WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Grymasy i umizgi. Alimenty zagrożone?

Grymasy i umizgi


        Nie mogę oprzeć się pokusie przywołania wspomnienia z dzieciństwa, a konkretnie – z drugiej lub trzeciej klasy szkoły podstawowej. Na początku września kupiliśmy sobie nowe podręczniki, a wśród nich – wypisy to znaczy – czytanki do języka polskiego. Na początku tej książki widniał napis: „Witaj szkoło!” Na jego widok jeden z kolegów zawołał ze złością: „Witaj szkoło! A to k…, ruskie propagandy!”
        Jestem pewien, że taka sama myśl inspirowała posłankę do Parlamentu Europejskiego Annę Fatygę do opracowania, a następnie – poddania pod głosowanie rezolucji w sprawie ruskiej propagandy – że „jątrzy”, a ponadto „dzieli Europę” i w ogóle.
W rezultacie Parlament Europejski większością głosów pryncypialnie potępił ruską propagandę, co wywołało wściekłą reakcję Rosji, która słodszymi od malin ustami rzeczniczki tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Marii Zacharowej określiła rezolucję mianem „przestępstwa informacyjnego”.

No dobrze – ale co właściwie z tej rezolucji wynika; jakie będzie miała praktyczne konsekwencje? Narzekanie, że Rosja uprawia propagandę, aczkolwiek słuszne, nie jest specjalnie odkrywcze. To mniej więcej tak, jakby odkryć, że w dzień jest jasno, a w nocy ciemno. Odpowiedzią na rosyjską propagandę powinna być propaganda antyrosyjska i chyba o to pani Annie Fatydze tak naprawdę chodziło. Józef Goebbels nie narzekał na Winstona Churchilla, że ten uprawia propagandę antyniemiecką, tylko rozwijał własną, najpierw antyangielską, a potem również antyrosyjską, to znaczy – antysowiecką. I tak pewnie będzie teraz, bo pani posłanka Fatyga postuluje zwiększenie środków finansowych dla „specjalnej grupy”, która będzie tę ruską propagandę zwalczała. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – wołał Konstanty Ildefons Gałczyński. Ciekawe kto wejdzie w skład tej specjalnej grupy, czy na przykład nie zacznie nią kierować właśnie pani Anna Fatyga. To wydawałoby się naturalne, by właśnie jej powierzyć to zadanie, bo skoro już wystąpiła z tak a inicjatywą, to chyba wiedziała, co chce osiągnąć. Nie chodzi oczywiście o zapewnienie sobie lukratywnej posady na okres po zakończeniu kadencji europosła, chociaż i po to warto się przecież schylić, bo nawet Pismo Święte powiada, że „nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu”, a cóż dopiero – wołowi, to znaczy – pulardzie młócącemu ruską propagandę? Chodzi raczej o to, jakimi środkami ta specgrupa będzie ruską propagandę zwalczała. Wprawdzie nie mam specjalnej nadziei, że pani Fotyga przyjęłaby do tej specgrupy również mnie, ale nigdy nic nie wiadomo, więc na wszelki wypadek, w czynie społecznym proponuję slogan, który zawsze robi wrażenie na przeciwniku, a już specjalnie – na ruskich propagandystach: „Oni kłamią – my mówimy prawdę!” Któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od nas, Polaków, którzy codziennie słyszymy właśnie z Unii Europejskiej, jak to w Polsce „faszyzm podnosi głowę” i to za sprawą formacji politycznej, z której również pani Fotyga się wywodzi. Wystarczy, że Frans Timmermans, nie mówiąc już o niedouku

        Martinie Schulzu, wystąpiłby przed telewizyjnymi kamerami, albo nawet na urodzinach u naszego Kukułka z oświadczeniem, że w sprawie łamania praworządności w Polsce „nie odpuści”, a „ruskie propagandy” zaraz by się zawstydziły i zaprzestałyby swojej wrednej działalności. Bo – powiedzmy sobie szczerze – któż to widział, żeby „dzielić Europę”, skoro wszystkie mniej wartościowe narody europejskie o niczym innym nie marzą, tylko – by słuchać rozkazów Naszej Złotej Pani z Berlina, która właśnie przeforsowała w Parlamencie Europejskim rezolucję w sprawie „europejskiej unii obronnej”, czyli europejskich sił zbrojnych, niezależnych od NATO? Już taka armia dopilnuje, żeby żadnemu krajowi członkowskiemu nie przychodziły do głowy żadne mrzonki o „brexicie”, tylko przywróci pruską dyscyplinę, to znaczy – „pogłębi integrację”. Cóż innego, a zwłaszcza – cóż lepszego mogłyby europejskim narodom zaoferować „ruskie propagandy” nawet za czasów Józefa Stalina?

        Warto to podkreślić zwłaszcza teraz, kiedy delegacja rządowa pod przewodnictwem pani premier Beaty Szydło właśnie powróciła z pielgrzymki ad limina do Izraela, gdzie premierowi Beniaminowi Netanjahu złożyła mnóstwo obietnic – że mianowicie będzie ze zdwojoną energią zwalczała „antysemityzm” w naszym nieszczęśliwym kraju, że będzie wypłacała izraelskim obywatelom emerytury, ze szczególnym uwzględnieniem „ofiar holokaustu”, które w drugim, a nawet trzecim pokoleniu nie mogą wyzwolić się ze straszliwej traumy, na którą nie ma innego remedium, jak odszkodowania z Polski, która w ten sposób niepostrzeżenie przyjmuje na siebie odpowiedzialność za niemieckie dokazywanie podczas wojny. Nic dziwnego, że pan red. Adam Michnik do grona „ofiar holokaustu” podłączył nawet swoich rodzicieli, chociaż powiadają, że zmarli oni śmiercią naturalną wiele, wiele lat po zakończeniu wojny. Najwyraźniej bycie „ofiarą holokaustu” zaczyna się opłacać, więc nic dziwnego, że liczba „ofiar holokaustu” w nadchodzących latach może wzrastać w postępie geometrycznym. W tej sytuacji należy mieć nadzieję, że forsowany przez pana wicepremiera Morawieckiego sanacyjny program denacjonalizacji gospodarki pozwoli nam na to wszystko uzbierać, bo jak nie, to nie będzie innego wyjścia, jak finansować zarówno „walkę z antysemityzmem”, jak i program zaopatrzenia dla „ofiar holokaustu” z pieniędzy pożyczonych, niechby nawet od Izraela, albo żydowskich banków. Ciekawe, czy po tych wszystkich obietnicach złożonych premierowi Netanjahu przez panią Beatę Szydło finansowy grandziarz wezwie przed swoje oblicze pana red. Michnika i każe mu wstrzymać ataki na rząd, czy też nie. Wielkich nadziei na to chyba nie ma, bo w przeciwnym razie pani premier Szydło nie używałaby w swoich przemówieniach takiego, coraz bardziej żałośliwego tonu.

        Ale żałośliwy ton to jedno, a przełożenie wydarzeń zachodzących na najwyższej półce polityki światowej na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju, to rzecz druga. Otóż tego samego dnia, kiedy pani premier Szydło zameldowała się premierowi Netanjahu ze wspomnianymi obietnicami, pan sędzia Marek Górny skazał Piotra Rybaka na 10 miesięcy bezwzględnego więzienia za spalenie podczas demonstracji „kukły Żyda”, chociaż prokurator żądał zaledwie 10 miesięcy prac społecznych. Widać wyraźnie, że „policmajster powinność swej służby zrozumiał”, co dodatkowo potwierdza moją ulubioną teorię spiskową, według której zewnętrzne znamiona władzy zostały obecnie powierzone politycznej ekspozyturze Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, zmuszonego dodatkowo do rywalizowania o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika i Drugiego Najważniejszego Sojusznika ze starymi kiejkutami, co zwłaszcza w naszpikowanych konfidentami niezawisłych sądach musi doprowadzić do erupcji zbrodniczej nadgorliwości.

Alimenty zagrożone?


        Kto by pomyślał, że S(r)alon, zarówno ten polski, w którym nie ma podłogi, jak i ten amerykański, w którym podłoga jest i to nawet niejedna, popadnie w taki nieutulony żal po wyborczej przegranej Hilarii Clintonowej? Najwyraźniej musiała im wszystkim czegoś naobiecywać, niezależnie od finansowego grandziarza, czyli Jerzego Sorosa, który musiał sypnąć złotem, bo czyż w przeciwnym razie s(r)alonowcy by tak się uwijali i tak lamentowali? S(r)alonowcom hollywoodzkim musiał oczywiście sypnąć więcej niż s(r)alonowcom tubylczym, ale – jak to mówią – wedle stawu grobla i skoro nawet stare kiejkuty, przed którymi s(r)alonowcy – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - skaczą z gałęzi na gałąź, muszą zadowalać się napiwkami za usługi kuplerskie i stanie na świecy przy tajnych więzieniach, to i grandziarz wie, że tubylczych s(r)alonowców może opędzić nawet okruszkami ze stołu pańskiego.
Toteż pan red. Michnik w żydowskiej gazecie dla Polaków próbuje dowodzić, że tak naprawdę to Trump wcale nie wygrał, że tak naprawdę, to wygrała Hilarzyca, bo dostała więcej głosów. Jestem pewien, że swoją bandę mikrocefali przekonał, no ale co z tego, kiedy sama Hilarzyca uważa inaczej i nawet już znalazła winowajcę swojej porażki w osobie szefa FBI, który – jestem przekonany, że w ramach ustawki – najpierw wznowił śledztwo, a na dwa dni przed głosowaniem oczyścił „Kłamczuchę” ze wszystkich zarzutów? Gdyby to zależało od pana red. Michnika, to oczywiście nikt by się nawet nie dowiedział, że Donald Trump startował, bo wiadomo, że redakcyjny Judenrat z Czerskiej uważa, iż rzetelne informowanie jest wtedy, gdy w nagrodę za dobre sprawowanie nadyma się osoby posłuszne żydowskiemu lobby. Tymczasem Amerykanie muszą uważać inaczej, w związku z czym redakcyjny Judenrat zadekretował, że również Ameryka stała się zagrożeniem dla demokracji. Najwyraźniej handełesom już do reszty przewróciło się we łbach i naprawdę uwierzyły, że wszystkie narody powinny tańczyć, jak im Żydzi zagrają. Ale narody jeden po drugim zaczynają odrzucać demokrację kierowaną na rzecz demokracji spontanicznej. Kolejne narody demonstrują wolę życia po swojemu, co oczywiście musi przekładać się na rezultaty głosowań – ale właśnie to niepokoi światowy Sanhedryn. Wydawało się, że i w Ameryce i w Europie rewolucja komunistyczna spowodowała spustoszenia wystarczające do przechwycenia przez żydokomunę nie tylko rządu dusz, ale rządów w sensie dosłownym, a tymczasem – patrzcie Państwo! - wbrew wszelkim zatwierdzonym ustaleniom zwyciężył Donald Trump i to głosami tzw. rednecków, czyli czerwonych karków – jak s(r)alonowcy amerykańscy protekcjonalnie określają farmerów i robotników, słowem – tak zwanych „zwykłych ludzi”. Najwyraźniej na „Królestwo Izraela” w skali globalnej wypadnie jeszcze poczekać, być może nawet ad calendas graecas – a wrzaski i lamenty dowodzą, że w spodziewanym królestwie musiano już porozdzielać stanowiska i posady, być może nawet przy pomocy wręczonych łapówek, których teraz nie będzie komu oddawać, podobnie jak tych, co musiały zostać wręczone a conto zakupu helikopterów „Caracal”.

        Zaniepokojenie i rozgoryczenie s(r)alonu światowego przełożyło się oczywiście na nastroje w s(r)alonie tubylczym, czemu niezależnie od pana red. Michnika dał wyraz pan poseł Marcin Święcicki, ongiś katolik ze świętej rodziny, później zbisurmanił się na sekretarza KC PZPR, potem znowu został „liberałem” („zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie” - wołał Towarzysz Szmaciak), który na stanowisku ministra współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie nieboszczyka Mazowera zarządził uzależnienie uzyskania pozwolenia na import od zdeponowania w banku 10 mld (starych) złotych, co natychmiast wymiotło z rynku wszystkich debiutantów spoza nomenklatury i pozwoliło po 3 miesiącach to zarządzenie uchylić. Co i ile z tego pan Święcicki miał – niech mu tam będzie na zdrowie – bo teraz, w kolejnym wcieleniu wprawdzie przepoczwarzył się w państwowca, ale nadal wie, kogo trzeba słuchać. Dał temu wyraz w telewizyjnym programie „Minęła 20-ta”, w którym tęgie głowy namawiały się, co teraz z nami będzie po wygranej Trumpa. Pan Marcin dał wyraz swemu zaniepokojeniu, że złowrogi Trump przehandluje Ukrainę jeszcze bardziej złowrogiemu Putinowi w zamian za jakieś ustępstwa zimnego ruskiego czekisty. Tymczasem Ukraina, jak wiadomo, została wypuszczona w arendę żydowskim grandziarzom, czyli tak zwanym „oligarchom”, którzy nie tylko utworzyli tam rząd – najpierw na fasadzie z Arszenikiem Jaceniukiem, zaledwie „podejrzewanym” o żydowskie pochodzenie, a teraz, już bez krępacji – z panem Włodzimierzem Hrojsmanem, którego już o nic podejrzewać nie trzeba. Zapowiadała to jeszcze pod koniec administracji prezydenta Busha juniora Kondoliza – że mianowicie USA nie będą już forsowały przyjęcia Gruzji i Ukrainy do NATO, tylko pilnowały tam „demokracji” to znaczy – rządów swoich agentów, najlepiej żydowskiego pochodzenia. A żydowskiego dlatego, że ta cała Ukraina miała być przeznaczona grandziarzowi na otarcie łez po utracie alimentów rosyjskich. Otóż po aresztowaniu Michała Chodorkowskiego, którego podejrzewam – podobnie jak Borysa Abramowicza Bieriezowskiego, czy Włodzimierza Gusińskiego – że był tylko „słupem” grandziarza, podobnie jak Marcin Plichta z Amber Gold - „słupem” Wojskowych Służb Informacyjnych, grandziarz interweniował u prezydenta Busha, który miał mu ozięble odrzec, że nie będzie dla błahostek narażał dobrych stosunków z Putinem. Staremu grandziarzowi na takie zuchwalstwo najpierw odjęło mowę, a kiedy doszedł do siebie, sypnął złotem na zrobienie z Busha marmolady. Dzięki temu powstały rozmaite paszkwile („goły poeta dostał kotleta...”), a prezydent Bush się zreflektował, że wojna z grandziarzem jest mu niepotrzebna, dzięki czemu w Kijowie wybuchła „pomarańczowa rewolucja” w następstwie której na stanowisku prezydenta został osadzony Wiktor Juszczenko, którego miała obstawiać „piękna Julia”, co to wygartywała z niejednego komina. Zaraz po tych podniosłych wydarzeniach do Kijowa przyleciał Borys Abramowicz, żeby w imieniu grandziarza zorientować się, co z tej całej Ukrainy można wycisnąć. Okazało się, że znacznie więcej, niż z górzystej Gruzji, ale trzeba było dzielić się z zimnym ruskim czekistą. Toteż kiedy po zawodzie doznanym w Syrii prezydent Obama zapalił zielone światło dla przewrotu na Ukrainie, który tak podrajcował prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że zaczął wydawać w Kijowie kabotyńskie okrzyki, żydowscy grandziarze przejęli całą pulę („A pula nie jest do kradzieży; pula się cała nam należy!”), którą dzielą już wyłącznie między siebie, podczas gdy Polsce przypadło w udziale („taki los wypadł nam”) tylko smarowanie tłustego połcia „pożyczkami”. Ostatnio – 68 milionów euro, przy których z pewnością pożywi się świeżo upieczony ukraiński obywatel Sławomir Nowak. Ile z tego ma obiecane pan Marcin Święcicki, że tak niepokoi go możliwość przehandlowania przez Donalda Trumpa Ukrainy Putinowi – niech mu tam będzie na zdrowie.


© Stanisław Michalkiewicz
26-27 listopafa 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz