WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Harce harcowników. Rząd finansuje komunistyczną propagandę

Rząd finansuje komunistyczną propagandę

        Obserwując różne wydarzenia życia publicznego, niepodobna nie wpaść w zachwyt nad koordynacją poczynań wydawać by się mogło – zupełnie od sobie oderwanych. Cóż bowiem może łączyć judeochrześcijański portal poświęcony „Fronda”, który właśnie zdemaskował księdza Jacka Międlara, jako ruskiego agenta, a kto wie, czy nawet nie osobistego agenta Putina, albo przynajmniej Dugina, z organizatorami konferencji „Czas Utopii”, jaka za pieniądze Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odbywała się niedawno we Wrocławiu? Z pozoru nic – ale kiedy zaczniemy drążyć tak zwane „wstydliwe zakątki” jednych i drugich, to prędzej, czy później oczom naszym ukaże się robaczek, niezwykle zaskoczony wydobyciem na światło dzienne.
W przypadku „Czasu Utopii” wystarczy podążyć tropem pana Edwina Bendyka, występującego na konferencji w charakterze „kuratora” i „moderatora”. Pan Bendyk jest uczonym naukowcem, a w chwilach wolnych od mozolnego penetrowania prawdy w coraz ciaśniej otaczającej nas rzeczywistości, w tygodniku „Polityka” objaśnia mikrocefalom rozmaite zagadki bytu, a poza tym radzi w Fundacji Nowoczesna Polska. Prezesem tej Fundacji jest pan Jarosław Lipszyc, wybitny przedstawiciel polskiej społeczności żydowskiej. Naturalnie nie ma w tym nic złego, podobnie jak w tym, że na jednej ulicy naprzeciwko siebie stoi klasztor męski i klasztor żeński. Nie ma w tym nic złego – ale może być. A może być – bo Fundacja, podobnie jak wiele innych przedsięwzięć, za pieniądze rozmaitych państwowych „grantodawców” realizuje „projekty”, przy pomocy których edukowane są dzieci – a nie są to dzieci członków zarządu czy rady fundacji – tylko dzieci Bogu ducha winnych podatników, na których – oczywiście „bez ich wiedzy i zgody” testuje się rozmaite koncepcje wychowawcze i propagandowe, których wspólnym mianownikiem jest służba nieubłaganemu postępowi. A czyż „judeochrześcijaństwo” nie jest zasadniczo postępowe, chociaż z uwagi na specyfikę swego emploi musi zajmować się aniołami i szatanami, a także rozmaitymi przepowiedniami – ale wiadomo, że to tylko takie opakowanie, rodzaj polewy, dzięki której katolickim masom łatwiej przełknąć gorzkie pigułki „judeochrześcijaństwa”? Przewielebny ksiądz Międlar zaczął tę polewę z pigułek zeskrobywać, toteż poświęcony portal najwyraźniej musiał dostać rozkaz zdemaskowania również i jego. Nawiasem mówiąc, okazało się, że agentem Putina okazał się nawet kandydat Partii Republikańskiej na prezydenta Stanów Zjednoczonych Donald Trump, w odróżnieniu od pani Hilarii Clintonowej, której zalety i przymioty są powszechnie znane na całym świecie, niczym w swoim czasie zalety i przymioty Józefa Stalina, a już w naszym nieszczęśliwym kraju – w sposób szczególny.

        Ale mniejsza o tych kandydatów; już niedługo któryś z nich zostanie prezydentem i dowiemy się, z jakiego klucza wypadnie nam ćwierkać – bo w dzisiejszych czasach bez ćwierkania obejść się niepodobna – bo ciekawa jest również konferencja „Czas Utopii”, jaka odbyła się we Wrocławiu, a zwłaszcza wykłady wygłoszone 20 sierpnia. Tego dnia wystąpił między innymi włoski komunista Franciszek Berardi, który radził, by „znacznie” zmniejszyć czas pracy i zlikwidować zysk. Jak szczerze wyznał, „nie jest w stanie zrozumieć” dlaczego ludzie pracują po 8 godzin dziennie. „Nie potrzebujemy już pracy” – powiedział. Jeszcze raz okazało się, że literatura wyprzedziła życie i to znacznie. Oto w koszmarnych czasach sanacji, do której, mówiąc nawiasem, nawiązuje rząd pani premier Beaty Szydło, poeta przedstawił rozmaite spojrzenia na wiosnę; między innymi – spojrzenie poety proletariackiego: „I znowu wiosnę widzą me klasowo nastawione oczy. Precz z rządem! Wiwat KPP i półgodzinny dzień roboczy!” Franciszek Berardi idzie dalej; pół godziny to też za dużo. Któż nie zachwyci się takim programem politycznym? Gdyby jeszcze ktoś dawał za darmo wypić i zakąsić, to rzeczywiście – raj na ziemi byłby w zasięgu ręki. Ciekawe, że podobne poglądy lansował Jeremiasz Ryfkin, doradca naukowy prezydenta Clintona. W książce „Koniec pracy” dowodzi, że wystarczy praca 10 procent ludzi, by pozostałym 90 procentom dostarczyć w obfitości wszelkich dóbr i usług, a wykombinować trzeba jedynie zasadę, na jakiej te 90 procent ma korzystać z dochodu narodowego. Jednocześnie jednak Jeremiasz Ryfkin, podobnie zresztą jak i Franciszek Berardi, nie może nachwalić się wolontariatu, a więc... pracy darmowej! Ten entuzjazm do wolontariatu podważa niestety pogląd, jakoby praca była niepotrzebna. Wygląda na to, że jest potrzebna, jak najbardziej, tylko z zagadkowych przyczyn nie ma jak za nią zapłacić. Nie muszę dodawać, że Franciszek Berardi winą za to po staremu obarcza „kapitalizm”. Ciekawe, gdzie on go widzi w sytuacji, gdy działające na Zachodzie partie socjaldemokratyczne i komunistyczne, wprowadziły tyle socjalizmu, a nawet komunizmu, ile tylko mogły? Żeby nie być gołosłownym, podam przykład z własnego doświadczenia z Francji, gdzie chyba w 1989 roku pracowałem na winobraniu w gminie Saint-Amour w departamencie Saony i Loary. Nasz patron po przybyciu na winnicę udzielił nam instrukcji, by zbierać tylko najdorodniejsze kiście, a resztą obcinać i rozdeptywać między rzędami winorośli, żeby było widać, że zostały zniszczone. Zastosowaliśmy się do polecenia i zniszczyliśmy w ten sposób około połowy pięknego zbioru. W przerwie zapytałem patrona, dlaczego kazał nam to robić i jeszcze nam za to płaci? On na to, że gmina wyznaczyła mu limit wydajności z hektara na poziomie 50 hektolitrów i gdyby się okazało, że uzyskał więcej, dostałby taką karę, że musiałby te winnicę sprzedać. Na pytanie, skąd w gminie wiedzą, że 50, a nie – dajmy na to – 55 odparł, że nie wiedzą, tylko cała gmina dostała taki limit z departamentu Saony i Loary, departament – z Ministerstwa Rolnictwa w Paryżu, a Ministerstwo – z Komisji Europejskiej w Brukseli, bo produkcja wina już wtedy była w UE kwotowana. Okazało się, że to nie w Polsce, tylko we Francji, przynajmniej w sektorze rolnym, został zrealizowany gospodarczy ideał Hilarego Minca – jednego z trójki wszechmogących Żydów, których Stalin nasłał do Polski by tresowali nas do komunizmu: plan doprowadzony do każdego stanowiska pracy. Wbrew temu, co sądzi Franciszek Berardi, to nie „kapitalizm”, którego na Zachodzie tak dobrze, jak już nie ma, tylko socjalizm jest przyczyną paroksyzmów, jakie wstrząsają światem. Jak zauważył Stefan Kisielewski, socjalizm bowiem bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju.

        Już szkicowe streszczenie wykładu Franciszka Berardiego pokazuje, że z żadną nauką, nawet przy maksymalnej wyrozumiałości, bredzenie tego „intelektualisty” - jak namaszczeniem tytułuje go żydowska gazeta dla Polaków – nie ma nic wspólnego, Jest to zwyczajna komunistyczna propaganda. Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie fakt, że wśród sponsorów konferencji we Wrocławiu figuruje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Czy rzeczywiście Ministerstwo nie ma większych zmartwień, jak finansowanie komunistycznej propagandy, udrapowanej w „naukowy” kostium? Gwoli rozweselenia, Ministerstwo dołożyło się też do występu cwanej ukraińskiej panienki, Inny Szewczenko. Wraz z innymi cwanymi ukraińskimi panienkami, zarabia na życie tym, że się publicznie rozbiera, albo do pasa, albo nawet do goła – ale za każdym razem zaznacza, że to w geście protestu przeciwko czemuś, na co akurat opiewa obstalunek. Panna Szewczenko z dużym tupetem stwierdziła, że panienki z „Femenu”, bo tak nazywa się ukraińska trupa – zdejmując majtki, zmuszają różne osobistości do „spojrzenia na to, czego się boją”. Myślę, że pani Szewczenko przesadza i to znacznie – pomysł, że Włodzimierz Putin, a nawet papież Franciszek, nigdy nie widział damskich pośladków, krocza, czy piersi i się ich przestraszy, wykracza poza granice śmieszności. Co innego, gdyby pani Szewczenko miała w kroczu paszczę tyranozaura, albo przynajmniej krokodyla, ale chyba nic takiego nie ma, więc czegóż tu się bać – chyba, żeby zapachu? Przypuszczam tedy, że nawet sama pani Szewczenko w to nie wierzy, choćby dlatego, że we Wrocławiu majtek jednak nie ściągnęła, ograniczając się do buńczucznych deklaracji. Na tej całej Ukrainie bida podobno aż piszczy, a zarabiać na bułeczkę i masełko jakoś jednak trzeba, co dodatkowo pokazuje, że opowieści Franciszka Berardiego, jakoby praca była niepotrzebna, możemy śmiało włożyć między nogi, to znaczy – pardon – oczywiście między bajki.


Harce harcowników

        Jak wiadomo, w dawnych czasach, zanim wodzowie wydali rozkaz do walnej bitwy, na przedpola wojsk wyruszali harcownicy, by popisywać się odwagą. Harce harcowników odbywały się na oczach całego wojska, toteż każdy się starał wypaść jak najlepiej. Później, kiedy coraz większą rolę w wojnach zaczęły odgrywać bronie ogniste, natarcie coraz częściej było poprzedzane przygotowaniem artyleryjskim, to znaczy – ostrzałem pozycji nieprzyjacielskich ogniem armatnim, który miał nie tylko zrujnować umocnienia, nie tylko przetrzebić nieprzyjacielskie oddziały, ale również, a może nawet przede wszystkim – nadwątlić wolę oporu. Ponieważ pruski teoretyk wojny, Karol von Clausewitz zauważył, że wojna jest tylko przedłużeniem polityki, to zasady stosowane na wojnie są użyteczne również w życiu politycznym. Zresztą nie tylko w politycznym. Za moich czasów studenckich w Studium Wojskowym UMCS w Lublinie mieliśmy majora Czeżowskiego, który nie tylko lubił przytaczać rozmaite przypowieści, ale w dodatku każdą kończył uwagą: „tak samo i w wojsku,” - bez względu na to, czego dotyczyła.

        Toteż nic dziwnego, że w fazie przygotowań do otwarcia „nowych frontów”, o których wspominał jeszcze w maju były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Bronisław Komorowski, obserwujemy zarówno harce harcowników, jak i elementy artyleryjskiego przygotowania. Na marginesie doniesień z Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, niezależne media głównego nurtu eksploatują tak zwane „afery”. Nawiasem mówiąc, te całe Igrzyska Olimpijskie schodzą już na psy, nawet nie tyle ze względu na coraz powszechniejsze wspomaganie wydolności ludzkiego organizmu rozmaitymi wynalazkami, co na równoległe do tego podwyższania fizycznej wydolności zawodników, obniżanie moralnego poziomu działaczy. Doszło nawet do spektakularnego aresztowania szefa Europejskiego Komitetu Olimpijskiego Patryka Hickey’a za handel biletami. Okazuje się, że mieli rację wymowni Francuzi zauważając, iż l’appetit vient en mangeant – co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia – bo przecież Patryk Hickey za darmo w tym całym Europejskim Komitecie Olimpijskim się nie udzielał. Skoro nawet w naszym nieszczęśliwym kraju – co w podsłuchanej rozmowie z szefem CBA Wojtunikiem ujawniła pani minister Elżbieta Bieńkowska - „tylko idiota” pracuje za 6 tysięcy złotych miesięcznie, to jakie hopy muszą dostawać olimpijaki, czyli działacze na poziomie olimpijskim? W dodatku zachowują się niczym psy ogrodnika, bo – jak się okazało – w złotych medalach olimpijskich złota jest tyle, co na lekarstwo. Złośliwcy, których na tym świecie pełnym złości przecież nie brakuje, powiadają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku; olimpijaki widocznie wiedzą, że te wszystkie rekordy, to efekt rozmaitych wynalazków, więc i medale są tylko pozłacane – ale trudno oprzeć się refleksji wyrażonej już sto lat temu przez Marię Konopnicką, że „najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”. Skoro jednak w przemyśle rozrywkowym, którego ważną gałęzią jest sport, liczy się przede wszystkim efekt widowiskowy, to czy naprawdę jest ważne, jakimi środkami jest osiągany?

        Wróćmy jednak a nos moutons, czyli do afer tubylczych. Jeszcze nie ucichły głosy oburzenia z powodu udekorowania przez znienawidzonego ministra Macierewicza orderem „Za zasługi dla Obronności Kraju” swego rzecznika prasowego Bartłomieja Misiewicza, co niezależnym mediom głównego nurtu stworzyło okazję do ujęcia się za generałami, którzy podobne odznaczenia muszą zdobywać „krwią i blizną”, a już wybuchła kolejna afera w związku z aukcją koni arabskich w Janowie Podlaskim. Upokorzeni w ten sposób przez złowrogiego ministra Macierewicza generałowie w zasadzie zachowali roztropne milczenie, najwyraźniej pamiętając wskazówkę Wieszcza, że „kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa choć pod młotem – celu swego dopnie”, najwyraźniej rezerwując sobie ostatnie słowo na moment, gdy już na „nowych frontach” rozpocznie się szturm na faszystowski reżym prezesa Kaczyńskiego, który potrząsa strasznym knutem i wbija drzazgi w najzacniejsze zady III Rzeczypospolitej. Inna rzecz, że i groteskowy minister Siemoniak też przeprowadzał zagadkowe dekoracje; taki sam order dostali z jego rąk dziennikarze radiowi: Tomasz Zimoch, Marek Niedźwiedzki i Magda Jethon. Podejrzewam, że i oni mogli być rzecznikami ministra obrony, tyle, że nie wynagradzani oficjalnie, tylko z jakiegoś wojskowego funduszu gadzinowego. W tym przypadku jak w soczewce, skupia się różnica między „naszymi sukinsynami”, a sukinsynami jakimiś takimi nie naszymi. Wracając do afery w Janowie Podlaskim, to polegała ona na tym, iż aukcja koni arabskich się nie udała, jakby konie arabskie były jakimiś żydowskimi chabetami. W jaki sposób taka metamorfoza mogła dokonać się w tak krótkim czasie – to z uwagą musi rozebrać jakieś konsylium dobrych weterynarzy, którzy przy okazji mogliby przebadać również pana posła Stefana Niesiołowskiego, jako że wścieklizna jest chorobą odzwierzęcą.

        Ale konie, to tylko konie; „koń – jaki jest, każdy widzi” - pisał w „Nowych Atenach, czyli Akademii wszelkiey scyencyi pełnej” przewielebny ksiądz Benedykt Chmielowski, który miał na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że najważniejsze w posłudze kapłańskiej jest wypić i zakąsić. Niestety przewielebny ksiądz Jacek Międlar najwyraźniej o tym zapomniał i w swoich kazaniach zaczął poruszać tematy polityczne – w dodatku wbrew zaleceniom Judenratu „Gazety Wyborczej”, która natychmiast podniosła alarm. Spłoszeni tym klangorem zwierzchnicy księdza Międlara z Zakonu Księży Misjonarzy natychmiast podkulili pod siebie ogony i zakazali mu wszelkich publicznych wypowiedzi. Wszelkich – a więc również nawet i takich, w których ksiądz Międlar uwielbiałby Trójcę Przenajświętszą. „Stąd nauka jest dla żuka”, że kiedy zamiast zwyczajnego chrześcijaństwa mamy „judeochrześcijaństwo”, Trójcę Przenajświętszą owszem – można nadal uwielbiać – ale tylko w sposób zatwierdzony przez Judenrat odpowiedniego szczebla. Tymczasem przewielebny ksiądz Międlar jakby nie przyjmował tego do wiadomości, wypowiada się publicznie jak gdyby nigdy nic, na co niezależne media głównego nurtu wprost nie znajdują wyrazów oburzenia. Ciekawe, że kiedy w podobny sposób buntował się przewielebny ksiądz Wojciech Lemański, to te same media nie mogły się go nachwalić, oburzając się na krwawego arcybiskupa Henryka Hosera, jako sprawcę męczeństwa księdza Lemańskiego. Ale ksiądz Lemański wprawdzie się buntował, ale buntował się zgodnie z dyrektywami Judenratu, podczas gdy ksiądz Międlar lekce je sobie waży, przez co pogrąża się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Jak bowiem wiadomo, nacjonalismus, zwłaszcza nacjonalismus mniej wartościowego narodu tubylczego, został potępiony – oczywiście z wyjątkiem nacjonalizmu żydowskiego oraz – w drodze wyjątku – nacjonalizmu ukraińskiego, dla którego życzliwe zrozumienie znalazła sama pani Anna Applebaum.


© Stanisław Michalkiewicz
25-26 sierpnia 2016
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA






Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz