WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Polit-poprawne matolstwo prof. dr hab. Środowej

Przeczytałem właśnie wywody p.prof.dr hab.Magdaleny Środowej broniącej zasad polit-poprawności – LINK – i ręce mi opadły. Przywykłem już do chamskich i debilnych komentarzy w Sieci – zwłaszcza ze strony miłośników neo-komuchów z PiSu, bluzgających, gdy ktoś tę lewacką partię zaczepi - na które jedyną właściwą reakcją jest: „...i po cholerę tych ludzi na siłę uczono czytać i pisać!”. Przywykłem też do kretynizmów postępowców, jak np. wypowiedź p.prof. Moniki Płatkowej (LINK/ – najlepsza wypowiedż zaczyna się od 18 minuty – a najlepszy fragment po 21'08” ), które można skwitować: „A jakie gimnazjum dało tej idiotce dyplom?”. Tu jednak (na wypadek, gdyby p.prof.dr hab.Magdaleny Środowa chciała ten kompromitujący tekst usunąć, zamieszczam go na końcu) mamy do czynienia z wykręcaniem kota ogonem – wykonanym znakomitą polszczyzną, przy użyciu pozornie nienagannego aparatu naukowego.

Cóż: śp.dr Józef Mengele też był lekarzem i stosował nienagannie naukowe metody.
Przejdźmy do konkretów. P.prof.dr hab.Magdalena Środowa atakuje mówienie prostym, zrozumiałym językiem – nie bardzo wiadomo dlaczego utożsamiając go z językiem p.Donalda Trumpa – broniąc, jak już wspomniałem, języka politycznej poprawności. Wychodzi od całkiem poprawnej obserwacji, że kultura jest nienaturalna, że kultura nakłada ograniczenia na swobodę wypowiedzi. Z czego – Jej zdaniem – wynika, że ograniczenia nakładane przez fanatyków polit-poprawności są właśnie kulturą!
Jest to typowy błąd logiczny. Ograniczenia polit-poprawiaczy są zupełnie inne, niż te nakładane przez naszą kulturę.
Ja nie wypowiadam się jako fanatyk mówienia co się chce i gdzie się chce. Skłonny jestem nawet zgodzić się na cenzurę obyczajową w mediach masowych. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem obrażania jakichkolwiek ludzi. Powtarzam: nie wolno obrażać ani urażać żadnego CZŁOWIEKA.
Natomiast polit-poprawność polega na kolektywizmie, na przeniesieniu ograniczeń w stosunku do jednostki (by jej nie urazić) na grupę.
Otóż przedmiotem kultury jest jednostka – nie „grupa”. Żadne „grupy” nie istnieją – w tym sensie, że nie maja wspólnego interesu, wspólnej reprezentacji, wspólnej osobowości prawnej. „Grupy” - wbrew kolektywistom - nie można obrazić! Obrazić można istotę, która ma uczucia. Żadna „grupa” uczuć mieć nie może.
Weźmy przykład. Za wypowiedź w Unio-Parlamencie „Młodzież to Murzyni Europy” otrzymałem karę (€3000) – za urażenie uczuć... no właśnie: czyich? Murzynów? Młodzieży? To nie zostało wyjaśnione. Gdybym p.Smitha nazwał „Murzynem” to być może mógłby się obrazić – choć nie wiem o co (Murzyni w USA mówią do siebie „You Nigga”, „Murzynek Bambo w Afryce mieszka” i w ogóle) – ale w tym wypadku obrażona została jakaś, bliżej nieokreślona, „grupa”.
Polit-poprawność blokuje wolność nauki. 30 lat temu ówczesny prezes Fundacji Forda, pytany czy dałby pieniądze na badania, z których mogłoby wyniknąć, że Murzyni maja średni niższa inteligencje od Białasow, odpowiedział zdecydowanie: „Nie!”. Co ciekawe: fundator, czyli śp.Henryk Ford, był rasista i antysemitą.
To samo dotyczy kobiet. Wybitny (choć lewicujący!) ekonomista, p.prof.Wawrzyniec Summers, musiał w 2006 zrezygnować z funkcji rektora Uniwersytetu Harvarda, za wygłoszenie banalnej uwagi, że niższa reprezentacja kobiet na najwyższych piętrach nauki nie wynika z seksualnej dyskryminacji, tylko z mniejszych zdolności kobiet*. Tymczasem jest banalną i potwierdzoną w badaniach prawdą, że średnia inteligencja kobiet jest niższa (w różnych narodach: o 3 ÷ 9 pkt IQ) od inteligencji mężczyzn – ale przecież to stwierdzenie nie obraża żadnej kobiety!! To, czy Kowalska jest mniej lub bardziej inteligentna od Wiśniewskiego zupełnie nie zależy od średniej!! Jaś może być np. blondynem i mańkutem – i jego zdolności w skoku wzwyż są niezależne od tego, że (gdyby tak było) blondyni skaczą średnio 160 cm, a mańkuci średnio 125 cm !!!
Co więcej: Jeśli mańkuci skaczą wzwyż średnio 125 cm, a praworęczni 160 - zaś Jaś skacze 180 – to właśnie jako mańkut jest z tego tym bardziej dumny!! I tak samo inteligentna kobieta tym bardziej powinna być dumna, że jej inteligencja to 125 pkt IQ - im niższa jest średnia inteligencja kobiet w jej narodzie!
Jeśli to rozumowanie jest za trudne dla jakiejś kobiety – no, to już trudno... Chociaż może pomoże jeszcze jeden przykład: jeśli człowiekowi z biednej rodziny trudniej jest się wzbogacić, to multimilioner powie, że wywodzi się z biedoty – właśnie z dumą! Gdyby wszyscy multi-milionerzy wywodzili się z nizin – o żadnej dumie z ego powodu nie byłoby mowy.

W każdym razie: twierdzenie „Średnia inteligencja kobiet jest niższa, niż mężczyzn – nie obraża żadnej kobiety. Nie obraża też „grupy kobiet” bo żadna taka „grupa” nie istnieje.
Zwolennicy polit-poprawności wierzą, że zamiast naprawiać świat, wystarczy zastosować jakieś zaklęcie. Ot: zabronimy mówić, że Murzyni mają niższą inteligencję – i od razu Murzyni staną się bardziej inteligentni! Ot: nazwiemy Cyganów „Romami” - i już dyskryminacja Cyganów zniknie.
Ta próba jest przykładem wyjątkowo spektakularnej klęski polit-poprawniaków. Słowo „Cygan” kojarzyło się z osobnikiem umiejącym fantastycznie grac na skrzypcach – a jeśli który Cygan nie miał do tego talentu, to umiał reperować garnki, produkować patelnie, bielic kotły i kraść konie – a Cyganki powiewały kolorowymi spódnicami, wróżyły z kar, żebrały i kradły. Plusy przeważały. Śpiewamy: „Jada wozy kolorowe taborami/ Ech, Cyganie: tak bym chciała jechać z Wami...” „Cyganem chciałbym być, Cygankę chciałbym mieć...”, „Poszła dziewczyna / Zapytać pana / Czy jej pozwoli / Wyjść za Cygana” - nawet słowo „ocyganić” ma odcień dobroduszny w porównaniu z „oszukać” czy „oszwabić”. Natomiast narzucone słowo „Rom” kojarzy się wyłącznie z brudnym, niechlujnym osobnikiem nie umiejącym niczego poza wyciąganiem łapska po zasiłki socjalne i wraz z „Romkami” produkującego w tym celu chmarę (też brudnych) dzieci. W wozach cygańskich było czysto – w mieszkaniach romskich panuje brud i smród (tak: u „królów” jest inaczej – ale „królowie” są „cygańscy”, a nie „romscy”!!).

Po tej dygresji wracamy do tekstu. Oto kolejna manipulacja p.prof. dr hab.Magdaleny Środowej:
„Hejtujący internauci, politycy, ale też ludzie wykształceni okazują coraz większą pogardę dla językowych norm grzeczności, kultury osobistej i poprawności politycznej. Liczy się »autentyczność«, »prawda«, »nieowijanie w bawełnę«".
Proszę zauważyć, że p.prof. dr hab.Magdaleny Środowa stawia normy kultury w jednym szeregu ze szczególnymi wymogami politycznymi!! Widać to będzie wyraźnie, gdy dokonam podstawienia:
„Pisarze, politycy, ale też ludzie wykształceni okazują coraz większą pogardę dla językowych norm grzeczności, kultury osobistej i wymagań cenzury PRL. Liczy się »autentyczność«, »prawda«, »nieowijanie w bawełnę«"
Tak właśnie dokładnie mógłby z oburzeniem powiedzieć śp.tow.Władysław Gomułka czy Jego spec od kultury, śp.tow.Zenon Kliszko. Np. o książkach śp.Marka Hłaski. P.prof. dr hab.Magdaleny Środowa musi, jeśli to czyta, przyznać mi rację.
Dalej jest już tylko gorzej. P.prof. dr hab.Magdalena Środowa z rozpędu uznaje za sprzeczne z grzecznością i poprawnością polityczną takie określenia jak: "bullterrier", "ciamciaramcia", "cieniasy", "dyplomatołki", "łże-elity" i "Mengele polskiej gospodarki"!
To było o tym, co p.prof. dr hab.Magdaleny Środowa napisała. A teraz o tym, czego nie napisała.
Nie napisała o tym, że wszystkie te zjawiska, pozytywne i negatywne, są efektem demokratyzacji. Lud wtargnął na salony – pani Profesoresso!
Chcieliście d***kracji? No, to ją macie!


© Janusz Korwin–Mikke
12 września 2016
źródło publikacji: „Rozbiór p.prof. dr hab.Magdaleny Środowej”
www.korwin-mikke.pl



* Różnica 4 pkt IQ jest bardzo niewielka i w przeciętnej populacji mało zauważalna. Zupełnie inaczej jest w grupach ekstremalnych. Rozrzut wszelkich cech (również inteligencji) jest wśród mężczyzn większy, niż wśród. Wśród mężczyzn jest więcej świętych – i więcej przestępców. Więcej idiotów – i więcej geniuszów. Dlatego wśród uczonych wysokich lotow kobiet prawie w ogóle nie ma.





Magdalena Środowa:

„Trumpomowa. Bronię poprawności politycznej”


„Poprawność, czyli pokolenie pierdołów?”

"Wszyscy potajemnie mają dość poprawności politycznej i generacji całowania się po tyłkach. Żyjemy w pokoleniu pierdołów" - powiedział ostatnio w wywiadzie Clint Eastwood i doprecyzował: "Pokolenie pierdołów to wszyscy, którzy mówią: nie możesz zrobić tego, nie możesz zrobić tamtego, nie wolno ci tego powiedzieć". Eastwood oświadczył, że będzie głosował na Donalda Trumpa, który nie jest "pierdołą". Trump mówi, jak jest (cytaty za "Wyborczą" z 5 sierpnia).
Clint Eastwood: 'Wszyscy mają dość poprawności politycznej, a Trump mówi to, co myśli'

Trumpomowa staje się zjawiskiem coraz bardziej popularnym, nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Hejtujący internauci, politycy, ale też ludzie wykształceni okazują coraz większą pogardę dla językowych norm grzeczności, kultury osobistej i poprawności politycznej. Liczy się "autentyczność", "prawda", "nieowijanie w bawełnę". W Polsce mamy więc prawdziwy wyścig w unieważnianiu norm dyskursywnej kultury osobistej i promowaniu "walczących słów". Nawet Kościół przymyka oczy na szerzących nienawiść księży. Wrogiem nie jest bowiem ani chamstwo, ani faszyzm, tylko poprawność polityczna, która - jak stwierdził ostatnio minister Błaszczak - niszczy Europę.

Pierwsze: nie krzywdź


Jako zbiór norm dotyczących używania języka poprawność polityczna pojawiła się w świecie akademickim w 1988 r. Na Uniwersytecie Michigan wprowadzono wtedy wewnętrzne regulacje zabraniające dyskryminacji; dotyczyły one przede wszystkim kwestii rasowych, pochodzenia etnicznego, wyznania, płci, orientacji seksualnej, stopnia sprawności fizycznej. Z czasem określenie "poprawność polityczna" zaczęło dotyczyć nie tylko języka akademickiego, ale również politycznego i potocznego. Jak pisał Umberto Eco, "jest czymś ludzkim i uczciwym wyeliminować z potocznego języka słowa, które zadają ból".

Poprawność polityczna chroni przede wszystkim osoby należące do grup trwale dyskryminowanych, stereotypizowanych, pogardzanych, takich jak Cyganie, kalecy, Murzyni, "polaczkowie" - a według Eco - również śmieciarze czy sprzątaczki. Jej celem jest zastąpienie krzywdzących zwrotów czy stereotypów określeniami neutralnymi (Rom, niepełnosprawny itp.).

Niech żyje spontaniczność!


Jednak to nie zwolennicy poprawności politycznej wprowadzili ją do publicznego obiegu, lecz jej krytycy, głównie konserwatyści, według których poprawność polityczna jest sztuczna, zubaża język, niszczy tradycję, "naturalność i autentyczność", stanowi formę nowej cenzury, jest "policją myśli" oraz "skandaliczną deformacją języka codziennej komunikacji uniemożliwiającą językowi przekazanie rzeczywistości taką, jaka jest". Przeciwnicy poprawności politycznej to więc ci, którzy cenią spontaniczność, naturalność języka oraz "prawdę", która się w niej objawia.

Pytanie tylko, kiedy nasz język był "naturalny" i czy przypadkiem cała kultura nie jest systematycznym odchodzeniem od spontaniczności i naturalności, jaka niewątpliwie towarzyszyła naszym niecywilizowanym przodkom.

Grzeczność, głupcze, grzeczność


Trudno powiedzieć, kiedy w naszej kulturze pojawiły się i upowszechniły normy grzeczności, w tym językowej. Niektórzy twierdzą, że już za czasów Homera, inni - że wraz z późnośredniowieczną kulturą dworską, jednak ich systematyczne opracowanie i wdrażanie odnotowano dopiero w XVI wieku, gdy wyrafinowane zasady dworskiej kurtuazji zostały zastąpione bardziej ogólnymi normami "ucywilizowania", "galanterii", "grzeczności" i "uprzejmości".

Początkowo dotyczyły one spraw podstawowych. W wydanej w 1530 r. książce "De civilitate morum puerilium" ("O wytworności obyczajów chłopięcych") Erazm z Rotterdamu zajmuje się externum corporis decorum, czyli zewnętrzną ogładą; poucza, jak należy się zachowywać przy stole, w kościele, na spotkaniach towarzyskich, w sypialni, szczegółowo zajmuje się kwestią wydzielin, puszczania wiatrów, plwocin, bekania, mlaskania, a także posługiwania się łyżką, chusteczką do nosa oraz wymową. Jego książka miała około 200 wydań, została przetłumaczona na kilka języków, obowiązywała jako podręcznik szkolny dla chłopców, stała się też matrycą dla mnóstwa adaptacji i naśladownictw. U nas ukazał się "Dworzanin polski", w którym Łukasz Górnicki kreślił sylwetkę idealnego dworzanina, to znaczy osoby, która łączyła pochodzenie, wykształcenie i pozycję z ogładą towarzyską, pięknym językiem, powściągliwością i honorem. Wszystkie te prace miały na celu humanizowanie stosunków międzyludzkich poprzez modelowanie reakcji emocjonalnych, zwłaszcza zaś skłonności do spontanicznego reagowania, jak również do agresji i okrucieństwa. Także w mowie.

W 1694 r. François de Callieres wydał książkę, która stanowić może XVII-wieczny podręcznik poprawności politycznej. Dotyczył on "dobrych manier w sposobie wyrażania się". Autor sformułował wiele szczegółowych zaleceń dotyczących tego, jak mówić, jakich używać zwrotów i wyrażeń, by być traktowanym jak "osoba z towarzystwa" (przykładowo: "ludzie z towarzystwa nie mówią o kimś, kto umarł, że jest nieboszczykiem (...), mówi się zmarły (...), nieboszczyk to określenie bardzo niestosowne"). We wszystkich zaleceniach chodziło o to, by człowiek kulturalny, a zarazem obywatel, odróżniał się od nieuka, chama, lokalnego barbarzyńcy czy człowieka prywatnego.

Poprawność polityczna w tym kontekście to pewien etap w rozwoju grzecznościowych form języka. W niczym nie ogranicza on ani jego bogactwa, ani naszej wolności, bo trudno przecież zgodzić się z opinią, że jeśli ktoś kogoś piętnuje i obraża, to jest bardziej wolny niż ten, kto tego nie robi. Być może cham jest bardziej naturalny i spontaniczny, ale czy naprawdę chcielibyśmy żyć w społeczeństwie chamów?

Można oczywiście postawić zarzut, że tak rozumiana poprawność jest pewną formą udawania, nieszczerości czy zgoła hipokryzji, ale przecież wszystkie zasady grzeczności i kultury osobistej są pewną formą udawania. Udawaniem formy.

Koniec Wersalu i przetrącony Colargol


Ani grzeczność, ani poprawność polityczna nie zubaża języka, przeciwnie, może rozwinąć semantyczną wyobraźnię jego użytkowników (Eco zaleca, by np. zamiast słowa "śmieciarz" używać określenia "operator ekologiczny"). Kultura osobista i poprawność nie powinny też ograniczać siły oddziaływania języka w polityce.

Polityk może i powinien wykorzystywać wszystkie jego funkcje: perswazyjne, emotywne, normatywne, imperatywne, performatywne. Ale też powinien być świadom ich granic. Wyznaczają je prawo, przyzwoitość i kultura osobista, Erazmiańskie decorum. Tymczasem te granice zdają się gwałtownie zanikać.

Kiedy w Polsce zaczęła się brutalizacja języka publicznego? "Koniec Wersalu" ogłosił, jak wiadomo, Andrzej Lepper, choć on i jego ludzie używali raczej języka dosadnego i prostackiego niż brutalnego. Posłanka Beger z Samoobrony mówiła o "kurwikach w oczach" i że "lubi seks jak koń owies" (2006), co przechwytywały głównie tabloidy, bawiąc i dziwiąc opinię publiczną. Ale gdy w tym samym roku Adam Michnik odwołał się do norm poprawności politycznej, krytykując Anitę Błochowiak za użycie słowa "pedały", pani poseł przeprosiła. "Nie powinnam" - powiedziała.

Gdy trzy lata później Michał Kamiński (PiS) nazwał jakiegoś polityka "pokemonem" i "przetrąconym Colargolem", media uznały, że przekroczył normy dobrego smaku. Opinia publiczna była już oburzona. W październiku 2007 r. za "niebywałe chamstwo" uznał Jarosław Kaczyński mówienie przez Tuska o "braciach Kaczyńskich" zamiast o "prezydencie Lechu Kaczyńskim i jego bracie". Kaczyński wyjaśniał wtedy, że "bracia Kaczyńscy to zjawisko biologiczne, nie polityczne".

W ciągu następnych lat pojawiało się coraz więcej "barwnych" określeń pomału przekraczających normy grzeczności i poprawności: "bulterier", "ciamciaramcia", "cieniasy", "dyplomatołki", "łże-elity", "Mengele polskiej gospodarki", "oszust ulegający lobby żydowskiemu" (dla przypomnienia: to Rydzyk o Lechu Kaczyńskim). Taki język po kilku latach już nie stanowił sensacji medialnej, był zbyt powszechny i pomału wchodził w naturalny obieg politycznego dyskursu. Coraz więcej polityków rozumiało, że dzięki "bezpośredniości" sformułowań, "spontaniczności", a często i braku poczuciu wstydu czy zwykłemu chamstwu, mogą się stać bardziej widoczni, mogą zbić polityczny kapitał.

Politykom wtórowały media. Gdzieś pod koniec 2010 r. skończył się okres telewizyjnych debat, na które zapraszano intelektualistów i ekspertów. Zaczął się okres telewizyjnego show (każdy uczestnik ma kilka minut na spektakularne zaprezentowanie swojego stanowiska), a zamiast ekspertów pojawiali się "barwni" politycy. Im "barwniejsi", tym częściej.

Puszka Pandory


Puszka Pandory z trumpomową otwierała się najpierw pomału, były obawy (nadzieje?), że ze strony opinii publicznej pojawią się napomnienia, gwizdy, odrzucenie. Jeśli się pojawiały, to nie miały żadnego znaczenia. Puszka otwierała się więc szybciej i coraz więcej potworów z niej wychodziło.

Nowy impuls (by nie powiedzieć: kopa) dał jej PiS. Już nie było "cieniasów", tylko "zdrajcy", nie było "katastrof", ale "zamachy", nie było "III RP", lecz "Polska w ruinie". Agresja werbalna, etykietowanie, stereotypizowanie, a przede wszystkim dyskredytacja językowa przeciwnika politycznego (każdego nie-PiS) - polegająca na odbieraniu autorytetu, podważaniu zaufania, wiarygodności, kompromitowaniu - zalały scenę publiczną. PiS stworzył alternatywną rzeczywistość, w której obrębie nie obowiązują żadne reguły, lub alternatywną poprawność polityczną, w której obrębie obowiązują wyłącznie reguły PiS-u.

Triumf trumpomowy


Polityczny sukces trumpomowy opiera się na przełamaniu trzech granic. Pierwsza to ta, która dzieliła sferę prywatną od publicznej. W domu, wśród przyjaciół czy kumpli można było powiedzieć wszystko to, czego nie można było mówić publicznie. Język publiczny podlegał bowiem określonym standardom. Nowość trumpomowy polega na tym, że unieważniła te standardy. Dziś wygrywa ten, kto mówi jak do kumpli, nie jak do obywateli i obywatelek.

Druga granica to ta, która dzieliła elity, bardzo szeroko rozumiane, od ludzi prostych i nieokrzesanych. Dziś do miana elit pretendują szafarze prostactwa, ignorancji i prymitywizmu.

Trzecia to ta, która kontrolowała ludzką emocjonalność, ambicjonalność, spontaniczność - poczuciem wstydu lub honoru. Dziś wstyd i honor należą do zbioru wartości zapomnianych lub wyszydzanych.

Dziś można mówić wszystko. Każdy polityk może być hejterem. Każdy hejter politykiem. Kultura nie obowiązuje, grzeczność jest naiwnością przegranych, poprawność jest hamulcem skutecznej polityki narodowej i "wrogiem Europy". Trumpomowa celebruje dziś swój triumf.





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz