UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

WSI mobilizują nieboszczyków

        Czego to komuniści nie wymyślą! Kiedy za rządów Edwarda Gierka, które spora część, być może nawet większość Polaków wspomina z nostalgią, rzucono hasło „jedności moralno-politycznej narodu” - oczywiście pod przewodnictwem PZPR Naszej Partii, no bo jakże by inaczej – dworowaliśmy sobie w podziemnych gazetkach, że pod przewodnictwem PZPR Naszej Partii znaleźli się wskutek tego zarówno partyjni, jak i bezpartyjni, wierzący, jak i niewierzący, a nawet – żywi i umarli, no bo jak wszyscy – to wszyscy. Bodajże właśnie wtedy Jan Lityński sformułował wiekopomne „prawo Lityńskiego”, przestrzegające przed sprowadzaniem różnych partyjno-rządowych inicjatyw do absurdu.
– Jak oni to usłyszą, to na pewno tak właśnie zrobią – ostrzegał Lityński.

        I rzeczywiście. W roku 1997 uczestniczyłem w zorganizowanej przez telewizję w Łodzi debacie na temat reformy ubezpieczeń społecznych. Wśród zaproszonych do studia gości był prof. Hausner, pani minister Lewicka, pani posłanka Ewa Tomaszewska i ja. Utytułowani dyskutanci przerzucali się uwagami na temat pierwszego, drugiego i trzeciego filaru systemu ubezpieczeń społecznych, tymczasem ja siedziałem i słuchałem. Zlitowała się nade mną pani redaktor i zapytała, czy nie chciałbym czegoś powiedzieć. Odparłem, że powiedzieć to nie – ale korzystając z okazji, że jest między nami pani posłanka Ewa Tomaszewska, którą znam jako kobietę uczciwą, to chciałbym ją o coś zapytać w przekonaniu, że powie nam prawdę. - Niech pan pyta – pozwoliła mi pani redaktor, więc zapytałem uradowaną z publicznej pochwały panią Tomaszewską, czyją własnością będą pieniądze zgromadzone na tzw. drugim filarze, czyli w Otwartych Funduszach Emerytalnych. - Własnością ubezpieczonego – odpowiedziała pani Tomaszewska. - Aha – ucieszyłem się. Ale żeby się upewnić, zapytałem dodatkowo - Zatem jeśli taki ubezpieczony wpadnie, dajmy na to, na pomysł odbycia podróży dookoła świata, pójdzie do Funduszu i poprosi o wypłacenie mu jego pieniędzy, to Fundusz wypłaci mu je bez mrugnięcia okiem? - No nie – odpowiedziała pani Tomaszewska. - Jak to „nie”? - zapytałem zdumiony. - Właścicielowi, na jego żądanie, Fundusz nie wypłaci jego pieniędzy? - Bo każdy by tak chciał – wyjaśniła pani Tomaszewska, zaś pan prof. Hausner dodał: „pan to wszystko sprowadza do absurdu”. Dzisiaj, odkąd w 2008 roku niezawisły Sąd Najwyższy uznał, że pieniądze w OFE nie są żadną „własnością ubezpieczonych” tylko częścią „funduszy publicznych”, co umożliwiło rządowi Donalda Tuska wzięcie stamtąd 140 miliardów złotych i umożliwi obecnemu rządowi wzięcie pozostałej reszty gwoli sfinansowania obywatelom rozmaitych dobrodziejstw, by - podobnie jak dzisiaj z nostalgią wspominają rządy Edwarda Gierka – z podobnym sentymentem wspominali rządy prezesa Jarosława Kaczyńskiego, kiedy już lichwiarska międzynarodówka weźmie nas za mordę – pozbywamy się również i tego złudzenia, że w naszym nieszczęśliwym kraju ostoi się czyjakolwiek własność – no, może z wyjątkiem własności żydowskiej, zwłaszcza gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik przyciśnie nas trochę mocniej – kiedy rządowi zabraknie pieniędzy na różne dobrodziejstwa, którymi za nasze pieniądze pragnie nas obsypać. Już choćby z tego przykładu widać, że granica między rzeczywistością, a absurdem wcale nie jest wyraźna, o ile w ogóle jeszcze istnieje.

        Toteż bez specjalnego zaskoczenia opinia publiczna potraktowała wywiad, jaki żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana red. Michnika, przeprowadziła z księdzem Józefem Tischnerem. Nie byłoby w tym nic specjalnie osobliwego, gdyby nie to, że ksiądz Tischner już od ponad 16 lat nie żyje i to w dodatku – cały czas. Oczywiście dla funkcjonariuszy „Gazety Wyborczej” to nie jest żadna przeszkoda; za pierwszej komuny funkcjonariusze „Trybuny Ludu” nie takie rzeczy wyciągali od świadków. Na przykład – mnóstwo ludzi na własne oczy widziało, jak amerykańskie samoloty zrzucają wrogą stonkę wprost na ziemniaczane plantacje spółdzielni produkcyjnych. Dzisiaj oczywiście mamy inny etap, na którym obowiązują inne mądrości, toteż o stonce zrzucanej z amerykańskich samolotów nikt nawet się nie zająknie. Dzisiaj stonkę mogą zrzucać najwyżej samoloty rosyjskie – a i to do czasu, gdy Amerykanom znowu się odmieni, dokonają kolejnego „resetu” i pan red. Michnik znowu będzie spotykał się z Włodzimierzem Putinem w Klubie Wałdajskim, gdzie podobno można było znakomicie wypić i zakąsić. Ta umiejętność ma zresztą u nas długą tradycję; już Aleksander Fredro wkłada w usta Rejenta Milczka sentencję, że „nie brak świadków na tym świecie”, a kropkę nad „i” w powieści „Kariera Nikodema Dyzmy” stawia adwokat konsystorski, któremu Nikodem Dyzma powierzył prowadzenie sprawy unieważnienia małżeństwa Niny Kunickiej z grandziarzem i hochsztaplerem Kunickim, który tak naprawdę nazywał się „Kunik”. Na spostrzeżenie Dyzmy, że niektórzy świadkowie już nie żyją, adwokat pyta, czy Dyzma naprawdę uważa, że wydobycie zeznań zza grobu powinno kosztować taniej? A któż lepiej od funkcjonariuszy „Gazety Wyborczej” może wiedzieć, jak się takie zeznania wydobywa? Przecież na takich właśnie relacjach opiera się jeśli nie cały, to w każdym razie znaczna część „przemysłu holokaustu”, a w Stanach Zjednoczonych – o czym sam mogłem się przekonać – w miarę upływu czasu pojawia się coraz więcej tak zwanych „świadków historii”, którzy na obstalunek zeznają, co tylko trzeba. Podobnie zresztą było i w Polsce za pierwszej komuny, o czym w swoim „Dzienniku 1954” wspomina Leopold Tyrmand. Oto podczas jakiegoś zjazdu rewolucjonistów z całego świata zasłabł grecki rewolucjonista Apostologs Grozos. Do hotelu sejmowego, gdzie rewolucjoniści kwaterowali, wezwano tedy doktora Dobrzańskiego, który próbował się z pacjentem porozumieć w różnych językach: a to po angielsku, a to po francusku, ale bez skutku. Próbował też po rosyjsku, ale Grek w obecności ubeckiej nadzorczyni o manierach ruskiego generała, po rosyjsku też nie rozumiał. Wezwano tedy rewolucjonistkę z Argentyny, co znała wszystkie języki świata. Zagadała ona do Greka w narzeczu, które doktor Dobrzański, nawiasem mówiąc, z pierwszorzędnymi „korzeniami”, pamiętał z przedwojennych Nalewek. Zrobił pacjentowi zastrzyk i pożegnał go życzliwym: „a giten cześć!” Okazało się, że „Grek” jest uczestnikiem tzw. „cyrku Stalina”, w którym żydowscy absolwenci komunizmu z ulicy Gęsiej lub Smoczej w Warszawie, przedstawiają, a to argentyńskich peonów, a to bohaterskich Malajów. Sama z nimi wygoda; takiego jednego z drugim peona, czy Malaja całymi tygodniami trzeba by uczyć, jak ma nawijać, podczas gdy tubylczy absolwent komunizmu chwyta mądrości etapu w lot. No to dlaczego on nie ma być świadkiem? Okazuje się, że za sprawą żydowskich migracji, stalinowskie wynalazki znakomicie przyjęły się i sprawdzają również w Stanach Zjednoczonych!

        Ksiądz Tischner został przez funkcjonariusza „Gazety Wyborczej” przesłuchany na okoliczność katastrofy smoleńskiej i nie trzeba chyba dodawać, że rozsmarował złowrogiego Antoniego Macierewicza na podłodze. Taki wywiad może być pośrednim dowodem na istnienie życia pozagrobowego, nawet jeszcze lepszym od tych, które co i rusz odkrywa judeochrześcijański portal „Fronda”, bo tam podają jakieś mgliste poszlaki, a tu proszę – świadkuje nam sam ksiądz profesor Tischner we własnej osobie! Ale nie o to przede wszystkim chodzi, tylko o to, że na potrzeby ostatecznej rozgrywki z rządem, Wojskowe Służby Informacyjne mobilizują wszystkie rezerwy. Nie tylko partyjnych, ale i bezpartyjnych, nie tylko niewierzących, ale i wierzących, nie tylko żywych, ale nawet umarłych!


© Stanisław Michalkiewicz
23 sierpnia 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA






Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2