WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Armia gwałcicieli

Po wojnie ofiarami gwałtów żołnierzy Armii Czerwonej padło co najmniej 100 tysięcy polskich kobiet. To miała być nasza zapłata za wyzwolenie Polski.

Rankiem 14 października 2013 r. mieszkańcy Gdańska mogli zobaczyć niecodzienną rzeźbę, która od razu wzbudziła ich zainteresowanie. Przy gdańskiej Alei Zwycięstwa, tuż obok sowieckiego czołgu T-34 upamiętniającego wyzwolenie miasta przez Armię Czerwoną stał całkiem sporych rozmiarów gipsowy pomnik przedstawiający radzieckiego żołnierza gwałcącego kobietę w wyraźnej ciąży. Jak się później dowiedzieli, pomnik ten miał upamiętnić ofiary gwałtów dokonywanych przez żołnierzy Armii Czerwonej, gdy jako zwycięzcy wkraczali do Polski.
Autorem wspomnianej inscenizacji był student V roku gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych Jerzy Bohdan Szumczyk, który zatytułował swoje dzieło „Komm Frau”, czyli „Chodź kobieto”. Gdańszczanie jednak bardzo różnie reagowali na jego dzieło. Dla jednych było ono zbyt wyzywające w swojej formie, nawet jeśli odpowiadało historycznej prawdzie. Jednak byli też i tacy, którzy potakiwali głowami, przyznając w ten sposób, że jest to realna historia, która się wydarzyła tutaj, w Gdańsku, gdy w marcu 1945 r. sowiecka Armia Czerwona zajmowała miasto. Tak naprawdę studentowi gdańskiej ASP chodziło jednak bardziej o artystyczną prowokację, poprzez którą chciał przypomnieć ten przemilczany w Polsce bolesny temat. I w znacznej mierze mu się to udało. O rzeźbie Szumczyka mówiły i pisały nie tylko polskie gazety i portale, ale także media w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i oczywiście media rosyjskie. Te ostatnie komentując wydźwięk dzieła Szumczyka, mocno pomstowały na wszystkich Polaków, podkreślając, że ci po raz kolejny okazują swoją niewdzięczność. Zresztą obok niewybrednych komentarzy, jakie przy tej okazji ukazały się w rosyjskich mediach, bardzo szybko doszło w tej sprawie do oficjalnej reakcji strony rosyjskiej. Ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce Aleksander Aleksiejew, jeszcze tego samego dnia skierował do polskiego MSZ oficjalny protest, nazywając rzeźbę studenta gdańskiej ASP „pseudosztuką”, która w wulgarny sposób znieważa pamięć ponad 600 tysięcy żołnierzy radzieckich, poległych w walce o wolność i niepodległość Polski. Ambasador Aleksiejew podkreślił również, że doszło w związku z tym do skandalicznego obrażenia uczuć wszystkich Rosjan. Władze Gdańska, obawiając się dalszego nagłośnienia artystycznej prowokacji Szumczyka, jeszcze tego samego dnia nakazały miejskim służbom zdemontowanie jego dzieła, a gdańska prokuratura uruchomiła w tej sprawie śledztwo, badając czy nie doszło w tym wypadku do nieobyczajnego wybryku, co penalizuje artykuł 140 polskiego kodeksu wykroczeń. Śledztwo to trwało przez następne miesiące. Szumczyk swój artystyczny wyczyn tłumaczył w prokuraturze tym, że chciał jedynie „powiedzieć prawdę, która w jego ocenie jest niezbędna do budowania dobrego sąsiedztwa w przyszłości. Jak podkreślał, jego rzeźba nie była „nośnikiem nienawiści, a jedynie zwracała uwagę na problem wojen i gwałtów”. Podkreślał również, że w jego rzeźbie „postać radzieckiego żołnierza pojawiła się w odniesieniu do konkretnych wydarzeń w konkretnym czasie i miejscu”, czyli w Gdańsku w styczniu 1945 r.”. Jak zaznaczał „chciał w ten sposób głośno powiedzieć o prawdzie historycznej”, a raczej o jej całkowicie dotychczas przemilczanym wątku, czyli o niewinnych kobietach, które przez tę wojnę ucierpiały. Sam fakt umieszczenia pomnika w przestrzeni publicznej, wynikał jedynie z chęci dotarcia z ową prawdą historyczną do zwykłych ludzi, aby móc wywołać u nich refleksję. Argumenty te najwidoczniej przekonały Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe, do którego trafiła cała sprawa, ponieważ ostatecznie odmówił wszczęcia postępowania przeciwko Szumczykowi. Sąd uznał, że treść rzeźby „odnosiła się do sfery ludzkiej seksualności w najbardziej jej dramatycznym i szokującym wymiarze, przedstawiając scenę zgwałcenia”. W jego ocenie umieszczenie rzeźby gwałconej przez czerwonoarmistę brzemiennej kobiety w pobliżu sowieckiego czołgu, który w 1945 r. brał udział w walkach przeciwko Niemcom w Gdańsku, pozwala dokonać ścisłej interpretacji historycznej. A ta, jak zaznaczył, mówi, że żołnierze sowieccy dopuścili się na terenie wyzwalanego Gdańska masowych gwałtów na obecnych w mieście kobietach. I, jak podkreślił, nie może być przyjętą normą społeczną ignorowanie tego, że doszło wówczas do „zbrodni wojennych o charakterze seksualnym”.

Rzadko się zdarza, aby sądy w Polsce wykazywały się dobrą znajomością polskiej historii, jednak w tym wypadku było zupełnie inaczej. W efekcie, historyczna prawda po raz pierwszy nie została przez Temidę zastąpiona historycznym kłamstwem w imię zachowania politycznej poprawności.

Nie tylko Niemki były gwałcone


Temat gwałconych przez czerwonoarmistów niemieckich kobiet był w ostatnich latach wielokrotnie podejmowany w filmach, które dotyczyły czasów II wojny światowej. Najgłośniejszym z nich był film niemieckiego reżysera Maxa Färberböcka „Anonyma – Eine Frau in Berlin”, którego premiera odbyła się w październiku 2008 r. Film Färberböcka opowiadał o falach gwałtów, jakie dotknęły mieszkanki Berlina po tym, jak został on zdobyty przez Armię Czerwoną. W Niemczech uznano go za kluczowy w przełamywaniu przemilczanego tematu. Problemu zgwałconych przez czerwonoarmistów niemieckich kobiet dotykały także inne niemieckie filmy na temat II wojny światowej. Nawet zawierający antypolskie akcenty film „Nasze matki nasi ojcowie” Philippa Kadelbacha, który przed dwoma laty wyemitowała niemiecka państwowa telewizja ZDF, przedstawiając moment wkraczania Armii Czerwonej do Niemiec nie omieszkał zamieścić sceny gwałtu, jakiego dopuścili się sowieccy żołnierze na jednej z bohaterek. O gwałtach czerwonoarmistów na niemieckich kobietach możemy również przeczytać w książkach na temat II wojny światowej, jakie w ostatnich latach ukazały się na polskim rynku. Brytyjski historyk Antohny Beevor, autor jednej z nich szacuje, że Sowieci zgwałcili w czasie II wojny światowej nawet 2 mln niemieckich kobiet. Liczba ta jest oczywiście bardzo szacunkowa. W rzeczywistości może być znacząco wyższa niż ta, którą podaje Beevor. Gwałty niemieckich kobiet niewątpliwie miały charakter masowy. Sowieccy żołnierze niewolili niemieckie kobiety niezależnie od wieku. Bardzo często zdarzało się, że ofiarami tych gwałtów były trzy pokolenia niemieckich kobiet i były one gwałcone wielokrotnie i grupowo. Również bardzo często ofiary były zabijane. Czerwonoarmiści zaczęli masowo gwałcić Niemki z chwilą, gdy wkroczyli na rdzenne terytoria III Rzeszy. Jako pierwsze były Prusy Wschodnie. Pierwszą miejscowością zajętą przez Sowietów była wieś Nemmersdorf, gdzie w październiku 1944 r. sowieccy żołnierze zgwałcili, a następnie zamordowali 62 kobiety. Od tej pory podobne sceny miały miejsce w wielu innych wsiach i miasteczkach Prus Wschodnich. W kolejnych miesiącach wojny masowe gwałty sowieckich żołnierzy na Niemkach można było zaobserwować na Pomorzu, Śląsku, Opolszczyźnie. Gdy wiosną 1945 r. Armia Czerwona przekroczyła linię Odry, masowe gwałty były już w zasadzie codziennością. I nie ustały one, gdy w maju 1945 r. Niemcy ostatecznie skapitulowały. Zanim miliony sowieckich żołnierzy powróciły do domu, dopuszczały się gwałtów, budząc wśród niemieckich kobiet strach i przerażenie. Wielokrotnie gwałcone niemieckie kobiety bardzo często doznawały trwałych urazów i okaleczeń. Zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Hannelore Kohl, żona byłego niemieckiego kanclerza, jako jedenastoletnia dziewczynka została zgwałcona przez grupę sowieckich żołnierzy. Do końca swojego życia odczuwała silne bóle kręgosłupa, którego urazu wówczas doznała. Nigdy też nie zapomniała o traumie, jaką był dla niej wielokrotny gwałt pijanych, sowieckich żołdaków. Głęboka trauma, utrzymujący się ciągle strach i towarzysząca mu nienawiść do oprawców to były właśnie te uczucia, które przez wiele następnych lat towarzyszyły zgwałconym Niemkom. Jednak Sowieci gwałcili nie tylko Niemki. Także kobiety w innych krajach, do których wkraczała Armia Czerwona. Jako pierwsze gwałcone były Estonki, Łotyszki i Litwinki, chociaż skali tych gwałtów nadal nie jesteśmy w stanie nawet w przybliżeniu określić. Istotnym czynnikiem było w tym wypadku to, że ludność krajów bałtyckich postrzegana była przez Sowietów jako kolaborująca w czasie wojny z Niemcami. Do masowych gwałtów kobiet przez czerwonoarmistów dochodziło także w krajach, które w czasie II wojny światowej były oficjalnie sprzymierzone z Niemcami. Tak było m.in. na Węgrzech, gdzie Armia Czerwona wkroczyła w końcu 1944 r. Jak się dzisiaj szacuje tylko podczas zdobywania węgierskiej stolicy – zgwałconych zostało co najmniej 50 tysięcy kobiet. Amerykański historyk, James Mark z Uniwersytetu w Cincicnati, szacuje nawet, że ilość ofiar gwałtów sowieckich żołnierzy na Węgrzech może sięgać nawet 120 tysięcy kobiet. Nie inaczej było w sprzymierzonej z Hitlerem Rumunii, gdzie do masowych gwałtów dochodziło w szczególności przy zajmowaniu większych miast. Czerwonoarmiści gwałcili również kobiety w Czechosłowacji. Liczba zgwałconych tam kobiet jest szacowana na 10-20 tysięcy. Siłą rzeczy przed gwałtami nie mogły się ustrzec także i Polki, chociaż w przypadku kobiet wszystkich słowiańskich krajów nieco inna była motywacja gwałcicieli. O ile gwałty na Niemkach miały być zemstą na wrogu, o tyle gwałty na Polkach miały być zapłatą za wyzwolenie przez Armię Czerwoną.


© Leszek Pietrzak
kwiecień 2017
źródło publikacji: „Historia Bez Cenzury” nr.4/2017
www.bezc.pl





Ilustracja Autora © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz