką podszewkę, a spod płaszcza Konrada, żeby nie wiem jak się nim owijać, ubeckie cholewy zawsze będą wystawały. W tej sytuacji nie mam najmniejszej wątpliwości, że jak padnie rozkaz oficera prowadzącego, to każdy niezawisły sąd wpakuje wskazaną osobę do koncentraka bez najmniejszego wahania. Już tam niezawiśli sędziowie dobrze wiedzą, kto ich powystrugiwał z banana, kto zrobił z nich człowieków i komu w związku z tym winni bezwzględne posłuszeństwo. Wracając do „lex Trynkiewicz”, pobożny minister Gowin zadbał o stosowną, medialną padgatowkę. Oto kiedy skazańcowi Trynkiewiczowi kończyła się kara 25 lat więzienia, przed telewizyjne kamery zaciągnięto jakieś hozhisteryzowane baby, które opowiedziały, jak to się boją, że Trynkiewicz będzie je gwałcił i że „państwo” musi coś zrobić. „Państwu” nie trzeba było dwa razy tego powtarzać, no i zrobiło – uchwaliło „lex Trynkiewicz”. A gdyby nie wprowadziło „moratorium” a następnie – na polecenie brukselskich eunuchów nie zniosło kary śmierci (pan prezydent Komorowski doprowadził do zniesienia kary śmierci nawet w czasie wojny!), to nie byloby problemu; pan Trynkiewicz byłby już bardzo starym nieboszczykiem i można by go było nawet co roku ekshumować na halloween. Nie bez kozery Stefan Kisielewski zauważył, że socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju!

        Może ktoś zarzucić mi przesadę w określeniu „lex Trynkiewicz” jako ustawy „faszystowskiej”. Rzeczywiście, dzisiaj wszyscy nadużywają tego epitetu, ale nie ja. Bo istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno, co twórca faszyzmu, Benito Mussolini, ujął w lakoniczną formułę: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”! „Państwu” - czyli biurokracji państwowej, wszystko jedno – czy po cywilnemu, czy w mundurach, czy też poprzebieranej w „śmieszne, średniowieczne łachy”. Otóż „lex Trynkiewicz” spełnia wszystkie kryteria faszystowskości, zwłaszcza kiedy skonfrontować ją z art. 41 ust. 1 nieszczęsnej konstytucji, którą wymachiwała w Sejmie gruba pani Krzywonos, przepuszczam, że nie zdając sobie w ogóle sprawy, o czym ta książka jest. Art. 41 ust 1 stanowi, że „każdemu” - a więc również skazańcowi po odbyciu kary - „zapewnia się nietykalność osobistą i wolność osobistą” - ale co z tego że się „zapewnia”, skoro z drugim zdaniu tego artykułu czytamy, iż pozbawienie lub ograniczenie wolności może nastąpić na zasadach i w trybie określonym w ustawie? Konstytucja nie wyznacza dla tej „ustawy” żadnych warunków, na przykład – żeby pozbawiany wolności najpierw jednak popełnił nowe przestępstwo – bo to jest konstytucja faszystowska, u której podstaw leży niewypowiedziane i niepisane przeświadczenie, że „państwu” wolno wszystko – również wydać ustawę która „każdego” może bezterminowo pozbawić wolności na przykład pod pretekstem „zaburzeń psychicznych”, co to mogą „stwarzać zagrożenie”. Opowiadał mi Włodzimierz Bukowski, sowiecki dysydent, u którego ruscy wracze po raz pierwszy zdiagnozowali słynną „schizofrenię bezobjawową”, jak to go odstawili do politizolatora bodajże w Jarosławlu. No to u nas mamy już taki izolator w Gostyninie, a to nie jest przecież ostatnie słowo, bo jak będzie trzeba, to uruchomi się też „chwilowo nieczynny” obóz w Oświęcimiu. Fachowej kadry dostarczy Komitet Obrony Demokracji, który chyba między innymi w tym celu został przez WSI utworzony?

Rząd pielgrzymuje do Izraela


        Opinią publiczną naszego i tak już przecież nieszczęśliwego kraju wstrząsnęła niedawno wiadomość, że podczas wizyty w Izraelu pani premier Beaty Szydło doszło do wypadku drogowego, w którym co najmniej dwie osoby zostały ranne. Na szczęście pani premier Beacie Szydło nic się nie stało i mogła już wkrótce kontynuować podróż z Tel Awiwu do Jerozolimy, a następnie wziąć udział w „konsultacjach międzyrządowych” - bo w tym właśnie celu polski rząd się w Izraelu zameldował. Nie wiem, czy in corpore, czy też w osobach swoich najważniejszych przedstawicieli, ale to nieważne, bo ważniejsze wydają się inne aspekty tego wydarzenia.

        Po pierwsze – całe szczęście, że pani premier Beacie Szydło nic się nie stało. Wyobraźmy sobie bowiem, że coś by się jej stało, albo – co niech Bóg broni! - że w tym wypadku by zginęła. Mielibyśmy wtedy kolejną katastrofę, tym razem z udziałem premiera rządu Rzeczypospolitej w woli głównej, która trzeba by jakoś wyjaśnić – najlepiej w ramach „dążenia do prawdy”. Ponieważ – jak to wyjaśnił już rządowy dygnitarz – podczas wizyty rządowej delegacji w obcym kraju, za jej bezpieczeństwo odpowiadają władze kraju odwiedzanego – w tym przypadku – władze Izraela. Zatem gdyby pani premier Szydło w tej katastrofie zginęła, to odpowiedzialność za to spadałaby na władze izraelskie. Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania; lepiej...” - no, mniejsza z tym), że próbowałyby się one od tej odpowiedzialności jakoś wykręcić, w czym na pewno okazałaby się im pomocne żydowskie lobby polityczne w Polsce. Już sobie wyobrażam tytuły w „Gazecie Wyborczej”, piętnujące i wytykające nieubłaganym palcem „organiczny polski antysemityzm”, który nie tylko zaowocował współudziałem „narodu polskiego” w holokauście, nie tylko objawia się w postaci uporczywej odmowy realizacji żydowskich roszczeń, ale w dodatku – w postaci kierowania pod adresem niewinnego i bezcennego Izraela fałszywych i perfidnych podejrzeń. Wywołałoby to z pewnością rozmaite repliki, a może nawet ingerencję niezależnej prokuratury, na podstawie niedawno uchwalonej ustawy zobligowanej do wszczynania śledztw w przypadku oskarżania Polski, czy „narodu polskiego” o zbrodnie II wojny światowej. To z kolei uruchomiłoby lawinę oskarżeń Polski o łamanie praw człowieka i w ogóle – naruszanie standardów demokratycznych. Frans Timmermans i inni wrogowie Polski zacieraliby ręce z radości, ze oto wreszcie znaleźli znakomity pretekst do interwencji w Polsce „w obronie demokracji”, a groźne pomruki odezwałyby się również ze strony Naszego Najważniejszego Sojusznika, zwłaszcza gdyby podkręcił go w tym kierunku wszechmogący AIPAC. Kto wie, czym by się to wszystko skończyło tym bardziej, że nasza niezwyciężona armia miałaby w tej sytuacji ułatwiony wybór – czy dochować posłuszeństwa rządowi, czy też opowiedzieć się po stronie demokracji, praworządności i konstytucji – jak to nam pięknie niedawno wyłożył pan płk rezerwy Adam Mazguła. W tak sprzyjających okolicznościach przyrody stan wojenny byłby tylko kwestią czasu i to niedługiego. Nasza niezwyciężona armia udzieliłaby siłowej osłony Komitetowi Obrony Demokracji, w ramach którego konfidenci i ubowcy wykonaliby na nosicielach podnoszącego głowę „faszyzmu” najbrudniejszą, być może nawet – mokrą robotę, podczas gdy Unia Europejska zapewniłaby całej operacji osłonę polityczną, wyjaśniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że znowu l’ordre regne a Varsovie, co się wykłada, że w Warszawie znowu zapanował porządek. Oczywiście w takiej sytuacji zwolennicy rządu pani Beaty Szydło zeszliby do podziemia, w którym kontynuowaliby „nocne rodaków rozmowy” przerywane wybuchającym od czasu do czasu „krótkim płaczem kobiecym”, urządzając też stosowne miesięcznice na podobieństwo miesięcznic smoleńskich, co z kolei mogłoby wywołać gniewną reakcję pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, stojącego na straży liturgicznego monopolu smoleńskiego. W ten sposób katastrofa izraelska zaczęłaby żyć własnym życiem, obok, a może nawet niejako wbrew katastrofie smoleńskiej, stając się źródłem nowego podziału wśród Polaków na zwolenników jednej, albo drugiej katastrofy. I dopiero gdy się nad tym wszystkim zastanowimy i gdy sobie te konsekwencje uświadomimy, możemy lepiej zrozumieć, przed czym uchroniła nas Opatrzność sprawiając, że ten wypadek drogowy zakończył się tylko niewielkimi obrażeniami osób nie stojących na najwyższym szczeblu rządowej hierarchii.

        A przecież pozostaje do wyjaśnienia przyczyna odbywania przez rząd polski w Izraelu „konsultacji międzyrządowych” akurat teraz, kiedy 27 października upłynął termin ultimatum postawionego Polsce przez Komisję Europejską. Jak wiadomo, rząd pani Szydło nie odpowiedział w tym terminie na „zalecenia”, w dodatku charakteryzując je jako „ideologiczne” i „polityczne”, a nie „merytoryczne”, więc nawet ewentualna odpowiedź zostanie z pewnością uznana przez Komisję Europejska za niezadowalającą. W tej sytuacji będzie ona musiała jakoś zareagować, być może nawet w formie uruchomienia wobec Polski zapisanej w traktacie lizbońskim „klauzuli solidarności”, co mogłoby zakończyć się stanem wojennym i powierzeniem zewnętrznych znamion władzy w naszym nieszczęśliwym kraju komuś innemu, ot, choćby panienkom z Nowoczesnej pana Ryszarda Petru, co wydaje się perspektywą gorszą od śmierci. Wyobraźmy sobie tylko na stanowisku premiera panią Joannę Scheuring-Wielgus!

        W tej sytuacji nie można wykluczyć, że pielgrzymka rządu pani premier Szydło do Izraela miała na celu odwrócenie tego niebezpieczeństwa. Jużci – gdyby tak Beniamin Netanjahu wstawił się za nami u finansowego grandziarza, żeby ten polskiemu rządowi odpuścił w kwestii demokracji i praworządności, a z kolei grandziarz nakazał panu red. Adamowi Michnikowi i całej żydowskiej gazecie dla Polaków ćwierkać z innego klucza, to nawet artyści z panią Jandą i panią reżyserową schowaliby dudy w miech i ustawiliby się w ogonku do okienka kasowego u pana wicepremiera Glińskiego. Kto wie, czy nawet znienawidzony jeszcze bardziej od prezesa Kaczyńskiego złowrogi Antoni Macierewicz nie zostałby, przynajmniej czasowo, immunizowany od krytyki – oczywiście pod warunkiem jakiegoś załatwienia sprawy śmigłowców „Caracal” - żeby nie trzeba było zwracać łapówek i w ten sposób uniknąć skandalu. W tej sytuacji i Frans Timmermans musiałby się zreflektować, bo w przeciwnym razie przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. No dobrze – ale dlaczego właściwie Beniamin Netanjahu miałby się za polskim rządem wstawiać u grandziarza? Co on by z tego miał? Na odpowiedź na to pytanie naprowadza nas wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Nowym Jorku, gdzie spotkał się on z przedstawicielami diaspory żydowskiej, a Abraham Foxman z Ligi Antydefamacyjnej zeznał dla prasy, że w półtoragodzinnej rozmowie omówiono nie tylko walkę z „antysemityzmem” w Polsce i pan prezydent Duda poczynił w tej sprawie różne obietnice – ale również poruszono kwestię żydowskich „roszczeń” wobec Polski. Ponieważ Kancelaria Prezydenta nie chciała powiedzieć, czy i w tej sprawie pan prezydent coś obiecał, można spodziewać się wszystkiego – a tej sytuacji pielgrzymka rządu pani premier Beaty Szydło do Izraela staje się lepiej zrozumiała.


© Stanisław Michalkiewicz
2-3 grudnia 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz