WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Goliat i Tereska. Rubikon czy „rubikoń”?

„Gadał dziad do obrazu, a obraz doń ani razu” ‒ to staropolskie określenie pasuje do bytowania w czasach „Brexitu”. „Dziad” to obywatele wielu krajów UE, którzy w różny sposób okazywali swoje zniecierpliwienie wobec instytucji unijnych. „Obraz” zaś to właśnie owe nadęte unijne organy, za przeproszeniem, które wyniośle milczą w odpowiedzi na pytania stawiane przez „dziada” czy obywateli. Choć prawdę mówiąc bardziej niż słowo „obraz” pasuje tu inne: „karykatura”.

Po „Brexicie” ‒ i tu znów polskie powiedzenie ‒ unijna „góra urodziła mysz”. Ale żeby jednak było choć trochę „internacjonalnie” ‒ jesteśmy w UE to wypada – to przypomnę słynną frazę prezydenta Francji Jacquesa Chiraca. Zirytowany Polską, która cały czas czegoś się domagała powiedział, że nie skorzystaliśmy z okazji, aby siedzieć cicho… Dziś z tej okazji nie skorzystała Jej Wysokość Unia Europejska, która po brytyjskim referendum zamiast wziąć, co oczywiste, całą winę na siebie, posypać głowę popiołem, uderzyć się w brukselskie piersi i chociaż poudawać, że udaje się do Kanossy (Unio, czy wiemy o czym mówimy?) poszła, jak to się mówi w języku, sorry, złodziei: „na rympał” albo też „po bandzie” i starym zwyczajem reagując na unijne problemy ryczy, niczym wciąż głodna krowa: „więcej Unii w Unii!”.

„Brexit” można też podsumować innym staropolskim powiedzeniem: „Masz babo (Unio) placek”. Albo też: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. „Brexit” jeszcze potrwa ze dwa latka, choć czy rzeczywiście skończy się formalnym, a nie tylko referendalnym „Brexitem” – licho wie. Licho mieszka w Luksemburgu i nie chodzi wcale O Jeana Claude’a Junckera (Na Zdrowie, Panie Przewodniczący! Nieustająco na zdrowie), lecz przecież o fakt, że jest tam ulokowana część instytucji unijnych. Zatem dostrzeganie całego zła w Brukseli to uproszczenie krzywdzące dla Strasburga czy stolicy Wielkiego Księstwa właśnie.

Od „Brexitu” minęły już trzy tygodnie, a stopień emocji po stronie unijnego establishmentu jest wciąż olbrzymi. Wiatru w żagle dodali im nieszczęśni „brexiterzy”, a raczej ich przywódcy, którzy po zwycięstwie zamiast wypiąć pierś do przodu i wysoko podnieść sztandar wiktorii z napisem na przykład: „To my mieliśmy rację!”, podwijają ogony i rzucają się do ucieczki, rezygnując ze stanowisk zajmowanych bądź deklarowanych, że je zajmą. Nigel Farage osierocił UKIP, a ekstrawagancki Boris Johnson (przez pewnego polityka PO zwany Benem Johnsonem) odjechał na swoim słynnym rowerze ze startu ostatniego etapu wyścigu o fotel szefa partii torysów. Jego partyjny kolega, też twarz „Brexitu” Michael Gove również, jak słyszę od Anglików, nie ma szans, by objąć schedę po premierze Jej Królewskiej Mości – Davidzie Cameronie.

Zdaje się, że skończy się na tym, iż znów trawestując stare polskie powiedzenie: „Gdzie brytyjski diabeł nie może ‒ tam babę pośle” i szefem, a raczej szefową partii konserwatystów zostanie kobieta. Na palcu boju o spuściznę po Dawidzie, który okazał się Goliatem, zostają dwie panie, z czego jedna jest ministrem w gabinecie tegoż Dawida, a druga wiceministrem (junior-minister). Ja stawiam na Theresę May nie dlatego, że miałem okazję ją parokrotnie spotkać (muszę na gwałt odszukać nasze wspólne zdjęcia!), ale dlatego że jak ktoś przez 6 lat jest ministrem spraw wewnętrznych – a to nie tylko w Zjednoczonym (wciąż) Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej jeden z najtrudniejszych resortów – to znaczy, że ma kwalifikacje, żeby zagrać o całą pulę.


© Ryszard Czarnecki
13 lipca 2016
źródło publikacji: „Gazeta Polska”
www.gazetapolska.pl




Ilustracja © www.scienceofpeople.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz