UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Idą ciekawe czasy. Kuźnia kadr dla rewolucji socjalistycznej

Idą ciekawe czasy

        Po raz pierwszy od wyborów w 2015 roku Platforma Obywatelska uzyskała w sondażach wynik lepszy od Prawa i Sprawiedliwości. Rządząca partia cieszy się poparciem 29 procent respondentów, podczas gdy Platforma Obywatelska – 31 procent. Składa się na to zapewne szereg zagadkowych przyczyn, ale wśród nich może być również zatapianie ministra Antoniego Macierewicza, w którym prezes Jarosław Kaczyński znalazł się po tej samej stronie, co soldateska i S(r)alon. Dlaczego soldateska chętnie utopiłaby złowrogiego ministra Macierewicza w łyżce wody – nietrudno zgadnąć. Jednym powodem jest kuracja przeczyszczająca, którą złowrogi minister Macierewicz zaaplikował naszej niezwyciężonej armii, w następstwie czego odeszło z niej co najmniej 30 najbitniejszych generałów. Ale to jeszcze nic w porównaniu z odstąpieniem od kontraktu na zakup francuskich śmigłowców „Caracal” za które Polska miała zapłacić cenę dwukrotnie wyższą od tej, którą płacili inni nabywcy.
Nasuwa to podejrzenia, że ta nadwyżka została rozdzielona między rozmaite osobistości w nagrodę za doprowadzenie do kontraktu. Ale w sytuacji, gdy do kontraktu nie doszło, należałoby te pieniądze zwrócić. Jakże jednak zwracać, kiedy prawdopodobnie zostały już wydane? Na razie Francuzi siedzą cicho, bo stanęli do kolejnego przetargu, ale gdyby i ten przegrali, to któż powstrzyma ich przed wywołaniem skandalu? W tej sytuacji wiele osobistości może budzić się w nocy z kołataniem serca i oblewając się zimnym potem nie może zasnąć już do rana. W trakcie takich nocnych rozmyślań budzi się w ich sercach głęboka niechęć do złowrogiego ministra Macierewicza i gotowi są sprzymierzyć się z samym diabłem, żeby go jakoś wyeliminować. Z kolei prezes Kaczyński mógł z rosnącym zaniepokojeniem spoglądać na poczynania złowrogiego ministra w naszej niezwyciężonej armii i w ogóle i coraz częściej przychodziła mu do głowy myśl, że Naczelnik Państwa może być tylko jeden. Toteż złowrogi minister Macierewicz mógł znaleźć się nie tylko na celowniku soldateski i S(r)alonu, ale również – pana prezesa Kaczyńskiego. Ale złowrogi minister Macierewicz też ma swoich fanów i wyznawców. Kiedy zobaczyli, że znalazł się on również na celowniku prezesa Kaczyńskiego, ich dotychczasowe uwielbienie, jakim w ich oczach się cieszył, mogło prysnąć jak bańka mydlana. Na pewne napięcia w rządzie pani Beaty Szydło wskazuje również uwaga, jaką podzieliła się z opinia publiczną pani minister Anna Streżyńska, zajmująca się cyfryzacją. Zauważyła, że najpierw trzeba zacząć zarabiać pieniądze, a dopiero potem rozdawać je na cele socjalne. Pogląd niby oczywisty, ale pani premier Beata Szydło powiedziała, że „nie rozumie” tej wypowiedzi i przypomniała, że członków gabinetu obowiązuje „lojalność”. Taktownie nie dodała – wobec kogo – ale przecież i bez tego wiemy, że w pierwszej kolejności wobec pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który tak, jak te wszystkie ministerialne gromnice zapalił, tak samo może je zgasić. To prawda – ale wydarzenia roku 2007 pokazują, że taki gest może być ryzykowny również dla samego prezesa, który w ten sposób może znaleźć się w ciemnościach zewnętrznych, skąd dobiega „płacz i zgrzytanie zębów”.

        Taką możliwość musiała dostrzec też Nasza Złota Pani, w związku z czym przewodniczący PO pan Grzegorz Schetyna ogłosił plan i nawet zuchwale nazwał go swoim imieniem i nazwiskiem. Jest to oczywiście taka sama prawda, jak nazwanie ogłoszonego w 1957 roku sowieckiego planu utworzenia w Środkowej Europie strefy bezatomowej „planem Rapackiego” - że to niby wykoncypował go w bezsenne noce minister Adam Rapacki. Plan Schetyny jest prosty jak budowa cepa: wygrać wybory, zostać premierem rządu i utorować Donaldu Tusku drogę do objęcia prezydentury naszego bantustanu w roku 2020. Z obfitości serca usta mówią, więc „plan Schetyny” pokazuje, jakie projekty skrywa w swoim sercu Nasza Złota Pani. Najwyraźniej po wzgardliwym potraktowaniu jej projektów przez aroganckiego prezydenta Donalda Trumpa, który nawet nie chciał podać jej ręki na zakończenie niedawnej wizyty w Waszyngtonie, mogła dostrzec kolejną szansę na ich przeforsowanie właśnie teraz.

        Teraz, kiedy w kierunku Korei Północnej płynie amerykańska armada z lotniskowcem i atomowymi okrętami podwodnymi, a prezydent Trump właśnie zwołał do Białego Domu wszystkich senatorów, wyższych wojskowych i szefów tajnych służb, najwyraźniej w celu skonsultowania jakichś doniosłych i brzemiennych w skutki decyzji – zarówno co do Korei, jak i Syrii – więc jest szansa, że w nadchodzących dniach, które – mówiąc nawiasem – mogą zapoczątkować zapowiadane „dni ostatnie” - administracja amerykańska będzie jeszcze bardziej zaabsorbowana, niż była zaabsorbowana „bezkrólewiem” w grudniu ub. roku, kiedy to Nasza Złota Pani zdecydowała o rozpoczęciu kombinacji operacyjnej, której celem było doprowadzenie w naszym nieszczęśliwym kraju do przesilenia politycznego, w następstwie którego na pozycję lidera sceny politycznej wróciłaby ekspozytura Stronnictwa Pruskiego z Grzegorzem Schetyną na czele. Tedy w parlamencie Europejskim właśnie odbyła się dintojra nad Węgrami, których rząd ośmielił się sprzeciwić się staremu żydowskiemu grandziarzowi Jerzemu Sorosowi i nawet potraktował bez należytego nabożeństwa utworzony przezeń i przezeń finansowany cheder pod zmyłkową nazwą Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego. Najwyraźniej Nasza Złota Pani, podobnie jak Michael Corleone z „Ojca chrzestnego”, zamierza pozałatwiać „wszystkie sprawy rodzinne” za jednym zamachem. Toteż kiedy europejski Judenrat zacznie wykańczać Węgry, a we Francji wybory prezydenckie wygra wydmuszka tamtejszej razwiedki w osobie Emmanuela Macrona, robiąc „no pasaran” tamtejszemu „populizmowi”, czyli Marynie Le Pen – w naszym nieszczęśliwym kraju ruszy kolejna kombinacja operacyjna – tym razem pod sztandarem „praworządności”. Toteż sprytny pan Rysio, którego uważam za wydmuszkę Wojskowych Służb Informacyjnych, suplikuje u Guya Verhofstadta o interwencję w Polsce, która „przestaje być krajem demokratycznym”, a z kolei pan red. Gadowski powiada, że były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Bronisław Komorowski odbywa konsultacje z bitnymi generałami, co to „odeszli” z naszej niezwyciężonej armii w następstwie kuracji przeczyszczającej, zaordynowanej jej przez złowrogiego ministra Macierewicza, to znaczy, że kombinacja operacyjna ante portas. Tych generałów wystarczy na utworzenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która stanie na nieubłaganym gruncie praworządności i – jakże by inaczej – demokracji. Elementem dodającym wiarygodności naszej niezwyciężonej może być wołynka w wykonaniu zadaniowanej wywiadowczo części półtoramilionowej ukraińskiej imigracji w Polsce. Już od połowy ubiegłego roku powziąłem informację o dużym przemycie broni z Ukrainy do Polski. Kto jest odbiorcą tej broni – tajemnica to wielka. Tym bardziej, że przed Wielkanocą na przejściu granicznym w Dorohusku zatrzymano dwie Ukrainki przewożące pod kryptonimem „urządzeń hydraulicznych” sześciolufowe działko 30 mm. To działko wpadło – a ile zostało przemyconych? Komu potrzeba jest w Polsce taka broń i do czego? Najwyraźniej żyjemy w ciekawych czasach.


Kuźnia kadr dla rewolucji socjalistycznej


        Okazuje się, że jak zwykle najciemniej pod latarnią. Nic tedy dziwnego, że pod latarniami gromadzą się rozmaite elementy, bo gdzież miałyby lepsze warunki rozwoju, jak nie właśnie pod latarnią? Ale – do rzeczy. Otóż jest na Uniwersytecie Warszawskim Wydział Filozofii. Był tam również za komuny, pomyślany jako kuźnia tak zwanych „kadr”, to znaczy filutów wytresowanych przez mełamedów do duraczenia szerokich mas ludowych marksistowską politgramotą. Jedni duraczyli w partii, inni – w mediach głównego nurtu, inni na naukowym odcinku frontu ideologicznego a inni znowu w SB – gdzie tam rzuciła ich partia. Jak wiadomo, marksizm za komuny uważany był za naukę, toteż adepci marksizmu doktoryzowali się z niego i habilitowali, zdobywając naukowe tytuły – i tak zastała ich sławna transformacja ustrojowa. Wprawdzie przygotowali ją „ludzie honoru” przy niejakim udziale drugiego pokolenia stalinowców, ale jakieś pozory trzeba było jednak zachować, toteż niedawni krzewiciele marksizmu-leninizmu zaczęli przerzucać się na „uniwersalizm”. Co to jest, ten „uniwersalizm” - nikt dokładnie nie wie, ale nie o to przecież chodzi, żeby wiedzieć, tylko żeby dostać granty, czyli szmalec, dzięki czemu znowu można będzie sobie wypić i zakąsić. Jeśli bowiem za otchłanne rozważania, iluż to rewizjonistów zmieści się na końcu szpilki, albo jaka jest różnica między rewolucją proletariacką a renegatem Kautskym, nikt nie zechce wybulać, to na „uniwersalizm” może zechce, zwłaszcza, kiedy się dowie, iluż to luminarzy nauki ten cały „uniwersalizm” próbuje zgłębiać.

        Okazało się jednak, że „w naszym fachu nie ma strachu” - o czym mogłem przekonać się na własne oczy, będąc kiedyś w Paryżu. Siedzieliśmy z kolegą Doboszem w knajpce w Dzielnicy Łacińskiej, kiedy przez okno zauważyłem idącego ulicą mego przyjaciela, historyka z Uniwersytetu Warszawskiego. Wybiegłem za nim i zaprosiłem do nas, a on na to, że chętnie – ale jest w towarzystwie trzech historyków paryskich, bo akurat odbywał się tam jakiś zjazd. Zaprosiłem tedy i tych historyków, a z rozmowy okazało się, że wszyscy oni, jak jeden mąż są marksistami-leninistami. Myślałem, że już nigdy w życiu nie zobaczę żywego marksisty-leninisty – a tu proszę! Od razu trzech i to w dodatku pełnych wigoru i planów na przyszłość! Zaniepokoiło mnie to przede wszystkim dlatego, że oto przekonałem się, iż na marksizm-leninizm ktoś nadal wybula i to w dodatku w rozmiarach znacznie większych, niż w naszym nieszczęśliwym kraju za komuny. W takiej sytuacji – pomyślałem sobie – tylko patrzeć, jak marksismus-leninismus triumfalnie powróci i na naszej biednej ojczyzny łono, żeby faszerować łepetyny trzeciego pokolenia PZPR i UB.

        I oto właśnie dowiedziałem się, że przy Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego działa Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej. Okazało się, ze „pierwsze przymiarki” do utworzenia takiego koła w roku 2004, kiedy to nasz nieszczęśliwy kraj został przyłączony do Unii Europejskiej. Początkowo żaden pracownik naukowy nie chciał patronować temu przedsięwzięciu, ale w końcu pan prof. Aleksander Ochocki dał się ubłagać i odtąd Koło „funkcjonuje swoim rytmem”. Co to konkretnie znaczy? Ano „gromadzi publikacje” - podobno już 205 pozycji, wśród których znajdują się nie tylko dzieła Fryderyka Engelsa, Karola Marksa, nie tylko dzieła Antoniego Gramsciego, czy dwóch rewolucyjnych jamnic: Róży Luksemburg i Aleksandry Kołłontaj, ale również – Włodzimierza Lenina, Józefa Stalina i Lwa Trockiego. Co prawda ostatnia aktualizacja strony internetowej Koła pochodzi z roku 2008, ale być może amatorów studiowania marksizmu-leninizmu nie brakuje również i dzisiaj. Najwyraźniej tak właśnie jest, bo wśród „interesujących stron” zarejestrowanych na portalu Koła jest na przykład strona zatytułowana „Dyktatura Proletariatu”, na której możemy sobie przeczytać „Apel Komitetu Obchodów 100-lecia Rewolucji Październikowej” z roku 2016, który w imieniu Komitetu podpisała pani Ewa Balcerek i Piotr Strębski z imieniu Zarządu Krajowego Stowarzyszenia Marksistów Polskich, Włodzimierz Bratkowski, reprezentujący Grupę Samorządności Robotniczej z Warszawy, Jan Rossa w imieniu Grupy Samorządności Robotniczej z Wrocławia, Marta Makuszyńska i Dawid Jakubowski. Autorzy apelują do „środowiska poczuwającego się do dziedzictwa Rewolucji Październikowej”, żeby włączyły się w „popularyzację” i „dyskusję” nad „procesem rewolucyjnym”.

        Jestem pewien, że chętnych do włączenia się nie tylko w „popularyzację”, czy „dyskusję” nad „procesem rewolucyjnym” , ale w sam „proces rewolucyjny” nie zabraknie, zwłaszcza gdyby towarzyszyły temu również zachęty materialne. A tych przecież nie brakuje, co sumiennie zeznał pan Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej” buńczucznie się odgrażając, że nie boi się nawet Jarosława Kaczyńskiego, a cóż dopiero – jakichś „Michalkiewiczów”, nie wiadomo dlaczego przypisując mi istnienie mnogie. Te pieniądze pan Sierakowski otrzymuje „z zagranicy” być może na tak zwane „piękne oczy”, ale być może na wykonanie konkretnych zadań w ramach „procesu rewolucyjnego”. Skoro tak, to warto zatrzymać się chwilę nad tym całym „procesem rewolucyjnym” na czym on polega i do czego prowadzi. W uproszczeniu w skrócie polega on na obezwładnieniu „wroga klasowego”, żeby już nic nie zagrażało, ani nie mąciło harmonijnej „dyktatury proletariatu”. No a jak najszybciej i najskuteczniej obezwładnić „wroga klasowego” - bo przecież „proletariat” nie będzie czekał w nieskończoność na jutrzenkę swobody? Na to pytanie udzielił odpowiedzi proletariacki poeta Włodzimierz Majakowski: „Tisze oratory! Wasze słowo tawariszcz Mauzer!” (Ciszej tam mówcy! Głos ma towarzysz Mauzer!) Tak też podsumował to zagadnienie Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”: „Tak się historii koło kręci, że najpierw są inteligenci, co mają szczytne ideały i przeobrazić chcą świat cały.” Bo w świecie „wielkim nieszczęściem jest ludzkości, że ma sąd błędny o wolności, bo stąd się zło największe bierze, że nie żyjemy w falansterze.” Zatem - „by można było ludzkość zbawić, trzeba się najpierw z nią rozprawić, bo tylko z morza krwi i męczarń narodzi się przecudna tęcza!” Ale „kiedy łaknący krwi mądrala zaczyna cały świat rozwalać, aby na gruzach tego świata urzeczywistnić sen wariata (…) to jego wierni pretorianie mają odmienne nieco zdanie. (…) Brudną i mokrą swą robotą przecież parają się nie po to, by takie odnieść stąd korzyści, że obłąkany świat się ziści. (…) Kiedy zwycięskie toczą boje ze straszną reakcyjna hydrą, to chcą mieć pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą! (…) O Rewolucjo w Permanencji - tyś mrzonką jest inteligencji, a cały ten twój krwawy przerób daje rezultat równy zeru!” Tak właśnie można przedstawić i podsumować „proces rewolucyjny”, który marksiści-leniniści pragną nam jeszcze raz zafundować, jakby 100 milionów ludzi, którzy dotychczas przypłacili ten eksperyment życiem, jeszcze było im mało.

        Nawiasem mówiąc, konstytucja, na którą tak się żarliwie ostatnio powołują nie tylko konfidenci Wojskowych Służb Informacyjnych, odkomenderowani do Komitetu Obrony Demokracji, Obywateli RP, czy niezawisłych sądów, a także tak zwani pożyteczni idioci, od których aż się roi wśród czytelników takich na przykład portali, jak „Na Temat”, w art. 13 zakazuje istnienia partii „i innych organizacji” odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Mimo to – jak się okazuje, komunistyczne organizacje istnieją nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale również w całej Unii Europejskiej i mają swoje polityczne reprezentacje, więc nie można z góry wykluczyć, że kiedyś nie przejma całej władzy tym bardziej, że instytucje Unii Europejskiej zostały wprzęgnięte w rydwan komunistycznej rewolucji, która w Europie znajduje się w pełnym natarciu. Zwróćmy jednak uwagę, że zakazane są tylko takiego organizacje, które w swoich programach odwołują się do „totalitarnych metod i praktyk”. A któż by się do takich metod i praktyk zawczasu „odwoływał”? Wyjaśniła to ostatecznie Caryca Leonida w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło”: „Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec, to by sdiełał tak: nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Toż w nich przetapia się historia!” - i tak dalej. Toteż nasi „maleńcy uczeni” z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i ich przyjaciele z „robotniczych komitetów” do niczego się nie „odwołują”. Oni tylko „studiują” - bo cóż innego można robić na uniwersytecie, jak nie studiować? Co prawda władze wielu polskich uniwersytetów nie są pewni, na jakie studia wolno im pozwalać, a na jakie nie – zwłaszcza, że właśnie na Węgrzech rząd rozgonił cheder starego żydowskiego grandziarza finansowego, funkcjonujący pod nazwą „Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego”, więc na wszelki wypadek zakazują urządzania odczytów czy wykładów, bo wiadomo, ze od nadmiaru wiedzy tylko głowa boli, a przecież wiadomo, ze najważniejsze, to żeby wypić i zakąsić.

        Skoro jednak ani płomienni obrońcy demokracji, ani pryncypialni stróże praworządności nie widzą nic złego w „studiowaniu” teorii „procesu rewolucyjnego”, to warto postawić pytanie, dlaczego te studia są tak jednostronne? Dyć socjalizm ma rozmaite postacie, rozkwita nie jednym, a stoma kwiatami, więc nie ma powodu, by ograniczać studia nad „procesem rewolucyjnym” tylko do strategii bolszewickiej, albo „marksizmu kulturowego”, czyli strategii alternatywnej, którą jeszcze w latach 20-tych XX wieku zaproponował Antoni Gramsci i według której prowadzona jest w Europie rewolucja komunistyczna obecnie? Przecież wybitnym teoretykiem i praktykiem socjalizmu był nie tylko Włodzimierz Lenin, czy Józef Stalin, ale również – Adolf Hitler, który zresztą też pozostawił potomności dzieło zatytułowane „Mein Kampf”, co się wykłada „Moja walka” - przecież nie po to, by je przeznaczono na przemiał, tylko gwoli studiowania. Oczywiście Hitler w swojej rewolucyjnej praktyce nie dorasta nawet do pięt takim przywódcom, jak Włodzimierz Lenin, czy Józef Stalin, co to „milionom podejrzanych osób zgotował zasłużony zgon” i ze swoimi niechby nawet 6 milionami zamordowanych Żydów mógłby takim potentatom, jak Józef Stalin, czy Mao Zedong czyścić buty. Ale jeśli nawet ta ilościowa mizeria w rewolucyjnej praktyce Adolfa Hitlera zniechęca entuzjastów „procesu rewolucyjnego” do studiowania jego dzieł, to przecież w nauce, zwłaszcza postępowej – a przecież taka jest forsowana – większa Liczba wcale nie musi oznaczać słuszniejsze Racji – o czym możemy przekonać się choćby na przykładzie Mikołaja Kopernika, który, w czasie gdy demokratyczna większość była przekonana, iż to Słońce obraca się wokół Ziemi, sam jeden spenetrował prawdę, że jest odwrotnie. Zatem – chociaż nie ma żadnego powodu, by podważać zasługi takiego na przykład Włodzimierza Lenina dla rewolucyjnej teorii, czy Józefa Stalina dla rewolucyjnej praktyki, nie można lekceważyć też osiągnięć Adolfa Hitlera, który do „procesu rewolucyjnego” podszedł od zupełnie innej strony. W tej sytuacji apeluję do pracowników nauki z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, by przełamali skostniałe stereotypy i zainspirowali studentów do bardziej wszechstronnych studiów nad socjalizmem, zarówno w aspekcie teoretycznym, jak i praktycznym – bo kiedy już przyjdzie co do czego, to ktoś przecież będzie musiał ten cały „proces rewolucyjny” realizować, a wiadomo, że o „wszystkim”, a więc i o prawidłowym przebiegu „procesu rewolucyjnego” decydują „kadry”.


© Stanisław Michalkiewicz
28-30 kwietnia 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2