WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Stare kiejkuty się przegryzają. Dodatnie plusy populismusa

Dodatnie plusy populismusa

        A to się dopiero narobiło z tymi populistami! Już się wydawało, że sytuacja jest opanowana, że stary finansowy grandziarz przy pomocy lokalnych sanhedrynów, które wyszukiwały mu tubylcze autorytety moralne do korumpowania, całkowicie opanował sytuację, dzięki czemu będą mogły nadejść tak zwane „dni ostatnie”, to znaczy – Królestwo Izraela Na Ziemi, dzięki któremu starsi i mądrzejsi przechwycą całą pulę i będą mogli już w skali globalnej uprawiać swoje ulubione społeczne inżynierie: socjalismus, albo komunismus,
a jak nie socjalismus, ani komunismus, to na przykład – uniwersalismus, a jak nie uniwersalismus – to dla odmiany zrównoważony rozwój, czy może rozbój, bo nigdy wyraźnie tego nie wymawiają. Oczywiście mniej wartościowe narody tubylcze w tym scenariuszu miały zostać tak zwanym nawozem Historii, rodzajem tworzywa, z którego starsi i mądrzejsi mogliby ulepiać sobie rozmaite makagigi w zależności od potrzeb i mądrości etapu, pozostawiając oczywiście na rozmnożenie odpowiedni kontyngent, żeby było komu pożyczać na procent, zgodnie z instrukcją Najwyższego zanotowaną w Księdze Powtórzonego Prawa: „Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują”. Szkoda, że nie pamięta o tym Balcerowicz prezesa Jarosława Kaczyńskiego w osobie pana wicepremiera Mateusza Morawieckiego („nasz Balcerowicz jest lepszy!”), który cały swój zbawienny plan renacjonalizacji gospodarki zgodny z programem przedwojennej sanacji, zamierza oprzeć na pieniądzach pożyczonych, podobnie jak w swoim czasie uczynił to Edward Gierek, za którym do dzisiaj wzdychają nieutulone w żalu szerokie masy. Jak powiedziała czarownica wbijana na pal – miłe złego początki – ale co z tego, kiedy koniec zawsze żałosny, o czym Edward Gierek mógł osobiście przekonać się już po kilku latach to znaczy – w roku 1976, kiedy przyszło do spłacania długów i zbuntowanemu ludowi trzeba było aplikować „ścieżki zdrowia”. Mniejsza zresztą z tymi wspominkami, bo chodzi przecież o populismus, od którego wszystko się zaczęło.

        Jak to przenikliwie spenetrowała żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana redaktora Adama Michnika, ten cały populismus zaczął się od Polski, w którym zewnętrzne znamiona władzy wpadły w szpony prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie w swoim czasie nie został zaliczony do „ekstremy”, którą przy pomocy RAZWIEDUPR-a „lewica laicka” wypychała z podziemnych struktur – ale chyba też nie został faworytem profesora Geremka, więc nie pozostawało mu nic innego, jak znaleźć sobie ekologiczną niszę, właśnie w postaci populizmu. Ciekawe, że tę intencję Jarosława Kaczyńskiego przejrzał na wylot jeszcze w roku 1990 francuski publicysta Guy Sorman, który teraz, jak słychać, ponoć wybrał wolność w USA jako obywatel amerykański - i w książce „Wyjść z socjalizmu”, którą w 1990 roku z kolegą Miszalskim wydaliśmy w wydawnictwie „Kurs”, poświęcił Jarosławowi Kaczyńskiemu obszerny fragment zatytułowany: „Marszałku – jesteśmy!” (Monsieur le Marechal – nous voila!). Któż jednak mógł przewidzieć, że zaraza rozleje się nie tylko na inne kraje Europy, ale nawet – na Amerykę? Najwyraźniej amerykańscy miłośnicy populizmu musieli zapatrzyć się na nasz nieszczęśliwy kraj i zbuntowali się przeciwko tamtejszym samozwańczym guwernantkom, które przy pomocy państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego dyktowały im, co i jak mają myśleć, komu krzyczeć „precz!”, a komu - „niech żyje!” i wybrali na swego prezydenta Donalda Trumpa. To znaczy – jeszcze nie wiadomo czy rzeczywiście go wybrali, bo właśnie w trzech stanach ma być powtórzone przeliczanie głosów. Kto by pomyślał, że teoria konwergencji tak szybko i tak spektakularnie się sprawdzi i USA tak bardzo upodobnia się do ZSRR, że tam właśnie nabierze aktualności spiżowa sentencja klasyka demokracji Józefa Stalina, iż nieważne, kto głosuje, a ważne – kto liczy głosy? A jeszcze w roku 1955, w czytance dla klasy II było zestawienie ZSRR i USA w którym można było przeczytać, że „w ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa” podczas gdy „w USA pracuje się bez planu”. Ciekawe, czy te czytanki redagowała pani prof. Helena Michnik, czy też przy tym oduraczaniu biednych dzieci czynne były jakieś inne arywistki, jak np. Helena Bobińska, co to dla dzieci napisała książkę o „Soso”, po której wszyscy czekali na następną i nawet sugerowali tytuł: „Komu Soso zrobił kuku”? Więc chociaż guwernantki tyle się napracowały, to amerykańscy niewdzięcznicy wypięli się na demokrację kierowaną i obrócili w stronę demokracji spontanicznej, która w oczach guwernantek uchodzi za populismus. A przecież na tym nie koniec, bo zwolennicy demokracji spontanicznej znaleźli się i w Wielkiej Brytanii, a w takiej Francji aż się od nich roi i tamtejszy establishment z najwyższym trudem zdołał przeforsować w prawyborach kandydaturę konserwatywnego liberała Franciszka Fillona, który w przyszłorocznych wyborach prezydenckich zmierzy się z Maryną Le Pen, z którą dzielą go poglądy na gospodarkę, a łączy sentyment do Rosji i Putina. Nie wiadomo, czy z nią wygra, bo Front Narodowy otrzymał ostatnio prawdziwy dar Niebios w postaci najazdu na Francję tak zwanych „uchodźców” i pewnie go politycznie zdyskontuje. Pewnie dlatego „Gazeta Wyborcza” melancholijnie stwierdza, że „populiści muszą trochę porządzić”.

        Skoro tak, to nie tylko w bliżej nieokreśloną przyszłość oddala się Królestwo Izraela, ale być może i egzekucja, którą Kołchoz wespół ze starymi kiejkutami planował urządzić w naszym nieszczęśliwym kraju pod pretekstem „obrony demokracji”. Nasza Złota Pani najwyraźniej jeszcze nie wie, co w tej sytuacji przystoi jej czynić, co przyniosło krótką pieriedyszkę rządowi w Warszawie. Wprawdzie podczas wizyty ad limina w Izraelu pani premier musiała wiele naobiecywać, bo wiadomo, że premier Netanjahu za darmo nawet nie kiwnie palcem, więc tak czy owak, Judejczykowie będą Rzeczpospolitą doić – ale rząd liczy, że za ten okup przynajmniej od strony Żydów będzie miał wytchnienie. Zobaczymy, czy się nie przeliczy – ale na razie siekiera jakby została od pnia odsunięta również dlatego, że pani Szydło rozpoczęła tak zwaną „dyplomatyczną ofensywę”, by brukselskich mandarynów w rodzaju Fransa Timmermansa, czy niemieckiego prostaka Martina Schulza, co to nie mogli już się doczekać, by z Polską zrobić porządek, pozbawić poparcia kolejnych krajów członkowskich UE, które też mogą się obawiać, że po Polsce przyjdzie kolej i na nie. Jak widać, populismus, obok plusów ujemnych, ma również swoje plusy dodatnie.

Felieton dla tygodnika „Polska Niepodległa”

Stare kiejkuty się przegryzają


        Kto by pomyślał, dokąd zaprowadzi nas, a właściwie nie tyle „nas”, co takich na przykład starych kiejkutów i ich popychadeł z politycznych i telewizyjnych ekspozytur – zatem dokąd zaprowadzi ich walka o demokrację i praworządność! Ponieważ niemiecka BND musiała już ochłonąć po nieoczekiwanym wyniku amerykańskich wyborów prezydenckich, zaś Nasza Złota Pani doszła widać do wniosku, że z tego przynajmniej powodu żadnej rewolucji w Europie nie będzie, tedy zapaliła zielone światło dla ostatecznego rozwiązania der polnischen Frage. W rezultacie stare kiejkuty, które na wieść o przewidywanej ewakuacji imperium sowieckiego ze Środkowej Europy zaczęły przewerbowywać się na służbę do central wywiadowczych naszych przyszłych sojuszników i w ten sposób trafiły między innymi pod zwierzchnictwo niemieckiej BND, zmobilizowały polityczne ekspozytury, konfidentów zorganizowanych w Komitet Obrony Demokracji oraz pożytecznych idiotów do ogłoszenia apelu do „obywatelek” i „obywateli”, żeby 13 grudnia w całym naszym nieszczęśliwym kraju zorganizowały demonstracje pod hasłem wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi firmowanemu przez PiS. Jednym z głównych zarzutów stawianych rządowi jest ten, że „dzieli” on „Polaków”. Wprawdzie żaden z sygnatariuszów apelu wprost tego nie przyznaje, ale z tego zarzutu można wydedukować, że mimo upływu 40 lat od epoki Edwarda Gierka, wszyscy oni nadal wyznają nakazany wtedy ideał „jedności moralno-politycznej narodu” - oczywiście pod przewodnictwem Partii, która z kolei pozostawała w jedności sojuszniczej z miłującym pokój Związkiem Radzieckim. Czym skorupka za młody nasiąknie, tym na starość trąci, więc nic dziwnego, że zarówno taki na przykład pan generał Marek Dukaczewski, co to podobno „samego jeszcze znał Stalina”, podobnie jak młody wojewodzic Paweł Olszewski z politycznej ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, który Stalina raczej już nie znał, stają dziś na nieublaganym gruncie jedności moralno-politycznej narodu – oczywiście pod przewodnictwem Partii – tej, która przez starszych i mądrzejszych zostanie wskazana w charakterze piastunki zewnętrznych znamion władzy. Ponieważ w naszym nieszczęśliwym kraju nasila się zjawisko dziedziczenia pozycji społecznej; dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, nawet jeśli mają tylko pierwszy stopień muzykalności, to znaczy – rozróżniają, czy graja, czy nie – no a dzieci konfidentów zostają konfidentami, w następstwie czego podporządkowanie starych kiejkutów zagranicznym centralom wywiadowczym, do jakiego na skalę masową doszło w drugiej połowie lat 80-tych, reprodukuje się w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii, zgodnie z zasadą, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.

        Ale jedność – jednością, ale nigdy nie należy zapominać o mądrościach obowiązującego etapu. Toteż na aktualnym etapie starre kiejkuty, co to samego jeszcze znały Stalina, jednym susem wskakują do pierwszego szeregu płomiennych obrońców demokracji, a za nimi jeden przez drugiego wskakują do kolejnych szeregów przedstawiciele kolejnych pokoleń, jak na przykład wojewodzic bydgoski Paweł Olszewski. Jego ojciec był w połowie lat 90-tych wojewoda bydgoskim z ramienia SLD, ale jego życiorys w Wikipedii zaczyna się dopiero od roku 1994, co, zwłaszcza w kontekście przynależności partyjnej, skłania do podejrzeń, że za pierwszej komuny musiał mieć wyjątkowo czarne podniebienie i nieźle wywijać. Oczywiście „w służbie Polsce”, jakże by inaczej – podobnie jak pan generał Marek Dukaczewski – z tym, że trzeba pamiętać przy tym o kontekście zarysowanym jeszcze w roku 1948 przez ojca-założyciela PRL Mieczysława Moczara, która tak naprawdę nazywał się Mikołaj Diomko: „Dla nas, partyjniaków, Związek Radziecki jest naszą ojczyzną, a granice nasze, nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro na Gibraltarze”. Trzeba tylko pamiętać, że Związek Radziecki zmienia położenie; raz jest na Wschodzie, a innym razem – na Zachodzie, raz stolicę ma w Moskwie, a innym razie – w Berlinie – ale stare kiejkuty, podobnie zresztą jak kiejkuty młode, nieomylnym tropizmem to położenie wyczuwają i zawsze zwracają się w prawidłowym kierunku. Tak to ci „służą Polsce”.

        Wspominam o tym wszystkim, bo wśród sygnatariuszy wspomnianego apelu znalazł się również pułkownik Adam Mazguła – ten sam, co to w imieniu „wojskowych” zadeklarował intencję obrony konstytucji. Myślę, że wiedział, co mówi, twierdząc, że w kołach wojskowych jego postawa nie jest odosobniona. Chętnie w to wierzę, jak również i w to, że kiedy Nasza Złota Pani wyda rozkaz, nasza niezwyciężona armia, jak jeden mąż stanie na nieubłaganym gruncie obrony demokracji i praworządności, zapewniając osłonę siłową konfidentom zorganizowanym w KOD-dzie, którzy chyba będą musieli wykonać najbrudniejsza robotę. Wydaje się to tym bardziej prawdopodobne, że z zagadkowych powodów rząd projektami ustaw dezubekizacyjnych akurat teraz rozjątrza uczestników siłowych struktur państwa, jakby chciał właśnie do takiej felonii ich sprowokować. Ciekawe, czy na tę okazję nasza niezwyciężona armia, albo i stare kiejkuty wydadzą KOD-ziarzom broń z jakichś sekretnych arsenałów, jak to się stało w pierwszych dniach stanu wojennego, kiedy to partia rozdała broń swojemu „aktywowi”. Wróćmy jednak do pułkownika Mazguły, który w agitacyjnym przemówieniu dał wyraz swemu upodobaniu do stanów wojennych, jako wydarzeń par ekscellence kulturalnych. Z obfitości serca usta mówią, więc taka szczerość przynosi panu pułkownikowi Mazgule zaszczyt ale z drugiej strony to jeszcze nie czas na wygłaszanie takich opinii, nie ten etap. Na wygłaszanie takich opinii jeszcze jest za wcześnie, toteż przewodniczący Platformy Obywatelskiej, którą uważam za polityczną ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego „odciął się” od niej, a wojewodzic Olszewski uznał, że pułkownik powinien swój podpis pod apelem „wycofać”. Kiedyś, w koszmarnych czasach pierwszej sanacji, Stefan Żeromski złośliwie scharakteryzował poezję Juliana Tuwima mówiąc, że ten Tuwim tak się wgryzł w język polski, tak się wgryzł, że aż się przegryzł na drugą stronę. W identycznej sytuacji znalazły się stare kiejkuty i konfidenci, co to „samego jeszcze znali Stalina” - bo z ZMP-owskim zapałem pryncypialnie piętnują „komunistów”, nieubłaganym palcem wytykając PiS-owi prokuratora Piotrowskiego, który w PZPR był tak samo, jak pułkownik Mazguła, Generał Dukaczewski, czy przodek wojewodzica Olszewskiego. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy komuchy mają honor, czy też kierując się mądrością etapu w każdej chwili gotowi są zjeść spod siebie własne gówno, to właśnie ma znakomitą ilustrację. Kto by pomyślał, że w nieubłaganej walce o demokrację dojdą aż tutaj?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada)


© Stanisław Michalkiewicz
10-11 grudnia 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © Sergiej Tunin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz