WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Filozofowanie prostownicą

Teza, że nie istnieją prostytutki, są jedynie „sexworkerzy” płci obojga, którym należy się „dekryminalizacja”, legalizacja i społeczne uznanie zapuszcza coraz silniejsze korzenie w liberalnym światku.

Że pop-nihilizm jest w modzie, wiadomo od dawna. Ciekawe, w którym kierunku idzie jedna z jego głównych ofensyw. Wierni poddani Bourbonów, entuzjaści Davili i tropiciele Iluminatów mogą tylko z satysfakcją pokiwać głową: a nie mówiliśmy? Demontaż zaczyna się bowiem, jak zawsze, od moralności regulującej kwestie seksualne. Na Facebookowych profilach gimnazjalistów płci obojga jedynym hasłem-deklaracją, które pod względem popularności może konkurować ze sławnym „Szlachta nie pracuje” jest „Grzeczne dziewczynki idą do nieba – niegrzeczne idą tam, gdzie chcą”.

„Oprócz do nieba”, chciałoby się dopowiedzieć, ale co tam gimbaza, skoro przykład idzie z góry: onegdaj firma perfumeryjna Montibello wzburzyła niejedną fryzurę i młody umysł, wprowadzając szampon koloryzujący z odżywką Silaplex pod hasłem „Łam zasady, nie włosy” (zobaczcie, może jest jeszcze u was w domu jego flaszka). Nietzsche zabierał się ongi do filozofowania młotem – dziś jego uczniowie przymierzają się do moralności, trzymając w ręku prostownicę. Skoro już jednak wyśmiali samą formułę czystości i wierności, czas pójść o krok dalej.

Dla wszystkich uwodzicieli, ułanów, frywolnych wujów zawsze istniało stare jak świat rozróżnienie: co innego namówić atrakcyjną pannę do niejakiej osobistej zażyłości, co innego – prostytucja. Oczywiście, sprawy te nie pozostają ze sobą bez związku, los „dziewcząt upadłych” po pierwszym upadku bywał tragiczny, o czym krótkowzroczni i samolubni uwodziciele nie chcieli wiedzieć – ale przynajmniej na poziomie kanonu moralności chrześcijanom wszelkiej denominacji, wyznawcom innych bogów, zatroskanym agnostykom i refleksyjnym ateistom to jedno przekonanie pozostawało do niedawna wspólne: prostytucja jest złem, nieszczęściem i źródłem upokorzenia. Był to prawdziwie najmniejszy wspólny mianownik „moralności powszechnej”, obok zakazu kradzieży, zabójstwa i kazirodztwa.

Not any more, Charlie. Co zaczęło się przed ćwierćwieczem frywolną komedią „Pretty woman”, kończy się przyciężkim „Sponsoringiem” Gosi Szumowskiej. Teza, że nie istnieją prostytutki, są jedynie „sexworkerzy” płci obojga, którym należy się „dekryminalizacja”, legalizacja i społeczne uznanie zapuszcza coraz silniejsze korzenie w liberalnym światku. By przywołać tylko przykłady z polskiego podwórka (wyrywkowe, całościowy opis byłby wdzięcznym zadaniem dla medioznawcy): pisuje o tym na swoim profilu znana szwoleżerka ideologiczna Ewa Wanat, nieoceniona „Krytyka Polityczna” zamieściła tej wiosny kilka materiałów i manifestów sexworkerki, prowadzącej pod niebanalnym tytułem „Święta Ladacznica” blog, w którym domaga się związków zawodowych dla alfonsów oraz, naturalnie, uznania – wkrótce zaś potem kwestia akceptacji dla sexworkingu trafiła na okładkę „Newsweeka”. Co z kolei zainspirowało polską Simone de Beauvoir, czyli Emmanuellę Gretkowską: jej powieść „Na linii świata”, traktująca o “Nataszy, studentce psychologii, która dorabia, rozbierając się na seksczacie” ukaże się nakładem „Znaku” (tak, tak…) w dzień po Matki Boskiej Zielnej.

Warto się przemóc i zerknąć choćby na kolumny „Krytyki Politycznej”, na których podobnych publikacji coraz więcej: jak nie „Escort Girl Blog”, to niejaki Krawczyk Dawid („Dlaczego pracuję na czacie erotycznym”), bo mamy do czynienia z przypadkiem niezwykłego pomieszania języków: w jednym zdaniu współistnieje e(r/g)otyzm rodem z East Village i Haight-Ashbury (o słodka wiosno roku ’68!), pobrzękiwanie wieszaczkiem miast szabelką („Moje ciało, mój wybór”) do tego zaś – rzeczowość młodych wilczków biznesu. „Mogłybyśmy i moglibyśmy (bo przecież nie tylko kobiety pracują w tej branży) wzajemnie się wspierać, szkolić, zrzeszać. Tworzyć organizacje społeczne, firmy szkoleniowe, dobrze funkcjonujące i etyczne kilkuosobowe biznesy, związki zawodowe itd.” – ubolewa pani do towarzystwa. „Tylko że nie da się tego osiągnąć, póki świat usług seksualnych jest skryminalizowany oraz póki jesteśmy obywatelami gorszej kategorii”.

Jest to pomieszanie, oczywiście, nie tylko języków, lecz i umysłu – i tym bardziej pozostawia odbiorcę bezradnym. Z dwóch przyjętych stylów rozprawiania o prostytucji – namaszczenia a la „Gość Niedzielny” lub macho-heheszków, do których dziwną skłonność ma wielu wąsatych publicystów prawicy – nie odpowiada mi żaden. Wystarczy mi wiedzieć, że mamy do czynienia z ludzkim nieszczęściem – a ostatnio utwierdzają mnie w tym reportaże nieprzesadnie przecież konserwatywnych tygodników angielskich i francuskich, opisujących losy dziewczyn z Mali, Konga, Sudanu skazanych nań już w chwili, gdy przeszły próg chaty, na dwa lata przedtem, zanim dotarły do brzegów Grecji lub Sycylii.

Kiedy myślę o ideologicznych szwoleżerkach „normalizacji prostytucji” przychodzi mi do głowy, jak nieraz, formuła Anaksymandra, jedna z cięższych, jakie znaleźć można w wypisach Diogenesa Laertiosa: „Dzieci moich wrogów niechaj będą rozwiązłe”. W pewnym sensie same wymierzyły sobie sprawiedliwość. Zanim jednak dopełni się ich los, chciałbym jednak usłyszeć jeszcze, co mają do powiedzenia więźniarkom bałkańskich burdeli.


© Wojciech Stanisławski
10 czerwca 2017
źródło publikacji: „Nowa Konfederacja” nr.6 (84) / 2017
www.nowakonfederacja.pl





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz