WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

„Syn” znowu smrodzi. Nie zadzierać z Texasem

„Syn” znowu smrodzi

        Jak wiadomo, pan Bodnar, zajmujący operetkową posadę rzecznika praw obywatelskich, wypowiada głupstwa – być może z powodu ignorancji, a nie podłości – chociaż oczywiście niczego wykluczyć nie można. Po uchwaleniu przez Sejm ustawy o Sądzie Najwyższym uraczył opinię publiczną deklaracją, że oto odtąd Polacy będą pozbawieni prawa do sprawiedliwego sądu. To może być oczywiście prawda, ale dlaczego dopiero „odtąd”? Czyżby dotychczas obywatele polscy mieli zagwarantowany dostęp do sprawiedliwych sądów?
Można mieć co do tego bardzo poważne wątpliwości zarówno na podstawie zachowania niezawisłych sądów w sprawie Amber Gold czy warszawskiej reprywatyzacji, a także wielu innych afer, jak i operacji „Temida”, którą Wojskowe Służby Informacyjne przeprowadziły już w tak zwanej „wolnej Polsce”, a która polegała na werbunku agentury właśnie w środowisku sędziowskim. ABW konsekwentnie odmawia ujawnienia szczegółów tej operacji, co wzbudza podejrzenie, ze środowisko sędziowskie jest naszpikowane agenturą, niczym wielkanocna baba – rodzynkami. W tej sytuacji o żadnych „sprawiedliwych sądach” nie może być mowy, bo z faktu, ze sądy wyemancypowały się z jakiejkolwiek podległości wobec konstytucyjnych organów państwa, wcale nie wynika, że podlegały „tylko ustawom” - jak buńczucznie zapisali w konstytucji tacy tędzy prawnicy, jak Aleksander Kwaśniewski. Niezawisłe sądy nie podlegały nawet „ustawom”, tylko – oficerom prowadzącym, którzy wielu niezawisłych sędziów powystrugiwali sobie z banana – więc dzisiaj, kiedy Niemcy doszły do wniosku, że nie mogą dłużej czekać ze zmianą rządu w Polsce, by zablokować realizację projektu „Trójmorza” - środowisko sędziowskie, pod dyrekcją starych kiejkutów, którzy wykonują zadanie zlecone przez niemiecką BND, staje w pierwszym szeregi walki „o praworządność”, być może nie zdając sobie sprawy, że pełni rolę mięsa armatniego dla Naszej Złotej Pani z Berlina. Pan Bodnar sprawia wrażenie, jakby też nie zdawał sobie z tego sprawy, chociaż spostrzeżenie tej zależności nie przekracza możliwości umysłu ludzkiego. Inna sprawa, ze nie bardzo mu wypada – bo gdyby przyznał, że te niezawisłe sądy, to i dotychczas też był Scheiss, to musiałby odpowiedzieć na kłopotliwe pytanie, dlaczego przedtem nie zauważył tego słonia w menażerii. Woli zatem opowiadać głupstwa, które potem na użytek mikrocefali kolportują rozmaite resortowe „Stokrotki” za pośrednictwem nadajników Stacji TVN, którą podejrzewam o niebezpieczne związki ze starymi kiejkutami.

Nie zadzierać z Texasem

        „Przewędrował Texas, Colorado, kowboj Jack, tęgi chłop na schwał. Kansas Oklahoma, Meksyk, Arizona, te sześć stanów, to jego świat” - głosiła piosenka kowbojska, dość popularna wśród podobnych mnie chłopców w roku 1957, kiedy już pojawiły się w Polsce inne piosenki i nastała moda na kowbojszczyznę. Co tu ukrywać; ten kowboj Jack przewędrował kawał świata, zwłaszcza, że chyba jeszcze na koniu. Tylko Texas jest co najmniej dwukrotnie większy od Polski, bo liczy sobie prawie 700 tys. km kwadratowych, a cóż dopiero, gdy dodać do niego jeszcze pięć pozostałych stanów? My podróżujemy w odwrotną stronę, bo do Dallas w Texasie lecimy z Arizony, do której kowboj Jack, zgodnie ze słowami piosenki, dotarł chyba na końcu. Nie jest też wykluczone, że to go zgubiło, bo w Arizonie, jak to w Arizonie; broń ma każdy, kto tylko chce, a chce prawie każdy, więc i o nieporozumienie nietrudno. To znaczy nie teraz, tylko kiedyś, przed rokiem 1912, kiedy Arizona nie była jeszcze stanem, tylko „Terytorium Arizony”. Łatwość, z jaką było tam o nieporozumienie, ilustruje widowisko, w jakim kiedyś uczestniczyliśmy w Old Tuscon, westernowym miasteczku, w którym nakręcono mnóstwo westernów, np. „15.10 do Yumy”, „Rio Bravo” i „Bonanzę”. Jedno miejsce nawet poznałem z oglądanego filmu; nie pamiętam już tytułu, ale chodziło o to, że szeryf (czy przypadkiem nie Clint Eastwood?) załatwia po kolei bandytów podczas załatwiania przez nich naturalnej potrzeby w wychodku. Wychodek ten stoi, jak gdyby nigdy nic, w otoczeniu krzaków, zwanych tutaj „palos verdes”, to znaczy – zielone kije, jako że mają one zieloną korę. Widowisko zaczyna się od tego, że do miasteczka przybywa jeździec znikąd, który jednego po drugim, likwiduje z rewolweru miejscowych awanturników. Trup ściele się gęsto, a kiedy już wszyscy padają zabici, widowisko się kończy i można się z rewolwerowcami sfotografować. Mnie przypadła w udziale pani rewolwerowczyni w gustownym, długim prochowcu, więc do dziś mogę uważać się za szczęściarza. Wspominam o tym miasteczku, bo akcja tych westernów dzieje się niby w Texasie, ale prawdziwy Texas wcale nie wygląda jak Texas z westernów – bo te kręcone są albo w Arizonie, albo w Kalifornii, albo w ogóle poza Ameryką, zwłaszcza tzw. „spaghetti westerny”. Prawdziwy Texas jest całkiem inny; zielony, pełen dębowych zagajników, dzięki czemu łatwiej zrozumieć, że właśnie tutaj mogły powstać rancza, w których hodowano wielkie stada bydła, tak zwanych „longhornów” od ogromnych, rozłożystych rogów. W Arizonie, na pustyni, takie stada nie miałyby ani paszy, ani wody. W Texasie natomiast i jedno i drugie występuje w obfitości, więc nic dziwnego, że to właśnie Texas zasłynął ze swoich rancz i ze swoich kowbojów. Teraz, to znaczy – od początku lat 50-tych ubiegłego wieku, miejsce hodowli zajęło wydobycie ropy, co nawiasem mówiąc, znalazło wyraz z filmie „Olbrzym” z 1956 roku, z Elizabeth Taylor, Rockiem Hudsonem i Jamesem Deanem, kiedy to podkochujący się w żonie właściciela rancza Benedicta parobek, grany przez Jamesa Deana, dostaje w testamencie działeczkę, na której znajduje ropę, stając się z dnia na dzień milionerem. Konserwatywny Benedict początkowo trwa przy hodowli, ale kiedy okazuje się, że i u niego jest ropa, przestawia się na nafciarza, kupuje sobie samolot na którym każe wymalować wielkimi literami „Benedict Reata” i przeżywa zgryzoty z Jamesem Deanem, który próbuje odgrywać się na jego córce w odwecie za upokorzenia, jakich doznał w związku ze swoją nieodwzajemnioną młodzieńczą miłością. Dzisiaj w Texasie czuje się rozmach nie tylko na autostradach, ale i w dynamicznym rozwoju tutejszej gospodarki. Goszczący nas w Texasie pan Stanisław nie może się tego stanu nachwalić, opowiadając, jakie tu są perspektywy dla każdego, kto tylko chce pracować. Widać to zresztą i po nim i po osiedlu, w którym mieszka i po którym nie bez dumy nas oprowadza. Ale osiedle – jak to osiedle – podobne jest do innych, z tym, że widać tu dostatek. Prawdziwą atrakcją jest centrum miasteczka, które z 15 tys. mieszkańców rozrosło się do 150 tys. ale które pozostało w takim stanie, jak dawniej. Na środku stoi murowany gmach, mieszczący niegdyś ratusz i sąd. Obok stoi niewielki pomniczek zasłużonego dla tutejszej społeczności urzędnika, co w Ameryce, a zwłaszcza w Texasie, jest raczej rzadkością, ale każda reguła ma swój wyjątek. Miasteczko wygląda idyllicznie, ale i sennie, zwłaszcza, że i dzień się już nachylił, a restaurację też zamykają. Tedy idziemy do supermarketu i zaopatrujemy się – jakże by inaczej! - w ogromne teksaskie steki, które pan Stanisław z wprawą piecze na grillu w ogródku. Zapijamy je czerwonym winem i tak zawieramy przymierze z Texasem. Bo z Texasem lepiej żyć w zgodzie, o czym przypomina hasło: „Nie zadzieraj z Texasem!”, widniejące nawet na breloczkach do samochodowych kluczyków.

        Następnego dnia autostradą numer 30 jedziemy do Fort Worth, którego stara część jest zachowana w stanie pierwotnym, jako istotny element tutejszego dziedzictwa. Otóż właśnie tutaj, do Fort Worth kowboje przyprowadzali ogromne stada longhornów z całego Texasu. Tu bowiem mieściła się stacja kolei żelaznej, Bydło z zagród zapędzano na ogromny plac, gdzie było ładowane do wagonów i pod opieką kowbojów, którzy w drodze je karmili i poili, jechało do rzeźni w Chicago, no a potem, już w zmienionej postaci, rozjeżdżało się po całej Ameryce, w której wołowe steki do dzisiaj stanowią ozdobę każdej szanującej się restauracji. Dzisiaj w pomieszczeniach, gdzie kiedyś były zagrody dla bydła, są sklepy z pamiątkami, niestety również chińskimi, ale i tam nie braknie czysto texaskich atrakcji, nie mówiąc już o miejscowym muzeum, w którym, w odróżnieniu od skwaru na zewnątrz, panuje miły chłód. Na korytarzach wywieszone są gabloty z wizerunkami osób tak czy owak zasłużonych dla Texasu. Najstarszy wizerunek opisuje Hiszpana, który przybył tu w początkach XVI wieku. Potem uwagę naszą zwraca Indianka Sacajawea, żona kanadyjskiego Francuza Tuissanta Charboneau, który podobno wygrał ją w kości, a która była przewodnikiem i tłumaczem amerykańskich podróżników: Meliwerthera Lewisa i Williama Clarka, którzy jako pierwsi biali dotarli lądem do wybrzeży Pacyfiku. Sacajawea umarła prawdopodobnie w roku 1804, a może później – bo nikt niczego pewnego na ten temat nie wie. Później zdarzało się, że Indianie porywali białe dzieci – jak to się przytrafiło 9-letniej dziewczynce, która potem została żoną wodza i urodziła mu syna. Potem pojawiają się inne, charakterystyczne dla Texasu osobistości, jak na przykład sędzia urzędujący przeważnie w saloonach, gdzie sprawiedliwość wymierzano na poczekaniu, nie tak, jak dzisiaj w naszym nieszczęśliwym kraju, gdzie nawet sędziowie, nie mówiąc już o podejrzanych, na pytanie o nazwisko odpowiadają: „nie wiem, nie pamiętam” - żeby w ten sposób ujść surowej ręce sprawiedliwości. Jest oczywiście Mark Twain, a także – prezydent Lyndon Johnson, nie mówiąc już o ranczerach, których jest tu całe mnóstwo.

        Ale pora wracać do rzeczywistości, bo oto na zewnątrz rozpoczynają się przygotowania do przegonu bydła. Na głównej ulicy pojawiają się kowboje, wprawdzie w pełnym rynsztunku, ale niestety bez coltów („Pan Bóg stworzył ludzi wolnymi, ale dopiero pułkownik Colt uczynił ich równymi” - powiadają w Texasie), stawając w cieniu, bo upał daje się we znaki nie tylko ludziom, ale i koniom. Korzystamy tedy z okazji, by się z kowbojami sfotografować, na co oni wyrozumiale przystają, bo dzisiaj ten cały przegon i oni też właśnie dla turystów, takich jak my. Ale oto na dany znak kowboje odjeżdżają na plac, gdzie po chwili pojawia się stadko longhornów, eskortowane zgodnie z zasadami. Kolumna wjeżdża na ulicę i po chwili krowy w otoczeniu kowbojów przeciągają przed zgromadzoną na chodnikach publicznością, by wkrótce skręcić w kierunku obór, dokąd krowy udają się na zasłużony wypoczynek. W tej sytuacji my też zbieramy się w drogę powrotną, bo następnego dnia chcemy obejrzeć w Dallas miejsce zastrzelenia w listopadzie 1963 roku prezydenta USA Johna Kennedy’ego. Dowiedziałem się o tym podczas seansu filmowego w kinie. Pan Zygmunt Watras, oficer AK pseudonim „Książę”, który po powrocie z syberyjskiego zesłania został kierownikiem kina w Bełżycach, przerwał seans by zakomunikować, że w Dallas w Teksasie zastrzelony został prezydent Stanów Zjednoczonych. No a teraz oglądamy to miejsce i oczywiście – tablicę pamiątkową na ścianie domu, w którym podówczas znajdowała się składnica książek. Napis na tablicy głosi, że Harvey Lee Oswald z okna tego domu prawdopodobnie strzelał do prezydenta Kennedy’ego. Ręka jakiegoś zirytowanego człowieka podkreśliła słowo „prawdopodobnie”, żłobiąc głęboką rysę w metalu. Trudno dziwić się tej irytacji, bo Komisja Warrena przesłuchała tabuny świadków, przejrzała mnóstwo nagrań amatorskimi kamerami, które podówczas były w Ameryce już w dość powszechnym użytku i wielu ludzi filmowało przejazd prezydenta również w momencie gdy ugodziły go kule, opublikowała opasły raport – a nie wiadomo nawet tego, czy Oswald strzelał, czy może jednak nie. Widać już choćby na tym przykładzie, że „dążenie do prawdy” może niekiedy trwać bardzo długo, podobnie jak ustalenie, dlaczego właściwie doszło do tego zamachu. Wszystko wskazuje na to, że nie dlatego, by prezydent Kennedy „zadarł z Texasem” - bo nie zadarł. Z kim zadarł? Próbują to wyjaśnić rozmaite teorie spiskowe, którymi pogardzają wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się nawzajem po zapachu – ale chyba niesłusznie pogardzają, skoro sami wyjaśnić tego również nie potrafią. To już łatwiej domyślić się dalszych losów kowboja Jacka, który w Arizonie strzelał się z innymi kowbojami, jak nie z „Krwawym Johnem”, to znowu z „Dzikim Billem” o względy miss Marilyn – aż się wreszcie doigrał.
...


© Stanisław Michalkiewicz
20-21 lipca 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz