UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Powstanie oczami „Miłej” (II)

Powstanie oczami „Miłej” część I

Miła padnij

Nie miałam nigdy inklinacji na bohatera i nim nie byłam. Pokonywałam trudy w jakich znajdowałam się w powstaniu warszawskim, ale uporczywie prześladowała mnie myśl, że miałam kiedyś własne ciepłe łóżko i wtedy istniała szansa przespania spokojnej nocy. Trzeba było walczyć nie tylko z wrogiem, ale stale zwalczać swoje własne słabości, a z tym było coraz trudniej. Godzina "W" była już niejednokrotnie opisywana. W drugiej połowie września 1944 roku entuzjazm, radość i triumfy były już za nami. Towarzyszyło nam coraz mniej przyjaznych spojrzeń. Ale przeważali ludzie wspaniali - ci którzy nosili biało-czerwone opaski i ci którzy ich nie nosili, 28-30 września, ostatnie dni obrony ostatniej pozycji Zgrupowania "Żubr" Dywizji "Żywiciel" - budynku Gdańska 2 i Straży Ogniowej na rogu Potockiej i Słowackiego na Żoliborzu. Jedynym środkiem żywnościowym jest alkohol z rozbitych piwnic Gdańska 2 i opuszczonego przez nas domu Gdańska 4. Chłopcy na pozycjach są bez zmiany, bo nie mamy już kim zmieniać. Błagają o wodę - nosimy im spirytus. Poległych już się nie chowa, bo nie ma gdzie i pozostają w miejscach gdzie zginęli. Piwnice na Słowackiego i Krechowieckiej przepełnione rannymi - na jednakowych prawach traktowani są żołnierz Powstania i ranni Niemcy.
Ginie szef łączności "Wariag" - st. sierżant Kazimierz Zarzycki. Dowodzenie przejmuje zastępca kapral Leszek Gajewski "Grom" ranny w ataku na Kolektorskiej i odznaczony za tę akcję Krzyżem Walecznych. Ma ogromne trudności z poruszaniem się ponieważ ma głęboką nie zagojoną ranę w okolicy biodra. Zadziwiająca rzecz, że do ostatniej chwili na Żoliborzu działała telefoniczna łączność polowa. Była to bezsprzecznie zasługa Szefa Łączności Dywizji por. "Słuchawki" /Józef Krzeski/. Bez przerwy pociski zrywają nam druty. Niestrudzone patrole w nocy i w dzień namacując rękoma przewody dokonują napraw. W bloku mieszkalnym przy ulicy Słowackiego sąsiadującym ze Strażą Ogniową bohaterska pani Zofia Pyżykowska ze swoich ostatnich zapasów gotuje nam zupę. Żeby ją dostarczyć w pełnym ostrzale trzeba nie lada odwagi. Ma dwoje dzieci w powstaniu - powróciła tylko córka. Budynek Straży jest już częściowo zbombardowany i ostrzelany pociskami artyleryjskimi. Niemcy bez przerwy go podpalają. Czołgi strzelają kilka metrów od budynku. Jedyna broń na czołgi to 10-cio strzałowe pepance i piaty /broń przeciwpancerna ze zrzutów alianckich/. Leszek łamie zakaz dowództwa i ukrywamy przez noc osoby cywilne. Jest to pani mgr farmacji z dwojgiem małych dzieci. Mąż w powstaniu. W drugiej połowie sierpnia miałyśmy w jej mieszkaniu na Gdańskiej kwatery. Zwracała nam stale uwagę, że rozlewamy wodę w łazience i plamimy olejem parkiet /nie da się wywiórkować/, który nosiłyśmy z narażeniem życia dla ludności cywilnej ze zdobytej przez kompanię Kwarcianego /por. Jerzy Zdrodowski/ olejarni na Marymoncie. Oddaliśmy jej teraz wszystko co nadawało się do jedzenia i miejsce na pryczy. Nogi mam we wrzodach, a na nogach oficerskie buty po rannym koledze. Wstrzykują mi propidon i dostaję wysokiej temperatury. Wiemy, że to nasze ostatnie godziny. Jedni mówią, że jutro spotkamy się u Piotrusia, a drudzy, że przeprawimy się przez Wisłę. 30 września godzina 7-ma rano, otrzymujemy wiadomość telefoniczną od dowództwa: "Trzymać się godzinę, za godzinę radykalne zmiany". Trzymamy się godzinę pełni nadziei, a o 8-mej otrzymujemy rozkaz wycofania się w kierunku Szklanego Domu na ulicy Mickiewicza. Zgrupowanie wycofuje się planowo - Major "Żubr" i poczet, łączność, kompania II por. "Starży", III kompania, kompania I Kwarcianego - osłania IX kompania dywersji. W piwnicznym szpitalu przy ulicy Słowackiego leży ranny dowódca III kompanii "Ojciec Marian" /por. Redwan/. Leszek przyrzekł mu, że w razie odwrotu da mu znać. Wpada do szpitala. Czekam na niego w rowie łącznikowym. Obok mnie szybko przebiegają plutony i kompanie naszego Zgrupowania. Przebiega "Korwin" /Weloński Kazimierz/ - "serwus żabka" - jest straszliwie wysoki, zgięty w pół jeszcze wystaje z rowu. To już dywersja - IX kompania, która osłania nasz odwrót. Leszek wraca, biegniemy, tracę przytomność. Cuci mnie biciem po twarzy. Zostawiamy sprzęt. Biegniemy dalej. W przelotowej bramie Krechowiecka 6 przytulona do muru, oszalała z przerażenia siwa od pyłu i gruzu pani B z dwojgiem dzieci. Podwórze - Krechowiecka 6 to nasz cmentarz z sierpniowych dni. Leży tam również najmłodszy brat Leszka strzelec "Wiśnia" Zdzisław Gajewski. Na Cieszkowskiego pada pocisk, przysypuje mnie ziemia, są zabici i ranni. Naprzeciwko mnie Leszek, który poznaję po ruchu warg krzyczy " Cała jesteś - cała? " tracę przytomność. Odzyskuję ją w piwnicy na Cieszkowskiego. Słyszę krzyk: " wody, wody! ". Atmosfera nieprzychylna. Nasza obecność naraża ludzi. Błagam Leszka: " Zostaw mnie, uciekaj ". Zrzucam marynarkę - wpadamy do rowu łącznikowego, dobiegamy do leju po bombie - kończy się rów łącznikowy. Wyglądam - do przebiegnięcia ulica Mickiewicza - naprzeciwko Szklany Dom. Jest godzina 11-ta. W górze niemieckie samoloty. Za nami czołgi, niemiecka piechota, karabiny maszynowe i ostrzał artyleryjski. Natarcie idzie z trzech stron. Na jezdni zwalone drzewa, trupy i ranni. W kończącym się rowie łącznikowym i leju gromadzi się coraz większa masa wycofujących się. Jestem z lewej strony, w środku Leszek, z prawej jego strony nieznany mi żołnierz. Wychyla się do wybiegu. Kula przeszywa mu głowę - mózg rozpryskuje się na plecach Leszka. Leszek krzyczy: "Biegnij" za chwilę będzie z nas marmelada". Wypycha mnie z leju. Biegnę - naprzeciwko w podcieniach Szklanego Domu stoi Cyganka /Aniela Zawadka/. Przeraźliwie krzyczy: "Miła - padnij - padnij." Padam, podrywam się, padam - dobiegłam. Odwracam się. Leszek leży za lejem przed asfaltem jezdni Mickiewicza. Krzyczę: "Leszek, Leszek, Grom". Podnosi twarz jak papier, oczy zamknięte, dostaje kulę-pod lewą łopatkę, głowa opada, porusza nogami jak w agonii. Tracę przytomność. Odzyskuje ją w piwnicy na Tucholskiej godz. 16.00 - leżę na węglu. Z sąsiedniej piwnicy słyszę głos Tofka / plut. pchor. Alek Matejkowski/ "Panie majorze - Grom nie żyje". Odzywam się - wchodzi Tofek: "Słuchaj - Grom żyje, jest w szpitalu - nie można do niego dojść". Łomocze mi w głowie - kłamie, kłamie. Byłam ostatnią żywą z tego leju, która dotarła do Szklanego Domu. Ojciec Marian zginął również. Urwało mu obie nogi. Zginęli obaj adiutanci majora - ppor. "Dąb" i ppor. "Czech". Otrzymujemy rozkaz wstrzymania ognia - pertraktacje dowództwa. Godz. 19-ta - kapitulacja. Żołnierze Armii Ludowej, którzy idą z nami do niewoli otrzymują legitymacje AK - podpisuje płk. "Żywiciel". Noc - straszliwa cisza - tragiczna cisza. Ponieśliśmy ogromne straty. Ostatni z braci Gajewskich - "Urwis" usiłuje popełnić samobójstwo. Cyganka podbija mu ręke. Ostra wymiana zdań. "Nie powiem mamie, że Leszek zginął". Idziemy dc niewoli. Nie ma Powstania, nie ma Warszawy, nie ma najbliższych. Jestem w pierwszej czwórce. Obok mnie major "Żubr" /Władysław Jeleń-Nowakowski/, łączniczka Małgorzata. /Maria Rago/, Kpt. Romański. Dochodzimy do placu Wilsona. Ustawiają nas przed rowem łącznikowym, przed którym stoją karabiny maszynowe. Żoliborz płonie. Ruiny, oczodoły okien, Pod nogami szkło. Niedaleko w ciemnościach leży Leszek. Po obu naszych stronach szpalery Wermachtu. Jedyna satysfakcja, że są tak samo zmordowani, zarośnięci i brudni jak my. Automatycznie wykonuję to co moi dowódcy - zatrzymuję moje parabellum, które mi podarował pchor. Zawieja. Żołnierze rzucają broń /poprzednio celowo uszkodzoną/, tworzą się stosy. Obie z Małgorzatą mamy na nogach oficerki, włosy schowane pod furażerkami. Otaczają nas Niemcy: "Hande hoch!" - zabierają nam broń. Mam na sobie bryczesy niemieckie po rannym koledze. W kieszeniach była zakrzepła krew, więc wycięłam kieszenie. Niemiec wkłada mi do otworów kieszeni ręce, odruchowo opuszczam swoje. Zorientował się, że jestem dziewczyną. Zrzuca mi furażerkę z głowy, wypadają długie włosy. Wrzeszczy: "Tutaj są kobiety!". Wyciągają nas z szeregów. Wtedy wystąpił mjr Żubr. Mówił dobrze po niemiecku. Głos miał donośny. Darł się tak samo na Niemców jak Niemcy na nas - "Te kobiety były żołnierzami i mają być traktowane jak żołnierze". Ostatnie zdanie Niemca: "Zadaniem polskiej kobiety mordować". Odłączają nas i dzielą na grupy: oficerowie, podchorążowie, łączniczki, sanitariuszki i żołnierze. Pędzą nas przez wymarły Żoliborz na Powązki, gdzieś między cywilnymi i wojskowymi. Były tam baraki podobne do stajni. Ginie tam ostatni żołnierz naszego oddziału, który przyszedł z nami z Kampinosu, "Praktykant" z Zaborowa Leśnego /Zdzisław Zieliński/. Nasza kwatera na Cmentarzu Powązkowskim to głównie żołnierze nieznani, żołnierze, którzy polegli przeważnie 30 września 1944 roku, nie zostali pochowani, przeleżeli kilka miesięcy na ulicach i placach Żoliborza, których identyfikacja po wojnie była już niemożliwa. "Praktykant" nie chciał zdjąć biało-czerwonej opaski, mimo że zagrozili mu bronią. Zastrzelili go na miejscu. Ostatnich przypędzili chłopców - żołnierzy. Tych najmłodszych kopali i bili. Koczujemy przez noc. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, wszyscy wydają mi się dziwnie obcy. Znajduje mnie Korwin: "Serwus...", ale "żabka" nie przechodzi mu już przez usta. Zrozumiał, że Leszek nie żyje. Dręczę się, że nie dotarłam do Leszka. Jestem jak żywy trup. Rano - budy. Wiozą nas do Pruszkowa. Jesteśmy za drutami. Boy - Janek Ogulewicz obcina nam nożem włosy - mamy wszy. Do drutów nie wolno podchodzić. Widzimy pędzoną ludność cywilną - nie kończący się pochód śmiertelnie zmordowanych ludzi. Nie możemy rozpoznać twarzy - zbyt daleko. Ktoś mi dał świstek papieru, piszę list do ciotki do Żyrardowa Janiny Petasz. Wachman z drugiej strony drutu jest stary i mam wrażenie, że nam współczuje. Patrzymy na siebie, daje mi znak. Podbiegam i wyrzucam kartkę. Dowiedziałam się po wojnie, że ją doręczył, mimo, że adres podałam mylny. Major zbiera w hali resztki swojego Zgrupowania. Przemawia do nas: "Czołem Żubry" - "Czołem Panie Majorze" - echo niesie przemówienie - dziękuje nam i życzy spotkania w wolnej Polsce. Niemcy nie zdążyli zareagować. Do hali wkroczył oficer Abwery i obwieścił, że pozostają żołnierze Armii Krajowej, żołnierze Armii Ludowej przechodzą do hali sąsiedniej. Dowódcy Armii Krajowej, którzy zatrzymają w swoich szeregach żołnierzy Armii Ludowej będą rozstrzelani. Podział nie nastąpił - wszyscy szliśmy do niewoli jako Armia Krajowa. Po dwóch dniach załadowali nas do bydlęcych wagonów z kolczastymi drutami w małych otworach okiennych, dowieźli nas Skierniewic i postawili na bocznicy. Jedzie około 300 dziewcząt i kobiet-łączniczek i sanitariuszek. Jest z nami starsza pani - komendantka Żoliborska Pani Zofia Czerska "Sawa". Straciła najbliższych członków rodziny. Na bocznicy otwierają nasz wagon i pędzą nas wszystkie do ogromnego baraku z ziemią zamiast podłogi. Siadamy w kucki pojedynczo pod ścianami i łudzimy się, że może nam dadzą pić lub jeść. Do baraku wchodzi dwóch esesmanów, jeden chudy, wysoki drugi gruby, niski. Ręce założone do tyłu. Dokonują przeglądu siedzących pod ścianami - cisza jak makiem zasiał - przyglądają się nam. Wysoki zatrzymuje się przede mną. Pewnie jestem dla niego typem nordyckim. Mierzymy się wzrokiem - nie spuszczam oczu. Ostatni akt mojej odwagi. Mam te nieszczęsne oficerki ma nogach, furażerkę z blało-czerwonym proporczykiem i orłem i granatową policyjną pelerynę, którą dał mi w ostatniej chwili "Urwis". Esesman kiwa na mnie palcem - nie wstaję. Naokoło szepty: "Miła - wstań, wstań". Nie wstaję - myślę teraz mnie zastrzeli. Pada pytanie: "Wo ist Dolmetscher?". Podrywa się 19-sto letnia Duda /Wanda Kwaśnińska-Złota/ - dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie. Esesman coś do niej mówi. "Duda" wolno się odwraca: "Zabierają ciebie i mnie". Wstaję i wyprowadzają nas z baraku. Wsiadamy do dorożki, oni siadają my stoimy w środku. Przez Skierniewice pędzą powstańców z Mokotowa. Dorożka zatrzymuje się przed Gestapo. Wprowadzają nas do dużego pomieszczenia biurowego. Dudę sadzają plecami do mnie, naprzeciwko Dudy siada gruby esesman. Dzieli nas odległość kilku metrów. Do mnie wzywają tłumacza. Przychodzi cywil ze swastyką na rękawie. Przesłuchanie - tłucze mi się po głowie myśl czy będę bita. Esesman zakłada papier z kilkoma kalkami do maszyny. Usiłuję zebrać myśli - nie ma Warszawy, nie ma rodziny, nie ma nic. Podaję prawdziwe nazwisko: "Szuch". Pada komentarz: "Niemieckie nazwisko". Odpowiadam: "Polskie". Maszyna stuka. "Data urodzenia" - podaję:"1929". Esesman każe mi wstać i zdjąć wierzchnią odzież. Mają wątpliwości czy naprawdę mam piętnaście lat. Oglądają mnie. Pyta: "Wykształcenie" - "cztery klasy gimnazjum", "Konspiracyjne?" - "Konspiracyjne". "A gdzie ojciec?" - "W Oświęcimiu", "Za co?" - recytuję: "Szkodnik społeczny". "Od kiedy w konspiracji?" - "Od początku", "Co robiłaś w konspiracji?". Oblatuje mnie strach, żebyś wiedział co robiłam! Waham się. Podsuwa mi odpowiedź? "Kolportaż?", "Tak, kolportaż". "Co robiłaś w powstaniu?" - "Byłam łączniczką". Tłumacz nie zna tego słowa, pytają Dudę. Duda wyjaśnia: "Melderinn". Interesuje ich czy strzelałam. Wreszcie pada pytanie: "Jakie były oddziały na Żoliborzu?". Odpowiadam: "Armia Krajowa". Tłumacz szybko mi podpowiada: "Była też Armia Ludowa". Zaprzeczam: "Nie słyszałam o takiej". Wypytują mnie o ulice, gdzie byłam, ale mają słabe rozeznanie geograficzne Żoliborza i rozlokowania oddziałów. Następne pytanie: "Jakie były gazety w czasie Powstania?". Wyjaśniam, że nie czytałam gazet w czasie Powstania. Esesman oświadcza, że może mi udowodnić, bo były rozlepiane na Żoliborzu komunistyczne gazety. Zaprzeczam. Pyta mnie w jakim celu wycofywaliśmy się do Wiały. Odpowiadam, że chcieliśmy przeprawić się przez Wisłę. "Do komunistów?". Esesman wyciąga papier z maszyny i każe mi podpisać. Patrzę na położony protokół i świta mi myśl, że podałam prawdziwe nazwisko, a oni mogą zamieścić w celach propagandowych zupełnie inną treść. Oświadczam, że nie wiem co tu jest napisane. Podsuwa mi do przeczytania. Pewną znajomość niemieckiego posiadałam ze szkoły, ale informuję tłumacza, że ja tego nie rozumiem. Chwila straszliwego napięcia. Wołają Dudę, która była już po przesłuchaniu. Duda czyta treść moich zeznań i mówi mi: "Możesz podpisać". Po raz pierwszy w życiu podpisałam dokument urzędowy w dodatku w Gestapo. Niemiec nas wyprowadza i pędzi na dworzec. Na bocznicy stoi jeszcze nasz transport. Odnajdujemy wagon w którym są nasze koleżanki. Niezmierna radość z naszego powrotu. W bydlęcym wagonie mieścimy się na siedząco. Duda ma ranę na plecach, która bardzo swędzi. Pocieszam ją, że na pewno się goi. Błaga mnie o odwiniecie opatrunku, odwijam, a w ranie wesz na wszy. Ludzie podkradają się pod nasz transport i usiłują nam rzucać chleb. Piszę list na świstku papieru - wyciągam rękę przez druty - jakiś starszy pan wciska mi chleb i biały ser, podaję mu kartkę. Podbiega wachman, bije go po twarzy i głowie - człowiek słania się i ucieka z torów. Transport rusza - przed nami następny etap. Pan ten /Józef Onyśkór/ dostarczył wiadomość do Krakowa do mojego wuja, przepisał na kartce pocztowej najważniejsze wiadomości. Nigdy mu za to nie podziękowałam. Jak później dowiedziałam się podobno Gestapo przesłuchiwało szereg osób z naszego środowiska: oficerów, żołnierzy, łączniczki. Szukali informacji o Armii Ludowej, badali nasze nastroje i w niewoli naciskali komendę Armii Krajowej, żeby wysłać nas na bratobójczy front.

Nasi kapelani

15 VIII 1944 r. Zgrupowanie "Żubra" (mjr Władysław Jeleń Nowakowski) wracało z Kampinosu ze zrzutami alianckiej broni dla Powstania. Był to dzień Matki Boskiej Zielnej i rocznica "Cudu nad Wisłą" 1920 r. W Laskach przed wymarszem ksiądz kapelan "Radwan III" wygłosił do nas patriotyczne przemówienie, pobłogosławił, udzielił absolucji "In articulo mortis". Okazało się potem, że tym kapelanem był ks. Kardynał Stefan Wyszyński późniejszy Prymas 1000-lecia. Był w czasach stalinowskich więziony. W 1956 r. na wiecu w Politechnice Warszawskiej (byłam na wszystkich) usłyszałam, następujące wezwanie: - "Towarzysze, mówi do was czerwona Wola, uwolnić kardynała Wyszyńskiego i połączyć rząd londyński z warszawskim". Kardynała uwolniono !!! Mjr ks. Zygmunt Trószyński "Alkazar" proboszcz parafii pod wezwaniem Marii Królowej Korony Polskiej (kościół przy ulicy Gdańskiej na Górce), był kapelanem batalionu "Żubr". Była to postać niezwykła pod względem dobroci i siły ducha. Całe swoje życie poświęcił biednym, szczególnie dzieciom z Marymontu. Przed wojną i w czasie wojny organizował pożywienie, ciągle starał się o środki na te cele. W Powstaniu był wśród nas, spowiadał, rozgrzeszał, komunikował. Kiedy po wojnie w 1946 r. wróciłam do Warszawy i nie było jeszcze pełnej ekshumacji naszych poległych, szukałam grobów naszych kolegów i przyjaciół. Nagle zobaczyłam wśród tych mogił stojącego ks. "Alkazara" zawołałam: - "Proszę księdza, ja jestem od "Żubra"". Ksiądz położył palec na usta i powiedział: - "Cicho, moje dziecko, teraz nie można o tym głośno mówić". Ksiądz założył bursę dla sierot po poległych powstańcach i został aresztowany przez UB. W czasie odwilży uwolniono go, chodził w strasznie starej, zniszczonej sutannie. Był już emerytem i mieszkał pod Warszawą w domu dla księży emerytów. Złożyliśmy się i kupiliśmy księdzu piękną sutannę. Ksiądz przyjął prezent, ale nadal chodził w starej (zrudziałej, połatanej). Okazało się, że nową sutannę sprzedał innemu księdzu. Potrzebował pieniędzy dla swoich biednych. Ma być wyniesiony na ołtarze. Byłam jednym ze świadków. Mjr ks. "Homo" Wincenty Marczuk młodziutki wikary parafii pod wezwaniem Marii Magdaleny na Wawrzyszewie, był kapelanem zgrupowania "Żaglowiec". O dzielności księdza "Homo" pisał w "Rapsodii żoliborskiej" Stanisław Podlewski. Ks. "Homo" po upadku Powstania Warszawskiego był w obozie jenieckim. Po wojnie, będąc proboszczem w kościele św. Trójcy w Ciechanowcu, koncelebrował (w rocznicę upadku Powstania na Żoliborzu 30 września) mszę świętą. Spełniał posługę kapłańską - między innymi udzielał ślubu mojej córce, Bognie z Januszem Baczyńskim. Chrzcił moją wnuczkę Dagny Baczyńską i mojego wnuka Piotra Lewtaka. Towarzyszył w ostatniej drodze moim rodzicom: Irenie Szuch "Halszce" i Aleksandrowi Szuch "Leszkowi", mojemu mężowi - Henrykowi Lewtak "Babiniczowi" oraz mojemu synowi Markowi Lewtakowi. W naszej pamięci pozostał jako serdeczny przyjaciel "Ksiądz Wicuś". Kolejnym naszym kapelanem "Środowiska Żywiciel" został ks. Roman Indrzejczyk proboszcz z parafii pod wezwaniem Dzieciątka Jezus przy ulicy Czarnieckiego, który każdego miesiąca, w pierwszą niedzielę, odprawia mszę świętą za nasze zgrupowanie. Wygłasza wspaniałe homilie (nie kazania).
Jego myśli zostały wydane przez parafian w książce pt. "Rozważania o człowieczeństwie". Warto przeczytać!
"Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że mówimy do mądrzejszego od siebie... [...] Słowa, które się głosi z piedestału, na ogół denerwują, czasem uczą, ale i tak zgodnie ze starą łacińską zasadą verba docent, exempla trahunt - słowa uczą, przykłady pociągają; ważniejsze są te drugie...". (słowa ks. Romana Indrzejczyka)


© Teresa Szuch ps. „Miła”
(Teresa Lubomira Szuch Lewtak-Stattler)
źródło publikacji:

„Wspomnienia powstańcze Teresy Lewtak-Stattler z domu Szuch we fragmentach książki Jej autorstwa”, 2004








Teresa Szuch Lewtak-Stattler
„Warszawskie dzieci pójdziemy w bój...”

Premiera: 2004
Wydawca: Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski
ISBN: 8387809977


KUP W AMAZON
KUP OD WYDAWCY



Opis wydawcy:
Wydanie jubileuszowe z okazji 60-lecia Powstania Warszawskiego 1944 roku - największej bitwy Europy - i akcji "Burza" Państwa Podziemnego.






ARTYKUŁ PRZYWRÓCONY Z KOPII ZAPASOWYCH, Z TEGO POWODU ORYGINALNY FORMAT ARTYKUŁU MOŻE NIE PASOWAĆ DO FORMATU OBECNEGO BLOGU. NIEKTÓRE ILUSTRACJE MOGĄ BYĆ OBECNIE NIEDOSTĘPNE, A LINKI MOGĄ BYĆ NIEAKTUALNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2