UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Akcja „Znicz” dla demokracji / Alfonsi z WSI

Alfonsi z Wojskowych Służb Informacyjnych


        W filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” jest scena rozmowy Agnieszki z ubekiem, który w swoim czasie „opiekował się” Mateuszem Birkutem, a obecnie działa w branży rozrywkowej, to znaczy – prowadzi stadko striptiserek.
Myślę, że Andrzej Wajda nie bez kozery powierzył filmowemu ubekowi akurat takie zajęcie. Najwyraźniej wiedział, że bezpieczniacy mają do kurewstwa jakąś charakterologiczną predylekcję.
W przeciwnym razie nie zostaliby bezpieczniakami – bo kurewstwo jest nie tylko charakterystyczną, ale integralną częścią tego zawodu, która z czasem schodzi do poziomu instynktów. Bezpieczniak gotów jest służyć, to znaczy – nadstawić się każdemu, kto pozwoli mu umoczyć pysk w melasie – no a kurwa – tak samo.
Toteż wreszcie doszło do tego, do czego w tej sytuacji dojść musiało – że Wojskowe Służby Informacyjne, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych przygotowują w naszym nieszczęśliwym kraju polityczny przewrót, a być może nawet kolejny rozbiór Polski w nadziei, że mocodawcy zagwarantują im możliwość dalszego pasożytowania na mniej wartościowym narodzie tubylczym, w charakterze proletariatu zastępczego zmobilizowały sobie kobiety.
Oczywiście nie wszystkie, tylko te głupsze – bo te mądrzejsze na takie plewy złapać by się nie dały. A na jakie plewy? Ano – że są oprymowane przez „męskie szowinistyczne świnie”, od dominacji których uwolnią je dopiero płomienni rewolucjoniści w typie Sławomira Sierakowskiego, który rzeczywiście sprawia wrażenie osoby bezpiecznej. Co z tego płomienni rewolucjoniści będą mieli – to jedna sprawa, bo co będą mieli bezpieczniacy z Wojskowych Służb Informacyjnych – tej gangreny na ciele naszego narodu – to jasne. Będą mieli mięcho armatnie, czyli tak zwany proletariat zastępczy, którego potrzebowali w sytuacji, gdy tradycyjny proletariat, czyli pracownicy najemni, stracił cały smak do rewolucji pod ubeckim przewodem.

        Poprzednio bowiem żydokomuna, będąca przewodnią siłą rewolucji, stawiała na wyzwolenie proletariatu, to znaczy – pracowników najemnych. Służyć miała temu gwałtowna zmiana stosunków własnościowych, to znaczy – likwidacja własności prywatnej. Własność prywatna bowiem dostarczała ludziom autonomii względem władzy publicznej. Likwidacja własności prywatnej sprawiła, że wszyscy zostali władzy ;publicznej podporządkowani podwójnie – jako obywatele i jako ludzie zmuszeni do korzystania z rzeczy przez tę władzę przejętych. Na tym między innymi polega totalitaryzm – że jednostka jest pozbawiona wszelkiej przestrzeni wolności. Władzę publiczną zaś obsiadła żydokomuna, przypisująca sobie znajomość nieubłaganych praw historii. Z tej racji miała „winka i pieczyste, sosy i smaki zawiesiste, jajca kładzione, z octem, świeże...” - jak to opisywał poeta Franciszek Villon dodając, że „nie są podobni do mularzy, którzy mur wznoszą w wielkim trudzie. Tu się pomocnik nie nadarzy; sami se zżują, dobrzy ludzie”. Toteż nic dziwnego, że tradycyjny proletariat wkrótce się na tej całe rewolucji poznał i odwrócił od niej plecami. Inna rzecz, że zawsze był dla żydokomuny sojusznikiem nieszczerym. O czym bowiem marzył proletariusz? Żeby jak najszybciej przestać być proletariuszem, to znaczy – żeby się czegoś dorobić. A kiedy mu się to udało, to natychmiast stawał się nieprzejednanym wrogiem żydokomuny, nie bez przyczyny podejrzewając, ją, że chce mu odebrać to, czego z takim trudem się dorobił. I żydokomuna szóstym zmysłem to wyczuwała, bo na nikogo nie ziała taką nienawiścią, jak właśnie na „drobnomieszczanina”, czyli wzbogaconego proletariusza. Ale ponieważ żydokomuna bez proletariatu funkcjonować nie może, bo bez przerwy musi kogoś „wyzwalać”, to na proletariat zastępczy upatrzyła sobie kobiety – im głupsze – tym lepiej. Nic zatem dziwnego, że Wojskowe Służby Informacyjne, ta gangrena na ciele naszego narodu, idąc ręka w rękę z żydokomuną, podburzają te żałosne istoty do buntu – właściwie nie bardzo wiadomo, przeciwko komu.

        Warto zwrócić uwagę, kim są najbardziej aktywne feministki, jak np. pani Kinga Dunin, Manuela Gretkowska, czy Paulina Młynarska. To osoby w gruncie rzeczy nieszczęśliwe, którym życie się nie ułożyło, prawdopodobnie na skutek podporządkowania go postępackiemu doktrynerstwu. Każda z nich jest kobietą – jak to się kiedyś mawiało - „z przeszłością”, to znaczy – z nieudanymi związkami z rozmaitymi nieudacznikami, których najwyraźniej musiały dobierać sobie w korcu maku. Cóż dobrego może wydać z siebie związek łajzy z łajzą? Nic - tylko katastrofę. Ale łajza nie byłaby łajzą, gdyby potrafiła śmiało spojrzeć prawdzie w oczy i nie cofnąć się przed żadnymi wnioskami. Właśnie dlatego, że jest łajzą, czegoś takiego zrobić nie potrafi i ucieka w oskarżanie za swoje życiowe zawody wszystkich dookoła. To jest właśnie istota feministycznej ideologii i właśnie dlatego feministki są łatwym łupem sutenerów z bezpieczniackich watah, których najtwardsze jądro w naszym nieszczęśliwym kraju stanowią Wojskowe Służby Informacyjne – prawdziwa gangrena na ciele naszego narodu.

        Tedy Wojskowe Służby Informacyjne, zwyczajem alfonsów, ponownie wyprowadziły kobiety „na ulicę”. Ooo, to, to! Cóż bowiem innego mógłby zrobić ze swoimi kobietami alfons? Ano – właśnie wyprowadzić je „na ulicę”, żeby mógł potem wycisnąć z nich wszystko, co na swoim brzuchu („koraliki co mam w uchu zarobiłam na swym brzuchu...”) zarobiły. I podobnie jak zwykłym alfonsom, którzy dbają o swój interes, a nie o interes swoich niewolnic, również Wojskowym Służbom Informacyjnym na tych kobietach wcale nie zależy. Gdyby Państwo Islamskie zaoferowało tych wszystkim degenerałom i pułkownikom możliwość dalszego pasożytowania na narodzie tubylczym, natychmiast sprzedaliby je do haremów, gdzie jeden z drugiem trójbuńczuczny basza zaraz „każdą by ubrał w gelabiję, spuściłby suce lanie kijem, po czym umieścił ją w haremie pod czujną eunucha strażą.” Nie jest zresztą wykluczone, że taki właśnie los je spotka, jako że właśnie obejrzałem sobie w telewizorze dysputę z udziałem jakichś bałwanów – jak się potem okazało – posłów Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej, którzy mimo perswazji posła Jakubiaka z klubu Kukiz 15, co to tłumaczył im, niczym chłop krowie na miedzy – upierali się, by Polska przyjęła do siebie tak zwanych „uchodźców”. Najwyraźniej epidemia zgłupienia rozszerza się z szybkością płomienia i poraża zarówno kobiety, jak i mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy przychylają się do opinii, że różnica między kobietami i nimi wcale nie jest taka duża, o ile w ogóle istnieje.

Akcja „Znicz” dla Demokracji


        „Listopad, niebezpieczna dla Polaków pora” - pisał Stanisław Wyspiański – ale miał na myśli dopiero koniec listopada, a nie jego początek. Początek listopada, to przecież Wszystkich Świętych, kiedy to cała Polska rusza z posad, by odwiedzić groby przodków. Jedyne niebezpieczeństwo, na jakie się wtedy Polacy narażają, czyha na drogach, toteż wytworzyła się w związku z tym nowa, świecka tradycja, której początki sięgają jeszcze pierwszej komuny, kiedy to pod przewodnictwem Partii, Milicja Obywatelska ogłaszała akcję pod kryptonimem „Znicz” - obecnie kontynuowaną przez policję w warunkach demokratycznych. Również w niezależnych mediach, zarówno pracujących na rzecz obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i pracujących na rzecz obozu płomiennych szermierzy miłości ojczyzny, potępieńcze swary nieco przycichają, by w atmosferze zadumy snuć wspomnienia o tych, którzy odeszli i pokazywać melancholijne obrazy z cmentarzy, które w tych dniach, a właściwie w nocach, jarzą się światłami płonących lampek. Ta wystawność, a być może również koszty takich iluminacji skłoniły niektórych przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa do przypomnienia, że światełka pomagają zmarłym tyle, co kadzidło, że dla nich najważniejsza jest modlitwa. Toteż odwiedzający cmentarze wpisują na karteczki nazwiska zmarłych ze swoich rodzin, które następnie odczytywane są w kościołach w ramach tzw. „wypominków”. Opisuję tę liturgię związaną z dniem Wszystkich Świętych i następującym zaraz po nim Dniu Zadusznym by pokazać, że import amerykańskiego obyczaju tzw. „halloween” nie ma u nas wielkich szans, chociaż snobistyczne środowiska wyłażą ze skóry, przebierając się za trupy i straszydła. To może nawet być uzasadnione, jako że wielu przodków obecnych zwolenników nieubłaganego postępu, to przecież partyjniacy lub ubecy – a w jakiej postaci może objawiać się partyjniak i ubek nawet swojemu potomstwu? Tylko w straszliwej postaci potępieńca – więc pewnie dlatego niektórzy przedstawiciele przewielebnego duchowieństwa zwracają uwagę na satanistyczny aspekt tego amerykańskiego obyczaju. Coś może być na rzeczy, bo przypominam sobie, jak to prześladujący mnie ubek scharakteryzował mnie jako „pobożnego aż do przesady”. Kiedy to przeczytałem w swoich dokumentach z IPN, byłem zaskoczony, ale z dalszej lektury sprawa się wyjaśniła. Otóż „dobry” ubek próbował brać mnie pod włos komplementami, że to niby jestem taki zdolny, a moje życie jest w moich rękach, więc najlepiej zrobię, jak się przyznam – i tak dalej. Zapytałem go, czy naprawdę tak uważa, a gdy on skwapliwie to potwierdził w nadziei, że znalazł do mnie furtkę, zacytowałem mu spiżowe słowa Józefa Stalina, które wypowiedział on kiedyś w rozmowie z Winstonem Churchillem – że mianowicie „wszystko w ręku Boga”. Wybuch wściekłości, jaki wtedy zademonstrował „dobry” ubek, przypomniał mi spostrzeżenie Aleksandra Sołżenicyna, że „pierzchają oni na dźwięk imienia Chrystusowego” - pewnie jako sługusi diabła – bo jakże by inaczej? Dlatego w próbach zaszczepienia w Polsce amerykańskiego obyczaju „halloween” dopatruję się jeszcze jednej poszlaki potwierdzającej, że obok historycznego narodu polskiego, na terenie Polski żyje i rozwnucza się również polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza, która z historycznym narodem polskim ma coraz mniej wspólnego.

        Skupienie uwagi niezależnych mediów na cmentarzach i drogach sprawia, że opinia publiczna poszukuje wiadomości politycznych z innych krajów – bo przyzwyczajona do politycznego narkotyku nie bardzo może już bez niego wytrzymać. Tak się szczęśliwie składa, że wielkimi krokami zbliżają się wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych, do których staje Hilaria Clintonowa z Partii Demokratycznej i Donald Trump, którego wyrzekają się mandaryni z Partii Republikańskiej. O ile jednak Hilaria Clintonowa mieści się w samym środku głównego nurtu amerykańskiego establishmentu, o tyle Donald Trump prezentuje się jako kandydat „anty systemowy”. Takie emploi Donalda Trumpa najwyraźniej podoba się amerykańskiemu „ludowi”, o czym świadczą sondaże, natomiast wzbudza przerażenie i konsternację tamtejszych mandarynów politycznej sceny i celebrytów, którzy mandarynom basują, żywiąc się – podobnie jak i u nas – okruchami ze stołu pańskiego. Od razu widać, że z demokracją nie ma żartów – co jeszcze w XIX wieku przewidział Adam Mickiewicz pisząc, że „ręce za lud walczące, lud sam poobcina”. Mandaryni i celebryci, bredzący w kółko o demokracji, najwyraźniej wywołali wilka z lasu i kto wie, czy demokracja nie ukaże im się wkrótce w całej swej straszliwej postaci? W takich momentach docenia się spostrzeżenia i wynalazki klasyków demokracji, a w szczególności – Józefa Stalina, którego spiżowe sentencje na temat demokracji wypada przypomnieć. Jak wiadomo, Józef Stalin powtarzał, że nieważne, kto głosuje, ważne – kto liczy głosy. To wszystko sprawdziło się nie tylko w USA, kiedy to podczas wyborów między Jerzym Bushem młodszym, a Alem Gore, kiedy to na Florydzie trzeba było – i to nie raz - ręcznie przeliczać „wadliwe” głosy, aż wreszcie rachmistrze – po wyciągnięciu pierwiastka kwadratowego z sumy przeliczonych głosów, a następnie – po odjęciu od tej liczby rocznej produkcji parasoli - wyliczyli, kto właściwie wygrał. Oczywiście to jeszcze nic w porównaniu z wyborami prezydenckimi w Austrii, gdzie w Linzu pobity został i to pięciokrotnie, rekord ustanowiony w roku 1936 w I Stalinowskim Okręgu Wyborczym Miasta Moskwy, gdzie na kandydata Józefa Stalina oddano 120 procent głosów. Wtedy wyjaśniono ten fenomen tym, że obywatele z innych okręgów już nie mogli wytrzymać i zagłosowali na Józefa Stalina. W Austrii tłumaczenie było inne – że mianowicie obywatele chcieli w ten sposób zrobić „no pasaran” znienawidzonemu „faszyzmowi”, co to „podnosi głowę”. Oczywiście trzeba było zarządzić powtórkę, która pierwotnie została wyznaczona na 2 października, ale okazało się, że to za wcześnie, bo nie przygotowano jakichś kopert, więc powtórzone wybory prezydenckie odbędą się dopiero 4 grudnia. To z kolei skłania do przypomnienia innej spiżowej sentencji Józefa Stalina, że jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest przygotowanie prawidłowej alternatywy dla wyborców. A po czym poznać, czy alternatywa została przygotowana prawidłowo? Ano po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Przebieg kampanii wyborczej w USA sprawia wrażenie, jakby przygotowania do przedstawienia wyborcom prawidłowej alternatywy zostały zaniedbane, ale przykład Austrii pokazuje, że nawet i temu można zaradzić i jeśli na Hilarię Clintonową zagłosuje – podobnie jak to było w Linzu – 600 procent obywateli, to będzie nieomylny znak, że i amerykańska demokracja zasadniczo kierowana jest prawidłowo, nawet jeśli od czasu do czasu zdarzają się wypadki przy pracy.

        Tymczasem Unia Europejska zmłotowała Walonię, dzięki czemu umowa „o wolnym handlu” między Kanadą i Unią została podpisana. Teraz w poszczególnych nieszczęśliwych krajach rozpocznie się żmudny proces ratyfikacji, za którą w naszym nieszczęśliwym kraju opowiedział się zarówno obóz zdrady i zaprzaństwa, jak i obóz płomiennych szermierzy miłości ojczyzny. Pokazuje to, że jeśli nawet gwoli emocjonalnego rozhuśtywania jak nie jednej to drugiej części opinii publicznej obóz zdrady i zaprzaństwa musi z obozem płomiennych szermierzy toczyć zażarte spory, to przecież w sprawach ważnych czy to dla Naszej Złotej Pani, czy to dla innych starszych i mądrzejszych, obydwa obozy działają ręka w rękę. Świadczy to o trwałości i mocy położonych przez generała Kiszczaka fundamentów III Rzeczypospolitej, na czele z niepisaną, ale za to fundamentalną zasadą konstytucyjną – że mianowicie my nie ruszamy waszych, a wy nie ruszacie naszych. W praktyce politycznej oznacza to, że jeśli nawet się kopiemy, to tylko po kostkach – ale nie wyżej – podobnie jak w Austrii, czy Ameryce.


© Stanisław Michalkiewicz
4-5 listopada 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2