WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Uciekaj, wszystko wykryte! Dobrze i jeszcze dobrzej

Uciekaj, wszystko wykryte!


        W znakomitej powieści Roberta Penn Warrena „Gubernator” czytamy, jak to Jack Burden, po powzięciu wiadomości, iż adorowana przezeń Anna Stanton została kochanką gubernatora Willego Starka, wsiada w samochód i bez celu rusza na Zachód. Jadąc na Zachód rozmyśla, w jakich to okolicznościach ludzie ruszają na Zachód. Ano, na przykład, gdy wyschnie studnia, albo, gdy na wprost lufy rewolweru jakiś człowiek nagle pada martwy na ziemię, albo wreszcie, gdy ktoś znienacka dostanie telegram: uciekaj, wszystko wykryte! Tak, nawiasem mówiąc, wspomniana powieść Roberta Penn Warrena daje więcej wiadomości o polityce, niż podręczniki pisane przez rozmaitych politologów, którzy zresztą w większości są tylko utytułowanymi agitatorami. Dlatego swoim studentom żadnych podręczników nie polecam, bo lepiej nie mieć żadnych wiadomości, niż fałszywe – natomiast zachęcam
ich do czytania dobrej literatury, na przykład takich powieści, jak właśnie „Gubernator”, czy „Mateusz Bigda” Juliusza Kaden-Bandrowskiego, podobnie jak studentów dziennikarstwa, kiedy jeszcze miałem z nimi zajęcia, zachęcałem do czytania dobrej poezji.

        Wróćmy jednak do ucieczek na Zachód. Oto podczas realizowania programu rządowej telewizji pan red. Pawlicki podał wiadomość o aresztowaniu pod zarzutem szpiegostwa pana Ryszarda Petru, przewodniczącego partii Nowoczesna. Uczestniczące w programie osoby nie okazały ani zdziwienia, ani zaskoczenia tą rewelacją i dopiero, gdy pan red. Pawlicki wyjaśnił, że wiadomość była fałszywa i miała na celu sprowokowanie dyskusji, posłanka Nowoczesnej, pani Paulina Henning-Kloska demonstracyjnie wyszła ze studia, zapowiadając złożenie skargi do krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zastanawiam się, czy to nie tę posłankę spotkałem wiosną ubiegłego roku w Gnieźnie. Przechodząc przez plac w kierunku katedry natknąłem się na pikietę, a pani, która przedstawiła mi się jako posłanka, podsunęła mi do podpisania petycję w sprawie publikacji jakiegoś orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Zapytałem, czy nie ma większych zmartwień, na co odpowiedziała, że to szalenie ważna sprawa, że ona walczy tu o demokrację i praworządność, a wreszcie – że jest „ważnym posłem Nowoczesnej”. Zapytałem tedy, czy mogę zadać jej osobiste pytanie, a gdy mi pozwoliła, zapytałem, czy jest konfidentem którejś z tajnych służb. Lekko zarumieniona odparła, że nie. - To nie jest pani ważnym posłem – odpowiedziałem i poszedłem w dalszą drogę. Moje pytanie spowodowane było tym, iż podejrzewam, że Nowoczesna została utworzona przez Wojskowe Służby Informacyjne, gwoli przekonania Naszego Najważniejszego Sojusznika, by starych kiejkutów też wciągnął na listę „naszych sukinsynów”. Wprawdzie ofertę starych kiejkutów żyrowali wobec Naszego Najważniejszego Sojusznika ubecy z Izraela, ale nie jest wykluczone, że Sojusznik mimo to zażądał dowodu, że warto starych kiejkutów na tę listę wciągać. W tej sytuacji stare kiejkuty z dnia na dzień utworzyły Nowoczesną, która – zanim jeszcze pan Rysio zdążył otworzyć usta – została przez naród polski obdarzona aż 11 procentami zaufania. Przekonująco wyjaśnić ten fenomen można tylko na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej – że mianowicie konfidenci WSI dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Rysia odmaszerować! - i w ten sposób pojawiło się 11 procent zaufania. Tymczasem posłanki Nowoczesnej, przynajmniej niektóre, najwyraźniej myślą, że to wszystko naprawdę.

        Ale dość już tych dygresji, bo istotne jest to, że rewelację podaną przez pana red. Pawlickiego, telewizyjna publiczność początkowo potraktowała, jako rzecz zwyczajną. Ale czyż może być inaczej, skoro pierwszym prezydentem „wolnej Polski” po transformacji ustrojowej był generał Wojciech Jaruzelski, według dokumentów będący konfidentem Informacji Wojskowej o pseudonimie „Wolski”, skoro kolejnym prezydentem był nasz Kukuniek, będący w latach 70-tych tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Bolek”, a który – jak podejrzewam – w 1976, a najdalej w 1977 roku został przejęty od SB przez wywiad wojskowy, gdzie otrzymał zadanie przeniknięcia do wolnych związków zawodowych, dzięki czemu w 1980 roku można było uczynić z niego przywódcę Solidarności, a potem – prezydenta „wolnej Polski” - skoro kolejnym prezydentem i to przez dwie kadencje był Aleksander Kwaśniewski, zarejestrowany przez SB – oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody”, podobnie jak niektórzy biskupi, w charakterze tajnego współpracownika o pseudonimie „Alek”, skoro ostatni szef WSI, Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej, czyli pan generał Marek Dukaczewski w 2010 roku publicznie deklarował, że jeśli tylko wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, to on z radości otworzy sobie szampana? To wszystko skłania do postawienia retorycznego pytania, czy w ogóle można być w Polsce skutecznym politykiem nie będąc niczyim agentem? Ale skoro nie można, to jakże podważać moją ulubioną teorię spiskową, według której naszym nieszczęśliwym krajem rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie – obecnie zepchnięte do głębokiej defensywy - Stronnictwo Pruskie, którego polityczna ekspozytura utraciła stanowisko lidera politycznej sceny oraz Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, na skutek wciągnięcia starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów”, zmuszone do rywalizowania z nimi o względy Naszego Najważniejszego Sojusznika?

        Ponieważ w związku z energicznymi działaniami amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, na międzynarodowej scenie politycznej zapanował niespotykany od dawna zamęt, warto by w tych okolicznościach przeprowadzić eksperyment polegający na wysłaniu do naszych Umiłowanych Przywódców SMS-a o treści: „uciekaj, wszystko wykryte!” Ciekawe, ilu natychmiast ruszyłoby na Zachód, przy czym oczywiście „Zachód” jest tu pojęciem umownym, bo po otrzymaniu takiej wiadomości mogliby oni z pełną szybkością pruć w kierunku najbliższego przejścia granicznego, byle dalej od tego zapowietrzonego kraju. Obawiam się, że nikt się na to nie zdecyduje, więc dobrze, że chociaż pan red. Pawlicki zaryzykował, dzięki czemu przekonaliśmy się, że nic zaskoczyć nas już nie może.

Dobrze i jeszcze dobrzej


        Gospodarska wizyta, jaką złożyła w Warszawie Nasza Złota Pani przypadła w momencie szczególnym, bo prawie w dwa miesiące po załamaniu się kombinacji operacyjnej, która miała doprowadzić do przesilenia politycznego w naszym nieszczęśliwym kraju. O inspirację, jeśli nie o autorstwo tej kombinacji podejrzewam Niemcy, nie tylko zgodnie z zasadą is fecit cui prodest, co się wykłada, że ten zrobił, kto skorzystał, a przynajmniej – chciał skorzystać, ale również ze względu na poszlaki. Oto kiedy w warszawskim Sejmie część opozycyjnych parlamentarzystów podjęła próbę zablokowania ustawy budżetowej – co wywoływałoby już skutki prawne w postaci pojawienia się możliwości skrócenia kadencji Sejmu – przewodniczący Komisji Europejskiej Jan Klaudiusz Juncker wyznaczył w trybie pilnym, poświęcone Polsce posiedzenie Komisji na 21 grudnia – zapewne w celu podjęcia stanowczych decyzji wobec naszego nieszczęśliwego kraju, którego rząd, mimo upływu wyznaczonego na 27 października terminu, nie tylko wykonał „zleceń” Komisji Europejskiej, ale nawet na nie nie odpowiedział. Nie sądzę, by odważył się na taką samowolkę, a skoro nie, to inspiracja, a przynajmniej pozwolenie Naszej Złotej Pani było tu konieczne. A kiedy wokół Sejmu zaczęli gromadzić się ściągani w trybie alarmowym z całej Polski konfidenci, żeby przedstawiać „zagniewany lud”, wśród którego pokazał się Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej w postaci pana generała Marka Dukaczewskiego, do Wrocławia ni stąd, ni zowąd zjechał Donald Tusk – jak przypuszczam, by w razie powodzenia kombinacji operacyjnej wystąpił na polskim terytorium w charakterze pełniącego obowiązki prezydenta. Wprawdzie panuje u nas skłonność do przypisywania wszelkich takich inicjatyw złemu Putinowi, ale Putin ani nie byłby w stanie zmobilizować Jana Klaudiusz Junckera ani Donalda Tuska, zwłaszcza w obecnej jego postaci, więc siłą rzeczy musimy tę inspirację, a może nawet zdalne kierownictwo kombinacją operacyjną przypisać Naszej Złotej Pani. Kiedy jednak okazało się, że berlińska ocena głębokości bezkrólewia w USA okazała się przesadna i za sprawą Mocnej Ręki, która wcisnęła hamulec, wspomniana kombinacja spaliła na panewce, w „Die Welt” zagrała trąbka do odwrotu na z góry upatrzone pozycje. Nie bez pewnej melancholii gazeta zauważyła, że trzeba będzie chyba pogodzić się z istnieniem w Warszawie prezesa Kaczyńskiego – przynajmniej do następnego razu i zaraz Nasza Złota Pani awizowała swoje przybycie. O pogodzeniu się z istnieniem prezesa Kaczyńskiego świadczyła najważniejsza rozmowa, jaką Nasza Złota Pani odbyła właśnie z nim w hotelu „Bristol”.

        Ale na dwa dni przed przyjazdem Nasza Złota Pani udzieliła poparcia koncepcji „Europy dwóch prędkości”, która w przełożeniu na język ludzki oznacza podział na „Festung Europa” i peryferie. Decyzje zapadałby w gronie załogi twierdzy, a peryferiom przekazywano by je do wykonania. Ta deklaracja Naszej Złotej Pani wywołała zaskoczenie w kołach rządowych, o czym można się było przekonać po komentarzach w rządowej telewizji. Najwyraźniej, chociaż pani Szydło, pan minister Waszczykowski i sam prezes Kaczyński od roku mówili o potrzebie „reorganizacji” UE, to chyba żadnego alternatywnego pomysłu nie mieli, a mówili to gwoli wywołania w gronie swoich wyznawców wrażenia, że prowadzą jakąś zagraniczną politykę. Swojej „najwierniejszej opozycji” Nasza Złota Pani nie pozostawiła nawet takiej możliwości, wzywając pana Grzegorza Schetynę i ministra-ministrowicza Kosiniaka-Kamysza z PSL na odprawę do niemieckiej ambasady. Ta ostentacja była tym większa, że sprytny pan Rysio Petru nie dostąpił nawet tego zaszczytu, by zostać awansowanym do rangi owczarka niemieckiego. Trudno się temu dziwić; nie po to Nasza Złota Pani przedsięwzięła kombinację operacyjną, by instalować na tubylczej scenie politycznej wydmuszkę starych kiejkutów, tylko żeby przywrócić na pozycję lidera tej sceny ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego. Pan Kijowski i pozostali obrońcy demokracji drobniejszego płazu zostali kompletnie zignorowani, zgodnie zresztą z uwagą wygłoszoną w swoim czasie przez pruskiego króla Fryderyka Wielkiego, że wprawdzie można posługiwać się kanaliami, ale nie wolno się z nimi spoufalać.

        Wprawdzie pani premier Szydło obiecała Naszej Złotej Pani, że rząd „odpowie” na „zalecenia” Komisji Europejskiej, co oznacza, że procedura sprawdzania demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju jest kontynuowana i mamy tylko do czynienia z rodzajem rozejmu na czas pieriedyszki, to znaczy – dopóki nie będzie większej jasności, co do europejskiej polityki Donalda Trumpa – ale rząd najwyraźniej wystraszony poparciem dla „Europy dwóch prędkości” podjął gorączkowe próby poszukiwania sojuszników dla swojej – co prawda, nie bardzo wiadomo jakiej konkretnie - „koncepcji” modyfikującej funkcjonowanie Unii Europejskiej. W tym celu pani premier Szydło pogalopowała do Holandii, która w swoim czasie odrzuciła w referendum traktat konstytucyjny, więc kto wie – może dałaby się i teraz do jakiejś „koncepcji” skaptować? Niestety przypomina to „koncepcje” jakie, jedna za drugą, lęgną się w głowie byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju Lecha Wałęsy. Najwyraźniej zapomniał on już o „koncepcji” poprzedniej, według której „Bolek” to była marka urządzenia podsłuchowego, stosowanego przez SB, bo wylęgła mu się nowa – że mianowicie generał Kiszczak chciał go zamordować. Po co generałowi Kiszczakowi było potrzebne mordowanie Lecha Wałęsy, kiedy jako żywego mógł go eksploatować do woli, tym bardziej, na im wyższym stanowisku państwowym go uplasował – trudno zgadnąć. Ale przecież nie po to „koncepcje” się lęgną, by były logiczne, tylko – żeby coś mówić – aby szum, aby szum! Toteż z sejmowego expose pana ministra Waszczykowskiego wynikało, że jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, że – jak to mówił towarzysz Stalin – nasze dieło prawoje – my pobiedim.

        Zatem w oczekiwaniu na niewątpliwy i rychły triumf naszej dyplomacji wypada zwrócić uwagę, że możliwości polskiej polityki zagranicznej są wyznaczone przez dwie ramy – niemieckie dążenie do przywrócenia pruskiej dyscypliny w Unii Europejskiej z jednej strony, a wyrażoną ustami i prezydenta Trumpa i ustami jego kandydata na ambasadora USA przy UE Teodora Mallocha amerykańską intencję podważenia niemieckiej hegemonii w UE oraz spowodowania powrotu Europy do pierwotnej formuły współpracy, sprzed traktatu z Maastricht. Jak wiadomo, pierwotna formułą współpracy europejskiej była konfederacja, czyli związek państw i dopiero traktat z Maastricht w roku 1993 odszedł od tej formuły na rzecz formuły federacji, czyli państwa związkowego. Ale nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej jeszcze nie wiedzą, co myślą, bo z jednej strony zerkają ciekawie w kierunku Waszyngtonu, ale z drugiej prześcigają się w demonstrowaniu lojalności wobec Naszej Złotej Pani, która dzięki temu cały czas zachowuje wielką swobodę manerwru.


© Stanisław Michalkiewicz
11-12 lutego 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz