UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

4 czerwca pocałujcie Nas w d...

W 1989 roku miałem 17 lat i całe życie spędziłem w PRL. W 1990 roku zdawałem maturę, na którą w ogóle nie miałem zamiaru się wybierać, poszedłem jednak na ciężkim kacu, a cudu tego dokonała moja Mama. Sam nie pamiętam, co wtedy powiedziała, w każdym razie wstałem i poszedłem bez cienia wiary i stresu. Tematem numer jeden w tamtym czasie była „kuroniówka”. Gdziekolwiek się nie obróciłeś, z kimkolwiek nie rozmawiałeś zawsze temat schodził na „kuroniówkę”. Większość zapewne wie o co i o kogo chodzi, młodszym krótko wyjaśnię, że był taki facet, który się nazywał Jacek Kuroń i co wtorek opowiadał jak przeżyć w nowych czasach.
Gotował w telewizorze zupę dla biednych i od jego nazwiska powstała nazwa „kuroniówka”, czyli nędzny zasiłek na poziomie kilograma mirabelek i 10 kg szczawiu. Maturę zdałem bez najmniejszego przygotowania i nawet poszedłem na studia, ale uciekłem po 4 dniach. Swoją drogą studiowałem filologię rosyjską i do dziś nie zapomniałem twarzy wykładowców, jakby się okładki „Prawdy” oglądało, sami aktywiści, panie w złotej biżuterii, panowie w marynarkach bez krawata. Jednym z powodów, dla którego zrezygnowałem ze studiów było masowe bezrobocie. Moje miasteczko przez wiele lat było na pierwszym miejscu pod względem stopy bezrobocia. W rekordowym czasie około 60% mieszkańców nie miało pracy. Rodzice, ale też prawie wszyscy w rodzinie z dnia na dzień przeszli na „kuroniówkę”. Identycznie wyglądała sytuacja prawie wszystkich moich kolegów, nawet dzieci niegdysiejszych szych zapoznały się ze smakiem „kuroniówki”. Zaraz po rezygnacji ze studiów trafiłem do kotłowni, jako pomocnik palacza, praca była sezonowa i pozwalała jakoś przetrwać od zimy do zimy. Trzy albo cztery sezony w ten sposób przepracowałem, potem i to się urwało.

Przełom PRL i RPIII to dla mnie i jak przypuszczam dla sporej części mojego pokolenia jeden wielki bajzel, okres tak ponury, że niejeden z nas grzeszył tęsknotą za PRL. Nie chciało się nic. Nagle z raju, jakim był młodzieńczy bunt przeciw całej rzeczywistości, trafiliśmy do piekła egzystencjalnych wyborów. Marzyliśmy o tym by pisać, tworzyć, robić rzeczy wyjątkowe, tymczasem „przełom” zaproponowała nam marketing z zarządzaniem i sezonową robotę w kotłowni. Kto wtedy miał pojęcie czym jest marketing i jak bardzo ogłupiono ludzi, że po zaliczeniu tej specjalizacji świat stanie otworem. Między koślawe bajki można włożyć możliwości rozwoju, nauki i przedsiębiorczości. Burmistrzem w mojej mieścinie został „złotówa”, pierwsze sklepy zakładali cinkciarze i handlarze ruskim złotem, a pierwsze knajpy lokalne gangi. Zlikwidowane zakłady pracy i to tak perspektywiczne jak jedna z największy w Polsce papierni (wtedy opakowanie i papier szły jak woda) zostały przerobione na kilka lokali, gdzie wzajemnie wyżynali się byli kierownicy, dyrektorzy i syndycy, którzy tam siedzieli od głębokiego PRL. Przez długi czas za jedyny zakład pracy, gdzie ludzie znajdowali zatrudnienie robił były POM. Kupił go Niemiec za psi grosz, tyle samo włożył na farbę i parę paneli aluminiowanych, potem zatrudnił tam Polaków za „kuroniówkę” plus 30%. W takiej nędzy i rozpaczy, w takim syfie rodziła się „wolność” i jak wiadomo tę wolność też nam zawinięto jak gówno w papierek, przy okrągłym stole.

Niech mi nikt nie próbuje z najbardziej parszywego okresu w moim życiu i życiu mojego pokolenie, robić „święta wolności”. W 1989 roku zamieniono komunistyczny barak na czworaki i proletariackie dzielnice, na wzór tych z „Ziemi obiecanej”. Komuna nigdzie nie odeszła, komuna przebrała się z kufajek w garnitury i zaczęła gnoić naród jeszcze bardziej niż wcześniej. Po 26 latach pierwszy raz czuję, że coś się zmienia, że komuna zdycha, że chce mi się zdawać maturę i w końcu mogę realizować swoje ambicje i marzenia za czasów liceum. Nie zawdzięczam tego żadnej partii politycznej, żadnemu wodzowi, ale jest to błogosławiony efekt, który nazywa się zmiana świadomości. Polacy wygrzebują się z garnka Kuronia, otrzepują z kompleksów, wyznaczają sobie cele odległe o sto kilometrów od sezonowej roboty w kotłowni. Z beznadziei i gwałtu na charakterze, wychodzimy na otwartą przestrzeń własnych wyborów. Młodzieńczą radość i poczucie polskiej wartości osiągnąłem w wieku 44 lat i jeśli mam świętować jakąś datę przełomową to bez wahania wybieram rok 2015, w którym komuna jeszcze nie upadła, ale nigdy wcześniej nie dostała takich batów. Nie twierdzę, że jest cudowanie i co gorsze nie wiem, jak długo się to utrzyma, wiem jednak, że nic gorszego niż przeformatowanie PRL w RPIII dotąd mnie nie spotkało, a symboliczną datą tej zbrodni jest 4 czerwca. Piszę na dwa tygodnie przed „rocznicą”, bo na samą myśl ile łgarstw i idiotyzmów wyleje się za kilkanaście dni rzygam „kuroniówką”.


© MatkaKurka
21 maja 2016
źródło publikacji: „Całe moje pokolenie, czyli pocałujcie Nas z tyłu w dniu 4 czerwca”
www.kontrowersje.net




Ilustracja autora. © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2