WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

W atmosferze zwycięstwa moralnego - Na odsiecz praworządności i demokracji

Na odsiecz praworządności i demokracji

        Pan prof. Marek Chmaj (w Wikipedii jacyś, z całą pewnością prowokatorzy, prezentują zagadkowy jego życiorys naukowy; ukończył studia politologiczne na UMCS; te „studia politologiczne”: w większości przypadków, to blaga. Wiem, co mówię, bo się im osobiście przyglądałem – ale może na UMCS jest inaczej, chociaż – entre nous – nie widzę tam jakichś luminarzy politologii, której to – disons franchement - w ogóle niepodobna uznać za jakąkolwiek naukę w normalnym znaczeniu tego słowa, bo nauka powinna charakteryzować się wyraźnie określonym przedmiotem badań, no i charakterystycznymi dla niej metodami badawczymi, czego w przypadku politologii niepodobna zauważyć. Jest ona bardzo podobna do wróżenia z fusów – co bardzo ładnie opisała niedawno w „Rzeczpospolitej” pani Irena Lasota - a w najlepszym razie - do politycznej agitacji, która może być tylko albo lepiej, albo gorzej kamuflowana pseudonaukowym żargonem).
Więc pan prof. Marek Chmaj skończył politologię w 1993 roku, a już rok później ukończył studia prawnicze, chociaż jako żywo, program tych studiów jest zupełnie inny, niż studiów politologicznych. Jak to się stało – tego oczywiście nie wiem, ale Bolesław Piasecki jeszcze w czasach stalinowskich powiadał, że jeśli coś istnieje, to znaczy, że jest możliwe. Ludowe przysłowie wyraża tę myśl inaczej – że mianowicie jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. Najwyraźniej i w naszych czasach żyją ludzie Renesansu i pan prof. Chmaj z pewnością się do nich zalicza. Tym bardziej, że już w roku 1994 został uczonym doktorem nauk humanistycznych (a więc – ani politologii, ani nauk prawnych) na podstawie rozprawy „Sejm X kadencji w transformacji ustroju politycznego”, a już w roku 2001 uzyskał stopień doktora habilitowanego na słynącym w świecie, a w każdym razie – na Podlasiu - z tęgich naukowców Uniwersytecie w Białymstoku na podstawie rozprawy habilitacyjnej – no bo jakże inaczej? - pod tytułem: „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1991-1997”) - tedy pan prof. Marek Chmaj zauważył, że w sytuacji zagrożenia w naszym nieszczęśliwym kraju praworządności, nie będzie innego wyjścia, jak bezpośrednie stosowanie przez niezawisłe sądy przepisów konstytucji. Kiedyś zadałem sobie trud przeczytania rozpraw doktorskich obronionych na Uniwersytecie Warszawskim – oczywiście nie wszystkich, bo to byłoby ponad moje siły – ale tych, których tytuły mnie zaintrygowały. Było to dawno, gdzieś w latach 70-tych, ale myślę, że obyczaje naukowe w latach 90-tych aż tak bardzo się nie zmieniły. I cóż tam przeczytałem? Przeczytałem na przykład rozprawę zatytułowaną: „Przyczyny przestępstw ciężkiego uszkodzenia ciała”. Była to bardzo ciekawa rozprawa, bo na początku uczony autor wyliczał uszkodzenia ciała, jakich może doznać człowiek. Czegóż tam nie było! Następnie - miejsca, gdzie człowieka może spotkać ciężkie uszkodzenie ciała. Jestem pewien, że wymienił wszystkie możliwe miejsca, w czym z pewnością musiała pomagać mu cała rodzina, dzięki czemu jurysprudencja niezwykle się ubogaciła. Potem tę wyliczankę powtórzył, ale już jako miejsca, gdzie uszkodzenia ciała mają charakter przestępczy. To była istotna część tej rozprawy, przynajmniej w sensie objętościowym. Z konkluzją niepodobna było się nie zgodzić, jako że brzmiała ona, iż w piątki o godzinie trzeciej nad ranem jest znacznie mniej przestępstw ciężkiego uszkodzenia ciała, niż w soboty w godzinach 20-22. Nie przypuszczam, by z tak oczywistą tezą naukową ktokolwiek chciał polemizować, nawet gdyby uczony autor nie był żadnym funkcjonariuszem, a cóż dopiero, gdyby nim był? Inną rozprawą doktorską była dysertacja zatytułowana: „Budżet miasta Poznania w latach...” jakichś tam. Było to streszczenie własnymi słowami tego, co uczony autor wyczytał w budżetowych uchwałach,więc kiedy czytam w Wikipedii tytuły rozpraw – doktorskiej i habilitacyjnej pana prof. Marka Chmaja, to zaraz mi się ta rozprawa przypomina.

        A zainteresowałem się życiorysem naukowym pana profesora Chmaja z powodu jego deklaracji, że w związku z trudną sytuacją, w jakiej w naszym nieszczęśliwym kraju znalazła się demokracja i praworządność, to nie ma rady, tylko sędziowie będą musieli zacząć orzekać bezpośrednio na podstawie konstytucji, kładąc lachę na ustawy uchwalane przez Sejm zdominowany przez faszystów z Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo bowiem, że konstytucję z 1997 roku, której nie może nachwalić się wybitna znawczyni konstytucjonalizmu, pani Henryka Krzywonos, napisali najwybitniejsi luminarze jurysprudencji: Aleksander Kwaśniewski, Tadeusz Mazowiecki, Waldemar Pawlak i Ryszard Bugaj. Jak wiadomo, Aleksander Kwaśniewski ukończył wprawdzie studia, ale już nie zdążył napisać pracy magisterskiej, co Sąd Najwyższy zbagatelizował – domyślam się, że na tej samej zasadzie, na podstawie której w SS przyjmowano, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty. Ciekawe, że w podobnej sytuacji był wybitny prawnik Tadeusz Mazowiecki. Czy to było jedyne podobieństwo między tymi wybitnymi postaciami ruchu robotniczego, czy też łączyły je jeszcze inne powiązania, na których ujawnienie będziemy musieli poczekać aż do końca świata – trudno zgadnąć. Jaki wkład wniósł do konstytucji pan Waldemar Pawlak – nawet nie śmiem się domyślać, chociaż w jednym przypadku na pewno zaznaczył swój udział – mianowicie w art. 23 stwierdzającym, że podstawą „ustroju rolnego” państwa jest gospodarstwo rodzinne. Co to jest ten cały „ustrój rolny państwa” – tajemnica to wielka, ale kiedy żydowskie organizacje przemysłu holokaustu już zrealizują w naszym nieszczęśliwym kraju swoje „roszczenia”, w następstwie czego staniemy się jedną wielką rodziną, funkcjonującą w myśl zasady, że „brat brata w d... harata” – to sens tego zagadkowego sformułowania zostanie nam objawiony i tajemnicę poznamy w całej grozie. Dzisiaj możemy się tylko domyślać, że oznacza on zakaz tworzenia kołchozów pod kierownictwem gojów, a nawet – szabesgojów. Czy jednak dotyczy on również starszych i mądrzejszych? Tego, jak sądzę, nie wie nawet sam pan Waldemar Pawlak, chociaż tak gracko wykonał zadania, nałożone nań przez RAZWIEDUPR podczas „nocnej zmiany” w roku 1992. Nocna zmiana – to jedna sprawa, a interesy starszych i mądrzejszych w naszym nieszczęśliwym kraju, to zupełnie coś innego, w co pan Pawlak nie musi być już przecież przez starszych i mądrzejszych wtajemniczany. O panu Ryszardzie Bugaju szkoda nawet wspominać, bo jeszcze nie wynaleziono aparatu fotograficznego, który mógłby uchwycić jakieś jego dokonania na niwie państwowej, a w szczególności – konstytucyjnej.

        Wspominam o tych autorach nie bez powodu, bo już w drugim artykule konstytucji natykamy się na takie nagromadzenie nonsensów, że możliwość bezpośredniego stosowania konstytucji przez niezawisłe sądy wydaje się wątpliwa. Stanowi on, że Rzeczpospolita Polska jest „demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Wydaje mi się, że tylko nieuctwu dwóch pierwszych autorów i dyletanctwu dwóch pozostałych możemy zawdzięczać osiągnięcie w postaci wciśnięcia maksymalnej liczby nonsensów w jedno krótkie zdanie. Do Księgi Rekordów Guinessa nadaje się ono znakomicie, natomiast do bezpośredniego stosowania – już znacznie gorzej. A przecież w konstytucji z 1997 roku zapisano jeszcze więcej postanowień, które nie tylko utrudniają, ale wręcz uniemożliwiają bezpośrednie stosowanie jej przepisów z uwagi na nieusuwalne wewnętrzne sprzeczności. Oczywiście jeśli oficerowie prowadzący wydadzą niezawisłym sędziom stosowne rozkazy, to będą oni tę konstytucję stosować bezpośrednio, aż będzie miło popatrzeć - i wydaje mi się, że właśnie tę sytuację miał na myśli pan prof. Marek Chmaj.

W atmosferze zwycięstwa moralnego


        Nareszcie Polska wstała z kolan, nareszcie pokazaliśmy tym wszystkim Europejsom, jakie to z nich zgniłki, słowem – odnieśliśmy ogromny, wiekopomny sukces, można powiedzieć – zwycięstwo porównywalne do Wiktorii Wiedeńskiej, albo do zwycięstwa w wojnie bolszewickiej. Takie wrażenie można by odnieść oglądając rządową telewizję, albo czytając prorządową prasę. Chodzi oczywiście o podjętą przez rząd próbę przeforsowania kandydatury pana Jacka Saryusza-Wolskiego na przewodniczącego Rady Europejskiej, którym przez ostatnią, 2,5 -letnią kadencję, był Donald Tusk. Jak wiadomo, jednym z politycznych priorytetów prezesa Jarosława Kaczyńskiego jest wytarzanie Donalda Tuska w smole i pierzu. A właśnie nadarzała się ku temu wyjątkowa okazja, bo gdyby Donald Tusk nie został przewodniczącym Rady Europejskiej na następna kadencję, to musiałby chyba wrócić do Polski – no a tutaj od razu wpadłby w tryby sejmowej komisji badającej aferę Amber Gold, która chyba w tym celu, albo przede wszystkim w tym, została utworzona. Zostałby tam dokładnie wytarzany w smole i pierzu, a być może jeszcze przy innych okazjach, bo - powiedzmy sobie szczerze – na niewinnego nie trafiło. W rezultacie w ciągu najbliższych 2 lat zużyłby się moralnie do tego stopnia, że nie tylko nikt nie chciałby zaryzykować wystawienia jego kandydatury na prezydenta w wyborach w 2020 roku, ale nawet pokazać się w jego towarzystwie na ulicy. Jakby tego było mało, to jeszcze powracający do Polski Donald Tusk oznaczałby potężny zgryz dla Grzegorza Schetyny, który musiałby stoczyć z nim walkę o polityczne przetrwanie, czego Platforma Obywatelska mogłaby nie przetrzymać. Zatem intryga mająca na celu zablokowanie ponownego wyboru Donalda Tuska poprzez wysunięcie przez Polskę kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego, teoretycznie była dobrze pomyślana. Ale powtórzę, co mówiłem od dawna; Jarosław Kaczyński jest wprawdzie wirtuozem intrygi, ale takim, co z reguły na końcu potyka się o własne nogi.

        Tak też stało się i w tym przypadku. Kandydatura Jacka Saryusza-Wolskiego została wysunięta przez polski rząd dosłownie w ostatniej chwili, w związku z czym nie było czasu nie tylko na staranne, ale w ogóle – na jakiekolwiek dyplomatyczne przygotowanie operacji. W rezultacie Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję przy osamotnionym sprzeciwie Polski, której nie poparły w tej sprawie ani Węgry, ani Słowacja, ani Czechy, ani Wielka Brytania. Następnego dnia po wyborze węgierska gazeta Magyar Nemzet w artykule zatytułowanym „Są granice przyjaźni” wyjaśniła, o co chodzi. O to, że kraje Grupy Wyszehradzkiej, podobnie jak Wielka Brytania, chcą i mogą współpracować z Polską w ważnych również dla nich sprawach, ale żadne szanujące się państwo nie pozwoli, by traktować je instrumentalnie w dodatku w jakichś podwórkowych polskich bijatykach. Tymczasem prezes Kaczyński, swoim zwyczajem, potraktował przywódców zaprzyjaźnionych z Polską krajów, jak swoich wyznawców, którzy mają psi obowiązek poświęcać się dla niego bez najmniejszych wątpliwości. Tymczasem ani Wiktor Orban, ani Teresa May, żadnymi wyznawcami Jarosława Kaczyńskiego nie są, a pomysł, jakoby mieli się poświęcać dla jego osobistych antypatii, nie przyszedłby im do głowy nawet w gorączce. Toteż postanowili dać mu nauczkę, by na przyszłość nie próbował wciągać połowy Europy w swoje idiosynkrazje. Niestety koszty tej nauczki zapłaciła Polska, bo w tej sytuacji Nasza Złota Pani miała ułatwioną sytuację z przeforsowaniem kandydatury swego faworyta, chociaż zarzut podniesiony przez Polskę przeciwko Donaldowi Tuskowi, że dał się on użyć przeciwko Polsce w grudniowej kombinacji operacyjnej, był nie tylko prawdziwy, ale i dobrze w Europie rozumiany. W rezultacie Donald Tusk ma otwartą drogę do kandydowania w roku 2020 na prezydenta Polski, z czym Niemcy z pewnością wiążą swoje nadzieje. Po zakończeniu kadencji wróci do Polski na białym koniu, a Grzegorz Schetyna stanie na głowie, żeby wypchnąć go na stanowisko prezydenta, dzięki czemu, niezależnie od wsparcia Naszej Złotej Pani, która z sobie tylko wiadomych powodów w Donaldzie Tusku szczególnie sobie upodobała i pilotuje jego karierę, niezależnie od wsparcia ze strony starych kiejkutów, Donald Tusk będzie miał gotowy aparat wyborczy, bo oprócz konfidentów zorganizowanych w Komitecie Obrony Demokracji i konfidentów tworzących trzon partii politycznych takich, jak np. Nowoczesna, którą uważam za wydmuszkę starych kiejkutów, będzie miał wsparcie ubeckich mediów, celebrytów, autorytetów moralnych, no i mikrocefali tworzących środowisko żydowskiej gazety dla Polaków. Takim saldem zamyka się intryga zadzierzgnięta przez prezesa Kaczyńskiego, więc nic dziwnego, że jego wyznawcy uruchomili kampanię, która za pierwszej komuny nazywała się propagandą sukcesu i triumfalnie ogłosili wielkie zwycięstwo Polski w konfrontacji z Europą, której pokazaliśmy – i tak dalej. Przypomina to historię opowiadaną przez Adama Grzymałę-Siedleckiego, jak to w pensjonacie w Krynicy jakieś towarzystwo grało w karty, czemu przyglądało się grono kibiców. Jeden z kibiców zauważył, że jeden z graczy oszukuje, więc zwrócił mu uwagę: vous trichez, Monsieur – co się wykłada: pan oszukuje, mój panie! - na co tamten odłożył karty i powiedział: nie wiem, w jakim celu informuje mnie pan o czymś, o czym przecież nie mogę nie wiedzieć – po czym wyzwał go na pojedynek i w tym pojedynku zabił. Mówiąc krótko – Polska za sprawą prezesa Kaczyńskiego odniosła kolejne tak zwane „zwycięstwo moralne”.

        Podczas gdy pławimy się w atmosferze moralnego zwycięstwa nad zgniłą Europą, przygotowania do kolejnej kombinacji operacyjnej nieubłaganie postępują. Kolejnym symptomem tego nieubłaganego postępu było niedawne oświadczenie pana sędziego Waldemara Żurka, przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa, że wobec zagrożenia praworządności w naszym nieszczęśliwym kraju konieczna jest interwencja ze strony Unii Europejskiej. Warto zwrócić uwagę, że deklaracja ta ukazuje się na tydzień przed wyznaczoną na 22 marca sesją Parlamentu Europejskiego, która ma być poświęcona zagrożeniom demokracji i praworządności w Polsce. Jest wysoce prawdopodobne, że wystąpienie pana sędziego Żurka musiało zostać skoordynowane z tymi przygotowaniami, podobnie jak kolejne generalskie „odejścia” z naszej niezwyciężonej armii. Właśnie odszedł z niej pan generał Jerzy Gut na tle niemożności porozumienia się ze złowrogim ministrem Antonim Macierewiczem. Skoro generałowie nie mogą dogadać się ze złowrogim ministrem Macierewiczem, to tym łatwiej dogadają się z Naszą Złotą Panią, w następstwie czego demokracja i praworządność zostaną u nas przywrócone nawet bez otrąbiania zwycięstwa moralnego.


© Stanisław Michalkiewicz
18-19 marca 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © Icefront

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz