UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I WYRAŻA BEZMIERNĄ POGARDĘ DLA ANTYPOLSKICH ŚCIERW ORAZ WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYCH DEWIANTÓW.

Harcownicy wyszli w pole. Głupsi, niż przewiduje ustawa

Głupsi, niż przewiduje ustawa

        Zawsze podejrzewałem, że nasi Umiłowani Przywódcy są głupsi, niż przewiduje to konstytucja i ustawy, którym podobno (he, he!) podlegają niezawiśli sędziowie. Po czym można się o tym przekonać? Ano cóż – jednym z dowodów głupoty jest niemożliwość przewidzenia skutków własnych działań, zwłaszcza jeśli nie przekracza to możliwości umysłu ludzkiego. Zauważyli to rzymscy prawnicy, jeszcze w głębokiej starożytności definiując tzw. „rażące niedbalstwo”: nimia negligentia id est non intellegere quod omnes intellegunt – co się wykłada, że rażące niedbalstwo jest to nierozumienie tego, co wszyscy rozumieją. Nierozumienie tego, co wszyscy rozumieją – czyż nie jest to właśnie głupota?

        Pewnym usprawiedliwieniem głupoty naszych Umiłowanych Przywódców jest okoliczność, że te skutki nie ujawniają się natychmiast. Gdyby ból po uderzeniu młotkiem w palec odzywał się dopiero po roku, to ludzie obtłukiwaliby sobie palce nagminnie. Ponieważ odzywa się natychmiast, to uważają, dzięki czemu nie ma tylu inwalidów, zgodnie z rozkazem Partii nazywanych „niepełnosprawnymi”. Na przykład Dajakowie na Borneo jeszcze niedawno byli oskarżani o to, że nie potrafią uchwycić związku przyczynowego między stosunkami płciowymi, a rodzeniem się dzieci. Między jednym, a drugim wydarzeniem mija bowiem aż 9 miesięcy, więc nic dziwnego, że w tym czasie można zapomnieć o tej „chwili przyjemności”, o jakiej wspominał św. Jan Maria Vianney, zastanawiając się nad przyczynami, dla których ludzie popełniają tzw. „grzechy główne”, a pojawieniem się dziecka, które najwyraźniej pojawiło się za przyczyną „duchów”. Teraz pewnie już tak nie jest i Dajakowie, idąc za nieubłaganym postępem, chcą też zapładniać się w szklance, tak samo, jak wytworne panie w Europie – ale w innych dziedzinach postęp nie jest tak widoczny, albo nawet wcale.

        Oto z powodu tak zwanych „letnich kanikuł”, kiedy to Sejm nie obraduje, dzięki czemu życie, zdrowie i mienie obywateli nie jest narażone na tak wielkie niebezpieczeństwa, jak w okresie zwykłym, nieprzejednana opozycja podniosła niebywały klangor, że „politycy”, na przykład postawiony – jak podejrzewam - przez starych kiejkutów na fasadzie groteskowej partii „Nowoczesna” pan Ryszard Petru, był „inwigilowany” przez policję, czy nawet tajne służby. To pewnie prawda – ale cóż w tym takiego osobliwego? Po pierwsze – żyjemy w epoce inwigilacji totalnej. Pewien znajomy oficer – oczywiście w stanie spoczynku – powiedział mi kiedyś, że „jeśli masz w domu telewizor, komputer i telefon komórkowy, to masz trzech szpiegów”. Skoro nasi Umiłowani Przywódcy zgotowali taki los swoim obywatelom, to na jakiej podstawie przypuszczają, że ten los ich akurat ominie? Jeżeli taka na przykład Nasza Złota Pani z Berlina była inwigilowana przez Amerykanów w ramach sławnego programu „Echelon”, to dlaczegóż inwigilacji nie miałby podlegać pan Ryszard Petru? Zgodnie z wnioskowaniem a maiori ad minus (komu wolno czynić więcej, temu tym bardziej wolno czynić mniej), nawet powinien. Zresztą – jak mi to kiedyś, za głębokiej komuny, podczas przesłuchania tłumaczył pewien ubek – taka np. tajemnica korespondencji jest całkowicie zbędna, bo jeśli obywatel niczego nie pisze, ani nie mówi przeciwko socjalizmowi i sojuszowi z ZSRR, to nie ma się czego obawiać i żadna tajemnica nie jest mu potrzebna. A jeśli pisze, albo mówi, to tajemnica jest szkodliwa et n’en parlons plus! Warto zatem zauważyć, że na podstawie ustawy Prawo telekomunikacyjne (art 165), operatorzy telefonii mają obowiązek rejestrowania nie tylko połączeń, ale i TREŚCI rozmów telefonicznych na elektronicznych nośnikach, przechowywania ich przez 2 lata i udostępniania ich bezpieczniakom na każde żądanie. Najwyraźniej Czesława Miłosza, piszącego, że „spisane będą czyny i rozmowy”, musiały wspierać proroctwa. W tej sytuacji mamy dowód na piśmie, że Umiłowani Przywódcy podnoszący klangor z powodu inwigilowania ich przez bezpieczniaków nie potrafią przewidzieć skutków własnych działań.

        o drugie, warto przypomnieć raport Najwyższej Izby Kontroli z 2014 roku, a więc z czasów, gdy przy sterze nawą państwową stare kiejkuty trzymały jeszcze dzisiejszą „totalną opozycję” z PO i PSL. Stwierdzał on między innymi, że NIKT nie kontroluje bezpieczniackich watah, chociaż „ustawy” zapisywały zupełnie co innego. Ale co tam jakieś „ustawy”, kiedy uczestniczka frakcji „psiapsiółek” przy Ewie Kopacz, pani Teresa Piotrowska, bodajże następnego dnia po nominacji na ministra spraw wewnętrznych, „zrzekła się” nadzoru nad bezpieczniakami? Czy taki był warunek postawienia jej na czele ministerstwa, czy też zrobiła to, bo nie miała głowy do tej całej bezpieki – o to mniejsza, bo bardziej od pobudek liczą się fakty.

        Wreszcie ja sam przypadkowo dowiedziałem się, że w roku 2012, w towarzystwie prof. Jerzego Roberta Nowaka i Waldemara Łysiaka, byłem tak zwanym „figurantem” w „kombinacji operacyjnej” pod kryptonimem „Menora”. Otóż abewiaki wykombinowały sobie, jakby tu bez ryzyka zachachmęcić parę złotych, żeby sobie na Wielkanoc wypić i zakąsić. Wykryły tedy straszliwy spisek antysemitników, co to podczas rocznicy powstania w warszawskim getcie mieli dopuścić się jakichści bezeceństw. Były one tak straszne, że nawet wymienieni antysemitnicy nie wiedzieli na ten temat nic konkretnego. Na szczęście energiczna akcja abewiaków zapobiegła najgorszemu, a pieniądze, jakie w ramach premii pewnie dostali za udaremnienie spisku, były już prawdziwe, dzięki czemu mogli sobie na Wielkanoc wypić i zakąsić. Nic dziwnego, że do tej służby garną się wszyscy cwaniacy, bo po co, dajmy na to, na własną rękę dokonywać kradzieży z włamaniem, czy puszczać na ulicę panienki, kiedy można to wszystko robić w tak zwanym „majestacie prawa”? „W Urzędzie dają broń i władzę, a wkoło kraj, jak zachód dziki!” - powiada poeta, no to jakże tu sobie żałować, kiedy życie krótkie, a pić się chce? Nic tedy dziwnego, że mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż siedem bezpieczniackich watah, które działają oficjalnie (CBŚ, CBA, ABW, AW, SKW, SWW i Policja Skarbowa), nie licząc oczywiście starych kiejkutów, co to oficjalnie ich „nie ma”, no i agentów BND, CIA, GRU i Mosadu. Wszyscy oni mają prawo prowadzenia „działalności operacyjnej”, więc muszą werbować konfidentów. A co robią konfidenci? Ano – inwigilują. Podejrzewam, że konfidentami jest znaczna część Umiłowanych Przywódców więc nie jest wcale wykluczone, że inwigilują się nawzajem. Względy ekonomiczne nakazywałyby nawet, by inwigilacja odbywała się w ramach klubów poselskich, bo skoro i tak muszą się spotykać, by się namawiać, no to niech się przy okazji inwigilują. Ciekawe, czy np. Wielce Czcigodna Katarzyna Lubnauer inwigiluje Wielce Czcigodną Joannę Scheuring-Wielgus, czy odwrotnie, no i kto ma oko na pana Ryszarda, który teraz podniósł klangor, że „nas, polityków, prądem!”?


Harcownicy wyszli w pole


        Ach, jak ta historia się powtarza! Właśnie dobiega końca wakacyjna pieriedyszka, niczym w końcówce sierpnia 1939 roku i podobnie jak wtedy, postępowanie Polski, a już szczególnie - polskiego rządu - oceniane jest w Berlinie bardzo krytycznie. Nasza Złota Pani Adolfina nie tylko została zmuszona do przerwania milczenia, ale w dodatku spotkała się ze swoim najważniejszym owczarkiem, czyli przewodniczącym Komisji Europejskiej Janem Klaudiuszem Junckerem, by przekazać mu harmonogram godzinowy do kombinacji operacyjnej „Fall Weiss”. W tej kombinacji operacyjnej Jan Klaudiusz Juncker, wespół ze swoim kolegą, wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej Franciszkiem Timmermansem („niech pan słucha, Timmermans”), który w roli owczarka niemieckiego nadzwyczajnie sobie upodobał, mają Polskę wytarmosić, a nawet - boleśnie pokąsać pozbawieniem głosu i sankcjami. Jednocześnie w naszym nieszczęśliwym kraju niemiecka BND uruchomi wszystkie swoje narzędzia zarówno w postaci starych kiejkutów, co to za napiwek sprzedadzą nawet własną matkę, a cóż dopiero - naszą biedną Ojczyznę, którzy z kolei uruchomią folksdojczów, a za folksdojczami pociągną pożyteczni idioci, co to myślą, że z tą praworządnością i demokracją to wszystko naprawdę. Stare kiejkuty bowiem żadnego sentymentu do naszej biednej ojczyzny nie mają, po pierwsze dlatego,że jako potomkowie polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, wyznają pogląd, że „ubi bene, ibi patria” (gdzie dobrze, tam ojczyzna), a po drugie - że podzielają pogląd Mieczysława Moczara, który tak naprawdę nazywał się Mikołaj Diomko, iż „dla nas, partyjniaków, prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki”, z tym uzupełnieniem, że Związek Radziecki zmienia położenie; raz jest na Wschodzie, ale innym razem - na Zachodzie - ale stare kiejkuty, kierując się nieomylnym tropizmem, tym samym, który słonecznikowi nakazuje obracać kwiat zawsze w stronę Słońca, w każdym położeniu Związek Radziecki wyczuwają i w podskokach mu służą.

        W oczekiwaniu na przejście od słów do czynów, w folksdojczach buzuje adrenalina i w rezultacie Wielce Czcigodny Borys Budka, co to jeszcze niedawno „srać chodził za chałupę”, w charakterze harcownika wyszedł przed szereg i powiedział do niemieckiej „Die Zeit”, że Unia Europejska powinna postawić Polsce ultimatum. Tego już było za wiele nawet dla niektórych polityków PO i dwóch śląskich senatorów z tej partii ofuknęło pana Budkę, że tym razem to już przesolił. Pan Budka początkowo się stawiał, ale kiedy nawet zasłużony w dialogu z judaizmem Ekscelencja Gądecki bąknął, że wzywanie obcej interwencji przeciwko własnemu krajowi wygląda nieładnie, po naradzie z przewodniczącym Schetino oświadczył, że wcale tego nie powiedział, że powiedział coś zupełnie innego. Co konkretnie - tego jeszcze nie wiemy, bo nie wiadomo, na jaką wersję wypowiedzi Wielce Czcigodnego Borysa Budki zgodzi się oficer prowadzący „Die Zeit”, ale nie jest wykluczone, że dopóki w Polsce nie padła jeszcze rozstrzygająca salwa, pójdzie temu całemu Budce na rękę. Później, to znaczy - gdy kombinacja operacyjna rozwinie się w pożądanym kierunku i w Polsce nastąpi upragnione polityczne przesilenie - natrze mu porządnie uszu, a być może nawet przypomni, skąd wyrastają mu nogi - bo to nie folksdojcze mają pouczać Niemców, co naprawdę powiedzieli w niemieckiej gazecie dla Niemców, tylko Niemcy mają mówić folksdojczom, co i z jakiego klucza mają ćwierkać, zwłaszcza w żydowskich gazetach dla Polaków. Taki pan Rafał Trzaskowski najwyraźniej został już wytresowany i nawija w właściwego klucza, że cierpliwość niemiecka się wyczerpała - prawie tak samo, jak w 1939 roku wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler. Ano cóż; w stosunkach niemiecko-polskich nie ma zbyt wiele miejsca na improwizacje, toteż i retoryka musi się powtarzać. Z czeluści TVN, którą podejrzewam o niebezpieczne związki ze starymi kiejkutami, dobiegają pomruki, że otośmy się „doigrali”, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji do pierwszego szeregu celebrytów jednym susem postanowił powrócić przewielebny ksiądz Wojciech Lemański. Ten świątobliwy kapłan próbował szczęścia i z Żydami i w KOD-zie, ale w konkurencji z malwersantem i alimenciarzem katolicki ksiądz, niechby nawet zasuspendowany, nie miał szans, bo ubecki trzon odczuwa instynktowny wstręt do osób duchownych, nawet jeśli, jako konfidenci, stają się tzw. „poputczikami”. Teraz jednak musiał pomyśleć sobie, że oto nadeszła chwila do wykonania tego jednego, jedynego, najważniejszego sztosa w życiu i pryncypialnie skrytykował panią premier Szydło, że „łże, jak bura suka”. Poszło o wypowiedź, w której pani premier zasugerowała, iż niedawne demonstracje nie były wcale takie spontaniczne, jak o tym opowiadano. Natychmiast pojawiły się żądania „dowodów”, no a przewielebny ksiądz Lemański zareagował po swojemu. Być może nawet mówił szczerze, bo jego ani stare kiejkuty, ani delegaci starego, żydowskiego grandziarza, co to takie demonstracje finansuje nie tylko u nas, ale innych krajach europejskich, a nawet w Ameryce, o czym sam mogłem się przekonać będąc w grudniu ub. roku w Nowym Jorku, wcale nie muszą o takich rzeczach informować. Gdyby jednak był bardziej spostrzegawczy, to z pewnością by wiedział - o czym zresztą pisałem przed tygodniem - że tylko z tzw. „funduszy norweskich” Fundacja Batorego rozdysponowała głównie między organizacje zrzeszające sodomitów i gomorytki oraz zajmujące się tropieniem „mowy nienawiści”, ponad 130 mln złotych w ciągu ostatnich 4 lat. A jeśli dodać do tego jurgielt od Sorosa, nie mówiąc już o tajnym, gadzinowym funduszu BND, z którego, pod okiem ABW, pełnymi garściami czerpią folksdojcze i banderowskie fundacje, a w takim razie o żadnej spontaniczności nie może tu być mowy. Ale przewielebny ksiądz Lemański spostrzegawczy niestety nie jest, albo ma to surowo zakazane, więc takiemu duszpasterzowi nie powierzyłbym nawet duszy od żelazka.

        Ale to są tylko takie harce harcowników, niczym w 1939 roku Freikorpsów, zarówno tych niemieckich, jak i tych ukraińskich - bo kombinacja operacyjna rozpocznie się prawdopodobnie 4 września od zapowiedzianego już strajku nauczycieli, no a potem, zgodnie z ustalonym harmonogramem, którego szczegóły w porywie serca gorejącego częściowo zdradził małżonek madame Ludmiły Kozłowskiej z Fundacji Otwarty Dialog, założonej - jak się okazało - przez Pawła Świderskiego i odsiadującego karę za morderstwo na zlecenie Iwana Szerstiuka, będą uruchomione inne środowiska, kontrolowane albo przez starych kiejkutów, albo przez folksdojczów, albo bezpośrednio przez BND - bo i takich nie brakuje. Wszystko to zaś dzieje się pod nosem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która najwyraźniej obija kijem gruchy w oczekiwaniu, któremu zwycięzcy trzeba będzie paść do nóg.


© Stanisław Michalkiewicz
1-2 września 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2