WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Bartłomiej Sienkiewicz znów chlapnął

        Dobry Boże, jak nisko cenią nas Nasi Sojusznicy, podobnie zresztą, jak Sojusznicy Naszych Sojuszników! Oto podczas procesu pana Falenty oraz kelnerów, co to zawiązali straszliwy spisek przeciwko III Rzeczypospolitej, zeznawał pan Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, który powierzył mu także nadzorowanie i koordynowanie działań wszystkich działających oficjalnie w Polsce bezpieczniackich watah. Przedtem pan Sienkiewicz był funkcjonariuszem Urzędu Ochrony Państwa, do którego trafił z ruchu Wolność i Pokój. Ten ruch Wolność i Pokój powstał w roku 1985 i zasłynął z protestów przeciwko służbie wojskowej, ale przy okazji głosił też ideologię wyrzeczenia się przemocy wobec komunistów, a nawet wyrzeczenia się w stosunku do nich wszelkiej nienawiści.
Jestem pewien, że komunistom taka ideologia nie mogła się nie podobać i być może z tego właśnie powodu tak wielu uczestników ruchu Wolność i Pokój od razu trafiło do Urzędu Ochrony Państwa. Jednym z nich był właśnie pan Sienkiewicz, który dosłużył się tam nawet stopnia kapitana. Być może ten niski stopień w bezpieczniackich watahach był przyczyną pewnej nieśmiałości pana ministra Sienkiewicza wobec wyższych szarż, które bezpieczniackie szlify zdobywały jeszcze pod okiem samego ministra Radkiewicza. Jak taki, jeden z drugim generał, albo nawet pułkownik, co to z niejednego komina wygartywał, powiedział ministru Sienkiewiczu - „wy, Sienkiewicz, u mnie uważajcie, żebym nie musiał wam, wiecie, rozumiecie, przypominać, skąd wyrastają wam nogi” - to pan minister uważał i nie pchał nosa między drzwi. Jakże bowiem inaczej wytłumaczyć sytuację opisaną w raporcie Najwyższej Izby Kontroli z 2014 roku, że w Polsce „nikt” nie kontroluje tajnych służb, chociaż premier Tusk nadzorowanie tych służb i koordynowanie ich poczynań ministru Sienkiewiczu surowo przykazał? Inaczej, jak chwalebną modestią wytłumaczyć tego niepodobna. Tak samo Pan Zagłoba tłumaczył przyczynę, dla której Roch Kowalski zacukał się wobec księcia Bogusława Radziwiłła i poległ z jego ręki: „Oto służyło chłopisko u Radziwiłłów od pacholęcych lat, za panów ich swoich uważało i na widok Radziwiłła musiało się skonfundować. Może mu nigdy ta myśl w głowie nie postała, żeby na Radziwiłła można rękę podnieść. Bywa tak, bywa!” - napisał pradziad pana ministra, Henryk Sienkiewicz w „Potopie”. Najwyraźniej i sam pan minister Sienkiewicz musiał zdawać sobie z tego sprawę, skoro w podsłuchanej rozmowie w nieistniejącej już dzisiaj knajpie „Pod pluskwami” powiedział, że państwo polskie istnieje „tylko formalnie”, bo tak naprawdę, to tylko „ch..., d... i kamieni kupa”. Skoro taką diagnozę wystawia swemu państwu minister spraw wewnętrznych, formalny nadzorca i koordynator bezpieczniackich watah, to czy wypada nam zaprzeczać? Jasne, że spieranie się z ministrem Sienkiewiczem byłoby niegrzeczne, ale skoro tak, to nie ma innej rady, jak tylko przyjąć do wiadomości podstawową tezę mojej ulubionej teorii spiskowej, według której opisane w konstytucji organy państwowe stanowią tylko dekorację, za zasłoną której polską samowładnie choć rotacyjnie rządzą bezpieczniackie watahy, zgrupowane w trzech stronnictwach: Ruskim – obecnie zepchniętym do głębokiej defensywy, Pruskim – w 2015 roku strąconym z pozycji lidera politycznej sceny oraz Amerykańsko-Żydowskim. To ostatnie ma aż dwie polityczne ekspozytury; jedną oficjalną w postaci rządu pani premier Beaty Szydło, a drugą nieoficjalną w postaci starych kiejkutów, których Amerykanie w czerwcu 2015 roku wciągnęli na listę „naszych sukinsynów”. Z punktu widzenia Naszego Najważniejszego Sojusznika stare kiejkuty są sukinsynem szalenie wygodnym, bo wobec rządu trzeba zachowywać jakieś pozory partnerstwa i ceregiele, jakieś czerwone dywany, podczas gdy ze starymi kiejkutami jest krótka rozmowa; takiemu jednemu z drugim generałowi rezydent CIA wręcza karton z 15, czy 30 milionami dolarów w gotówce i cała soldateska oraz bezpieka skacze przed hojnym mecenasem z gałęzi na gałąź, aż im dzwonią złote medale „za zasługi dla obronności kraju”. Nazywa się to „divide et impera” - metoda skuteczna od czasów starożytnych, a skoro tak, to dlaczego nie stosować jej i teraz w naszym bantustanie?

        To są wszystko rzeczy znane i w żargonie używanym w niezawisłych sądach nazywane „notoryjnością powszechną” - że niby wie o tym jeśli nawet nie każde dziecko, to w każdym razie – każdy chłopiec, zwłaszcza, gdy jest już dużym chłopczykiem, jak na przykład pan Bartłomiej Sienkiewicz. Jeśli tedy przypominam o tym raz jeszcze, to dlatego, że podczas procesu, jaki w niezawisłym sądzie toczy się przeciwko spiskującym kelnerom i panu Falencie, pan minister Sienkiewicz wyraził przekonanie, że spiskowali nie po to, by „spisane były czyny i rozmowy”, ale po to, by te spisane czyny i rozmowy posłużyły do obalenia rządu, w którym pan Bartłomiej Sienkiewicz zasiadał. Zauważył przy tym, że z materiałów sprawy wynika, iż pan Falenta miał rozdysponować między spiskowców 130 milionów złotych. Tę właśnie informację, zwłaszcza gdyby była prawdziwa, powinniśmy sobie rozebrać z uwagą, co najmniej taką, z jaka Wojski rozbierał opowieść o królowej Dydonie, co to „wytargowała sobie taki ziemi kawał, który by się wołową skórą nakryć dawał”. Otóż pan Falenta wprawdzie cieszył się opinią człowieka majętnego, ale znowu nie do tego stopnia, by mógł rozrzucać miliony na obalenie rządu, zwłaszcza, że wcale nie musiał mieć pewności, iż te pieniądze mu się zwrócą na przykład w postaci możliwości żerowania na jakiejś spółce Skarbu Państwa, które właśnie po to są. Zatem jest bardziej prawdopodobne, że tylko rozdzielał pieniądze otrzymane od kogoś innego. Od kogo? Tajemnica to wielka i skoro nawet niezależna prokuratura nie ośmieliła się złamać tej świętej pieczęci, to jesteśmy skazani na domysły. Skoro jednak już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się, ile wlezie! Ja na przykład domyślam się, że skoro w czerwcu 2013 roku prezydent Obama zresetował swój reset z 2009 roku w stosunkach amerykańsko-rosyjskich i USA powróciły do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, to musiały przebudować scenę polityczną w naszym bantustanie pod kątem potrzeb swojej polityki w tym rejonie Europy. Przebudowa polegała na usunięciu z pozycji lidera politycznej ekspozytury Stronnictwa Pruskiego w postaci Platformy Obywatelskiej i wysunięcie na tę pozycję politycznej ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego w postaci PiS – na wszelki wypadek kontrolowanej przez stare kiejkuty. W tym celu kelnerzy zawiązali straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując dygnitarzy PO, a od 2014 roku puszczając przecieki do niezależnych mediów, które też mogły mieć w tym swój udział. Okazuje się bowiem, że ta operacja kosztowała 130 milionów zł, czyli dwa razy tyle, ile „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie, na przełomie lat 2004-2005. Wtedy forsę wyłożył żydowski finansowy grandziarz Jerzy Soros, który wiele sobie po tej całej Ukrainie obiecywał. A teraz kto – i co sobie obiecuje?


© Stanisław Michalkiewicz
1 października 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © domena publiczna / Rząd RP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz