UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Chwila wytchnienia. Dźgnąć reżym w chore z nienawiści oczy

Dźgnąć reżym w chore z nienawiści oczy

        Ach, co to był za protest! Cała Polska stanęła, niczym penis na weselu, bo od zajęć domowych oraz rutynowych stosunków płciowych z przygodnymi partnerami powstrzymały się nie tylko telewizyjne gwiazdy, nie tylko celebrytki, co to co noc kogoś kochają, nie tylko pracownice spółki „Agora”, które podobno będą musiały jednak odpracować zwolnienie w dzień 1 listopada, kiedy to reakcyjny kler proklamował dzień Wszystkich Świętych, jakby mu było mało dodatkowego święta w dzień Sześciu Króli – co nieubłaganym palcem wytknął niedawno sam pan Ryszard Petru – nie tylko damski personel Żywej Cerkwi, czyli środowiska farbowanych lisów z „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi”, które już nawet nie ukrywa, któremu panu się wysługuje
– ale również personel agencji towarzyskich, a nawet tirówki, które na ten dzień otrzymały dyspensę od swoich alfonsów. Takie przecieki docierają w każdym razie z Sekcji Alfonsów przy Klubie Parlamentarnym Platformy Obywatelskiej, która w ten sposób, po niedawnym kongresie, próbuje ofensywnie penetrować coraz to nowe środowiska społeczne, zwłaszcza „elementy socjalnie bliskie”, czyli właśnie alfonsów, prostytutki i złodziei, spośród których, jak wiadomo, zarówno bezpieka, jak i policja rekrutują swoich konfidentów. Trzon środowiska stanowią oczywiście ubeckie dynastie z protoplastami, co to jeszcze samego znali Stalina, aż po późnych wnuków, co to już noszą garnitury i mówią językami, niczym pan wojewodzic Paweł Olszewski, którego proroczą intuicją przewidział poeta jeszcze przed wojną, pisząc w natchnieniu: „I ty, co mieszkasz dziś w pałacu, a srać chodziłeś za chałupę...” - dzięki czemu Wojskowe Służby Informacyjne, wykonujące na rzecz niemieckiej BND i Mosadu zadanie destabilizacji naszego nieszczęśliwego kraju, mogą w każdej chwili nie tylko zmobilizować agenturę, jak nie pod pretekstem obrony demokracji, to pod pretekstem ochrony „wagin” oraz „macic” przed penetracją ze strony nieubłaganego palca reżymu. Oczywiście Wojskowych Służb Informacyjnych oficjalnie „nie ma”, ale co to znaczy: „nie ma”, kiedy agentura przecież pozostała i nie tylko zajmuje miejsca w kluczowych punktach życia publicznego, w których została pieczołowicie uplasowana w czasach dobrego fartu, ale również korzysta z nieograniczonych możliwości maczania pyska w melasie, kosztem Rzeczypospolitej? Toteż nic dziwnego, że podczas ostatniego swego kongresu Platforma Obywatelska dała wyraz dwojgu swoim największym zgryzotom: Instytutowi Pamięci Narodowej i Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu. Instytut – wiadomo; znajdujące się tam dokumenty wywracają jedna po drugiej pieczołowicie spreparowane „legendy”, wskutek czego zarówno Kukuniek, czyli były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa, jak i „legendarna” pani Henryka Krzywonos, nie posiadają się z irytacji. Nawiasem mówiąc Kukuniek obchodził niedawno swoje 73 urodziny. Za komuny przy takich okazjach zaraz wygrywał w totolotka, ale teraz jest kapitalizm i na powszedni jurgielt trzeba zapracować nie tylko donosami, ale solidniej, toteż bez zaskoczenia można było podziwiać wśród zgromadzonych na urodzinach konfidentów również pana Fransa Timmermansa z Komisji Europejskiej. Już tam pan Timmermans, z ramienia Naszej Złotej Pani koordynujący ostateczne rozwiązanie die polnische Frage, odpowiednio Kukuńka podkręcił: jak ma nawijać, co i kiedy robić, żeby – jak nadejdzie czas rozstrzygnięć – scenariusz rozbiorowy został zrealizowany bez komplikacji. Co tam Kukuniek będzie z tego miał – tego oczywiście nie wiemy, ale nie jest wykluczone, że jemu też obiecali pochówek na Wawelu, w dodatku przy akompaniamencie zespołu „Behemot”, kierowanego przez pana Adama Darskiego „Nergala”, uważanego powszechnie za delegata Belzebuba na województwo pomorskie. Wracając zaś do kongresu PO, no to wiadomo, że CBA stanowi otwartą, niezagojoną ranę. Korupcji oczywiście Biuro nie wypleni; co to, to nie – ale potrafi zatruć przyjemność z każdego łyka szampana i każdej łyżeczki kawioru – no a cóż komu po szampanie i kawiorze, jeśli nie ma przyjemności? Zatem, żeby władza, zwłaszcza z nadania Naszej Złotej Pani, odzyskała cały niegdysiejszy powab, to IPN i CBA muszą zostać zlikwidowane. Podobnie uważał Katon Starszy, który każde swoje przemówienie w Senacie kończył słowami: „ceterum censeo Carthaginem delendam esse” – co się wykłada, że poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć.

        Ale mniejsza już o ten cały kongres; niech się tam Platforma Obywatelska kongresuje ile wlezie, bo przecież ważniejszy jest „czarny protest”. Otóż według informacji uzyskanych od moich honorables correspondants, którzy, przebrawszy się w czarne pulowery i bereciki a la Juliette Greco, to i owo podczas protestu podsłuchali, z inspiracji Judenratu „Gazety Wyborczej”, a może nawet samego Sanhedrynu, uczestniczki protestu podjęły zobowiązanie, że jak tylko skończy się zarządzona przez pana prof. Jana Hartmana alkowiana kwarantanna, zaraz postarają się zajść w niepożądaną ciążę, najlepiej oczywiście przy pomocy zapłodnienia w szklance, za którym z zagadkowych powodów strasznie stęsknił się zwłaszcza pan Jarosław Kalinowski z Polskiego Stronnictwa Ludowego – a jak już zajdą w ciążę, to zaraz ostentacyjnie zażądają, by je wyskrobano – oczywiście na koszt Rzeczypospolitej – żeby również w ten sposób dźgnąć znienawidzony faszystowski reżym w chore z nienawiści oczy. Ale nie tylko o sprowokowanie znienawidzonego reżymu tu chodzi, bo reżym – swoją drogą, a długofalowa strategia Sanhedrynu, by dokonać depopulacji mniej wartościowego narodu tubylczego i w ten sposób zrobić miejsce dla Judeopolonii, na wypadek, gdyby na Bliskim Wschodzie coś poszło nie tak – swoją drogą. Są to oczywiście tylko pogłoski, ale jeśli się okaże, że wyskrobywane jest tylko potomstwo głupich gojów, podczas gdy embriony wyznania mojżeszowego są oszczędzane, to będzie to nieomylny znak, że coś jest na rzeczy.

Chwila wytchnienia


        Już się wydawało, że lawina społecznych protestów przeciwko rządowi będzie toczyła się coraz szybciej, zagarniając po drodze kolejne środowiska – a tymczasem wszystko ucichło z dnia na dzień i tylko „kobiety” z których nie do końca wyparowała wścieklizna, z rozpędu krytykują prezesa Kaczyńskiego, chociaż PiS w sprawie odrzucenia społecznego projektu ustawy aborcyjnej głosował prawie w całości tak samo, jak Platforma Obywatelska. Nie wiadomo zatem, czy posągowa pani Małgorzata Kidawa-Błońska, którą można już z daleka rozpoznać po zębach („babciu, dlaczego masz takie wielkie zęby?” - dopytywał się Czerwony Kapturek) urządza konferencje prasowe, bo jeszcze nie przeszła jej wścieklizna, czy też w Wojskowych Służbach Informacyjnych pojawiły się jakieś zawirowania – ale od kilku dni nie mieliśmy w naszym nieszczęśliwym kraju żadnego protestu społecznego. Wszystko wskazuje na to, że ten zagadkowy zanik społecznych protestów przeciwko „faszyzmowi” i za „praworządnością” musiał zostać nagle zarządzony i to przez ten sam ośrodek, który wcześniej, wykonując zadania zlecone przez Naszą Złotą Panią, tak energicznie je ekscytował. Warto tedy zwrócić uwagę, że nastąpiło to zaraz po ogłoszeniu przez rząd, a konkretnie – przez znienawidzonego ministra Macierewicza, że Polska odstąpiła od kontraktu z francuskim „Airbusem” na sprzedaż naszemu nieszczęśliwemu krajowi, to znaczy – naszej niezwyciężonej armii śmigłowców „Caracal”. Żeby lepiej zrozumieć związek przyczynowy między tymi dwoma wydarzeniami, musimy cofnąć się w czasie do roku 2012, kiedy to zapadła decyzja o dokonaniu takiego zakupu dla naszej niezwyciężonej. W roku 2012 trwały jeszcze skutki „resetu” dokonanego 17 września 2009 roku przez prezydenta Obamę w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Stany Zjednoczone wycofały się z aktywnej polityki w Europie Wschodniej, w związku z tym nasz nieszczęśliwy kraj znalazł się pod kuratelą strategicznych partnerów, to znaczy – Niemiec i Rosji. Nic zatem dziwnego, że w tej sytuacji śmigłowce można było kupić tylko we Francji, którą prezydent Hollande stopniowo przekształca w rodzaj owczarka niemieckiego. Toteż pierwszorzędni fachowcy z ówczesnego MON rozpoczęli żmudne negocjacje, w następstwie których okazało się, że Polska ma za śmigłowce „Caracal” zapłacić słodkiej Francji aż 13 mld złotych – bo cena jednego aparatu sprzedanego Polsce dlaczegoś była aż dwukrotnie wyższa, niż cena tych śmigłowców sprzedawanych wcześniej innym krajom. Gdyby nawet była taka sama, to i tak z samego kurzu, jaki podnosi się pzy przeliczaniu takich pieniędzy, można wykroić mnóstwo fortun wystarczających na założenie starych rodzin – a tu jeszcze taka różnica w cenie! Sprawia ona, że pojawiły się podejrzenia, iż transakcji towarzyszyły przepływy wielkich pieniędzy pod stołem. Nie pociągnęłoby to za sobą żadnych następstw, gdyby nie to, że prezydent Obama w roku 2013 zresetował swój poprzedni reset, USA powróciły do aktywnej polityki w Europie Wschodniej, w związku z czym Polska ponownie dostała się pod kuratelę amerykańska – tym razem chyba na dobre. Tymczasem negocjacje musiały już wejść w taką fazę, że pieniądze spod stołu mogły zostać już nawet wydane. W tej sytuacji pan prezydent Komorowski, najwyraźniej przechodząc do porządku nad tym, że amerykańska siekiera została już do pruskiego pniaka przyłożona, a Stronnictwo Pruskie i jego partyjna ekspozytura zostanie zepchnięta z pozycji lidera tubylczej sceny politycznej na rzecz ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, rzutem na taśmę, w kwietniu 2015 roku zatwierdził franuski śmigłowiec do prób. Ale już wkrótce przestał być prezydentem, a jesienią powstał rząd PiS, który właśnie od kontraktu odstąpił, motywując to niedostateczną troską strony francuskiej o tak zwany „offset”. Jak tam było, tak tam było – ale, jeśli pieniądze zostały wzięte, a zwłaszcza - wydane, stworzyło to szalenie kłopotliwą sytuację. Tedy jak ręką odjął zakończyły się wszelkie społeczne protesty, bo jużci – nie czas żałować róż, nawet, a może zwłaszcza w postaci nadętego pana prezesa Andrzeja Rzeplińskiego z tym całym jego Trybunałem, gdy płoną lasy, to znaczy – gdy trzeba będzie – co nie daj Boże – oddawać pieniądze. Grozę sytuacji powiększył jeszcze „list otwarty”, jaki prezes „Airbusa” wystosował do pani premier Beaty Szydło. Było to z pewnością pierwsze poważne ostrzeżenie, po którym można się było spodziewać ujawnienia, kto ile wziął, a nawet – gdzie schował szmalec. Tedy soldateska, która w takich razach zawsze wysuwa do przodu mięso armatnie, wystawiła w charakterze harcowników cywilów w osobach byłych ministrów obrony Tomasza Siemoniaka i Bogdana Klicha oraz byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, którzy nie szczędzili rządowi, a zwłaszcza – znienawidzonemu ministrowi Macierewiczowi słów krytyki – że to niby sferę obronności ogarnia „szaleństwo”. Z jednej strony Bogdan Klich, z zawodu psychiatra, może takie rzeczy diagnozować, ale w drugiej strony niepodobna nie zauważyć, że jeśli to nawet szaleństwo, to jednak takie, w którym jest metoda. Chodzi o to, że ogłoszenie przez ministra Macierewicza decyzji o odstąpieniu rządu od kontraktu na zakup śmigłowców „Caracal” zbiegło się z ogłoszeniem nominacji na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych w Warszawie Amerykanina, pana Roberta Greya, który w MSZ zajmuje się „dyplomacją ekonomiczną”, cokolwiek by to miało znaczyć. Pierwsze efekty tej „dyplomacji ekonomicznej” właśnie objawiły się w postaci odstąpienia od kontraktu z Francuzami i zapowiedzi zakupu – na razie tylko dwóch – śmigłowców dla naszej niezwyciężonej armii w Mielcu, gdzie funkcjonuje amerykańska firma Sikorsky Aircraft. Gdyby zatem Francuzi puścili farbę, kto ile wziął i gdzie schował, to mogłoby się niebezpiecznie zakotłować, bo wprawdzie Nasz Najważniejszy Sojusznik wciągnął starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów”, ale nie będzie tolerował biznesowych skoków na boki. W tej sytuacji trzeba było natychmiast nałożyć surdynę na wszelkie społeczne protesty i tylko posągowa pani Kidawa-Błońska nie skapowała, co się dzieje i nadal wysadza te tory i wysadza. Tymczasem najgorsze w postaci puszczenia przez Francuzów farby zostało chyba zażegnane, bo MON zapowiedziało rozpisanie nowego przetargu na śmigłowce, więc jeśli Francuzi zechcą wziąć w nim udział, to muszą zacisnąć zęby i milczeć roztropnie, zatem RAZWIEDUPR może odetchnąć. Czy da też odetchnąć rządowi, czy też zadziwi wszystkich swoja niewdzięcznością, niczym kiedyś Austria – zobaczymy już wkrótce.

        Tymczasem wojna – wojną, bo pięknie różnić się trzeba, ale gdy chodzi o sprawy naprawdę ważne, to odżywa porozumienie ponad podziałami. Tak było przy odrzucaniu społecznego projektu ustawy w sprawie zakazu aborcji, i tak się stało przy głosowaniu nad zezwoleniem na ratyfikację umowy CETA o „wolnym handlu” Unii Europejskiej z Kanadą. Warto zwrócić uwagę, że umowy ta liczy ponad 1000 stron, więc jasne jest, że jej przedmiotem nie jest żaden „wolny handel”, tylko coś całkiem innego. Gdyby między UE i Kanadą rzeczywiście była zawarta umowa o wolnym handlu, to powinna składać się z dwóch krótkich zdań i aneksu. Zdanie pierwsze powinno brzmieć, że w stosunkach między UE i Kanadą wprowadza się wolny handel, a zdanie drugie – że uchyla się wszelkie regulacje sprzeczne z zasadami wolnego handlu. W aneksie zaś powinien znaleźć się rejestr regulacji uchylonych w tym trybie. Aneks musiałby ważyć co najmniej z 50 kilogramów – ale to wszystko. Zasady wolnego handlu są bowiem następujące: sprzedający może sprzedać co tylko chce, komu chce i gdzie chce, a kupujący może kupić co chce, kiedy chce i u kogo chce. Co więcej jest – od złego jest. Jeśli zatem umowa CETA liczy ponad 1000 stron to znaczy, że jej celem jest ustanowienie w stosunkach między UE i Kanadą handlu drobiazgowo reglamentowanego, którego koszty będą obciążały niezliczone biurokratyczne pijawki. Z czegoś takiego nic dobrego wyniknąć nie może – ale ponieważ ratyfikację tej umowy „zaleciła” biurokracja brukselska, to zarówno obóz zdrady i zaprzaństwa, jak i obóz płomiennych szermierzy niepodległości zalecił ratyfikację – chociaż może nie do końca szczerze, bo ma ona nastąpić większością co najmniej dwóch trzecich głosów. Protestuje za to PSL, twierdząc, że umowa CETA jest sprzeczna z interesem „polskiej wsi”. Pewnie tak jest, ale dlatego, że jej przedmiotem nie jest wolny handel. Gdyby bowiem w Polsce panowała wolność gospodarcza, to „polska wieś” by sobie z konkurencją poradziła tak samo, jak radzą sobie z konkurencją wielkoobszarowych, uprzemysłowionych gospodarstw amerykańscy Amisze. Będąc w Pensylwanii odwiedziłem powiat Lancaster w którym mieszkają Amisze. Prowadzą oni gospodarstwa rodzinne, a dodatku bez używania elektryczności i chemikaliów. Ponieważ ta powściągliwość wynika z zasad ich religii, żywność przez nich sprzedawana cieszy się wielkim popytem wśród zwolenników tzw.”zdrowego odżywiania”. Raz w tygodniu urządzane są „targi farmerskie” na których Amisze sprzedają swoje produkty – również w postaci przetworzonej. Na te targi zjeżdżają się tłumy również z innych stanów, dzięki czemu rodzinne gospodarstwa Amiszów kwitną ekonomicznie. Myślę, że podobnie jest w przypadku kanadyjskich menonitów, których skupiska są w rejonie Waterloo – Kitchener niedaleko Toronto, ale ich gospodarstw nie oglądałem. Mogą tak prosperować i nie lękać się konkurencji ze strony wielkoobszarowych uprzemysłowionych farm dzięki temu, że mogą żyć po swojemu, podczas gdy w Unii Europejskiej takich możliwości jest z roku na rok coraz mniej – jak to w komunizmie. Tylko że PSL jest za komunizmem przeciwko wolności, z czego być może nawet nie zdaje sobie sprawy.


© Stanisław Michalkiewicz
15 - 16 października 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2