WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Karp po żydowsku cieszy się z wigilii - Po puczu wszyscy się pucują

Karp po żydowsku cieszy się z wigilii


Nigdy nie wiadomo, co wywoła lawinę, która zmieni oblicze świata. Starożytni Rzymianie, co to każde spostrzeżenie zaraz przekształcali w pełną mądrości sentencję powiadali, że omnia principia parva sunt, co się wykłada, że wszelkie początki są skromne. Toteż nic dziwnego, że poza żydowska gazetą dla Polaków, która – jak sądzę – też nie zdaje sobie sprawy z wagi tej informacji – nikt nie odnotował, że „ludy Namibii” pozwały Niemcy o ludobójstwo. Radość Judenratu „Gazety Wyborczej” z tego, że „ludy Namibii” zrobiły Niemcom takiego psikusa była tak wielka, że przeszedł on do porządku nad świętokradczym porównaniem, jakiego „ludy Namibii” dokonały, porównując własne męczeństwo ze słynnym holokaustem, od którego już chyba trzecie pokolenie Żydów odcina kupony. Dotychczas każde takie porównanie traktowane było nie tylko jako świętokradztwo, ale również – jako przestępstwo.
Sam zeznawałem jako świadek w groteskowym, trwającym siedem lat procesie karnym w Lublinie, w którym jednym z punktów oskarżenia było wspomnienie o ludobójstwie Ormian. Utytułowany kretyn z UMCS, którego nazwisko z litości pominę, uznał to za „zaprzeczanie holokaustowi”, co podchwycili jacyś durnie z lubelskiej prokuratury, no i rozpoczął się sądowy kabaret, bo i niezawisły sąd nie zdobył się na odwagę cywilną, by wyrzucić do kosza donos ambitnego donosiciela nazwiskiem Karol Adamaszek, zatrudnionego w tamtejszej redakcji „GW” w charakterze dziennikarza. Co za hańba, co za wstyd! („Popatrz matko, popatrz ojcze; oto idą dwaj folksdojcze. Co za hańba, co za wstyd! Jeden Polak, drugi Żyd!”). A skoro już zgadało się o folksdojczach, to niedawno usłyszałem o ciekawym pomyśle, by w Warszawie, najlepiej gdzieś w pobliżu Muzeum Powstania Warszawskiego, otworzyć restaurację „U folksdojcza”. Myślę, że to świetny pomysł, dzięki któremu można by wzbogacać historyczne rekonstrukcje nie tylko o elementy batalistyczne, ale również o sceny z życia codziennego. Wyobraźmy sobie tylko menu restauracji „U folksdojcza”; rąbanka w rozmaitych postaciach, zupa żółwiowa z żółwi z transportów na wschodni front, rozpruwanych przez złodziei kolejowych we Włochach, zupa cebulowa z myślą o przejeżdżającym przez Warszawę na Ostfront w Donbasie francuski legion „Charlemagne” - i tak dalej – no a wszystko podlane wódeczką zalatującą bimbrem – co znakomicie spełniłaby „Siwucha”, która również i teraz sprzedawana jest w butelkach starego typu, z lakowaną główką. Esperons, że jeśli duch przedsiębiorczości nie zostanie ostatecznie stłamszony przez przyjazne posunięcia pana wicepremiera Morawieckiego, restauracja „U folksdojcza” pojawi się na gastronomicznej mapie Warszawy. Gwoli przyciągnięcia turystów, właściciel mógłby prezentować się w tyrolskim kapelusiku i skórzanym płaszczu ze swastyką w krawacie, a od czasu do czasu inna grupa rekonstrukcyjna, reprezentująca AK, mogłaby dokonywać tam zamachów, na przykład na parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, a w ostateczności – na konfidentów Wojskowych Służb Informacyjnych z Komitetu Obrony Demokracji, czy Obywateli RP, którzy właśnie „U folksdojcza” - no bo gdzieżby indziej? - przepijaliby we własnym, bezpiecznym gronie, godzinowe stawki, wypłacane przez oficerów prowadzących za demonstracje w obronie demokracji i praworządności. Ale mniejsza z tym, bo przecież chodzi o informację podana przez żydowską gazetę dla Polaków, która najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z jej wagi. Otóż pozew o odszkodowanie za niemieckie ludobójstwo w Namibii może być zwiastunem tsunami, które doprowadzi do ruiny bezcennego Izraela podobnie jak i innych żydowskich organizacji, które już nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Mam oczywiście na myśli masowe pozwy o odszkodowania za handel murzyńskimi niewolnikami – co wielokrotnie zapowiadał Ludwik Farrakhan, przywódca murzyńskiego Narodu Islamu w USA.

Ten Ludwik Farrakhan jest jednym z wybitnych, a przy tym bardzo oryginalnych przywódców murzyńskich w USA. Uważa on, że socjalizm został wymyślony przez Żydów, żeby zniszczyć Murzynów, którzy na skutek otaczania ich rządową opieką popadli w stan wyuczonej bezradności. W rezultacie typowa murzyńska rodzina, to samotna matka, wychowująca dzieci nieznanych, albo siedzących w więzieniu ojców. Te dzieci od kołyski do grobu są poddane władzy pracowników socjalnych, a więc najgorszych szubrawców, którzy nie potrafili nauczyć się żadnego rzemiosła, ani żadnej innej pożytecznej umiejętności. Trudno powiedzieć, jak wpływowym działaczem jest Ludwik Farrakhan, ale warto przypomnieć, że to właśnie on był przed laty inicjatorem tzw. Marszu Miliona Mężczyzn na Waszyngton, którego uczestnicy deklarowali wzięcie odpowiedzialności za siebie i swoje rodziny. Bo Ludwik Farrakhan nie tylko domagał się natychmiastowej likwidacji wszystkich rządowych programów pomocowych dla murzyńskich rodzin, o czym najwyraźniej nie wie pani premier Beata Szydło i uważa uzależnienie polskich rodzin od takiej pomocy za ogromną zdobycz socjalną w ramach „dobrej zmiany” - ale również odgrażał się, że sprocesuje Żydów do suchej nitki z tytułu odszkodowań za handel niewolnikami.

Jeśli iustitia w Stanach Zjednoczonych nie zostałaby sterroryzowana przez AIPAC, to miałby szanse, bo warto przypomnieć, iż niezwykle intratny i trwający co najmniej 200 lat handel murzyńskimi niewolnikami nie byłby możliwy bez aktywnego uczestnictwa w tym procederze żydowskich lichwiarzy z Zachodniej Europy. Na tym właśnie wyrosły fortuny Rotszyldów i innych grandziarzy. Chodzi o to, że handel niewolnikami wymagał skonstruowania odpowiedniej inżynierii finansowej. Przedsięwzięcie obejmowało bowiem budowę albo przynajmniej adaptację statku lub flotylli statków dla potrzeb transportu niewolników z zachodniego wybrzeża Afryki na Karaiby, skąd niewolnicy byli rozsyłani albo na plantacje trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich, albo na plantacje tytoniu w Wirginii lub bawełny w Luizjanie, czy Georgii, albo wreszcie na plantacje kawy i kakao w Brazylii. Potem trzeba było zgromadzić środki na skompletowanie załogi, no i na zakup „towaru”. Później trzeba było delikatny „towar” przetransportować przez ocean, potem zadbać, by przyszedł do siebie po morderczej morskiej podróży na Jamajce, czy gdzieś w Recife i dopiero wtedy inkasowało się należność. Ciężar tej finansowej inżynierii brały na siebie żydowskie domy bankowe, zresztą nie tylko inżynierii. W swojej książce „Żydzi, świat, pieniądze” żydowski autor Jakub Attali cytuje list gubernatora Recife, który pisze do króla, iż Żydzi opanowali handel niewolnikami do tego stopnia, iż licytacje nie odbywają się w święta żydowskie, a kto nie jest Żydem, nie ma szans, żeby odegrać w tej branży jakąś znaczącą rolę. W takiej sytuacji Ludwik Farrakhan miałby szanse, a skoro nawet „ludy Namibii” postanowiły przyłączyć się do przemysłu holokaustu, to może to zapowiadać prawdziwe tsunami.


Po puczu wszyscy się pucują


Nieprzyjemne wrażenie nie tylko porażki, ale i ośmieszenia przed opinią publiczną, opozycja próbowała zatrzeć przy pomocy „Jurka Owsiaka”, który – jak się okazało – nie tylko zbiera pieniądze na zakup sprzętu medycznego dla państwowych szpitali, ale przede wszystkim - „jednoczy Polaków”. Ponieważ państwowa telewizja wycofała się z transmitowania owsiakowej liturgii, tę rolę przejęła TVN, którą podejrzewam o niebezpieczne związki z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Zmobilizowane na tę okoliczność autorytety moralne ferowały na prawo i lewo wyroki potępiające każdego, kto „Jurka Owsiaka” krytykował, a przynajmniej nie objawił dostatecznego entuzjazmu. Wśród wolontariuszy zbierających datki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy mogliśmy zobaczyć również pana prof. Andrzeja Rzeplińskiego, który wcześniej wydoił od Rzeczypospolitej ponad 300 tysięcy złotych, między innymi z tytułu zaległego urlopu. Widać, że pracował aż do upadłego i nie wiadomo, czy jego organizm by to wytrzymał, gdyby nie nastąpił koniec kadencji.

Tymczasem państwowa telewizja nie tylko wycofała się z celebrowania owsiakowej liturgii, ale w dodatku przygotowała prawdziwy cios w plecy w postaci reportażu pod tytułem „Pucz”, odtwarzającego sekwencję wydarzeń podczas apogeum politycznej wojny, w trakcie którego doszło do okupacji sejmowej sali plenarnej. Pan Adam Bielan, który po różnych przejściach wrócił na łono prezesa Kaczyńskiego, za co został wynagrodzony mandatem senatora i stanowiskiem wicemarszałka Senatu, dopatrzył się w tych wydarzeniach inspiracji ze strony złego ruskiego czekisty Putina. Co prawda to nie Putin nakazał Janowi Klaudiuszowi Junckerowi zwołanie na 21 grudnia posiedzenia Komisji Europejskiej gwoli ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, tylko raczej Nasza Złota Pani, podobnie jak Donald Tusk nie przyjechał w tych gorących dniach do Wrocławia z Moskwy, tylko z Brukseli, gdzie Nasza Złota Pani zrobiła z niego człowieka, doprowadzając do objęcia przezeń stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej – ale widocznie pan marszałek Bielan, podobnie jak autorzy reportażu zauważanie Naszej Złotej Pani mieli surowo zakazane, toteż zwyczajowo wszystkie zasługi przypisali zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi, który – jak wiadomo – jest dobry na wszystko. Nie tylko zresztą oni; kiedy w TV Republika zwróciłem uwagę na prawdopodobieństwo niemieckiej inspiracji, judeochrześcijański portal poświęcony „Fronda” natychmiast zdemaskował mnie jako ruskiego agenta. Les extremes se touchent – powiadają wymowni Francuzi, co się wykłada, że przeciwieństwa się stykają, więc nic dziwnego, że poświęcony portal „Fronda” ćwierka z tego samego klucza, co żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana redaktora Adama Michnika. Pewne światło na te styki rzuca okoliczność, że udziałowcem spółki „Agora” został niedawno stary, żydowski grandziarz finansowy Jerzy Soros, a ponieważ już starożytni Rzymianie zauważyli, że „nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem”, to nie jest wykluczone, że przeborował on sobie dojście również do „Frondy”. Byłoby to nawet wskazane zwłaszcza, że 17 stycznia rozpoczęły się obchody jubileuszowego „Dnia Judaizmu”, tym razem pod hasłem: „Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. O jakiego „Pana” tu chodzi – czy tego na Niebiesiech, czy tego, czy tego w Tel Awivie – to nie jest do końca jasne tym bardziej, że jak tylko rozpoczęły się wspomniane obchody, z oficjalną wizytą do Izraela udał się pan prezydent Andrzej Duda wraz z – jak to skrupulatnie odnotowały niezależne media głównego nurtu - „małżonką Agatą Kornhauser-Dudą”. Z tej okazji „The Jerusalem Post” retorycznie pytał: „jeśli nie teraz, to kiedy?” - mając na myśli realizację żydowskich roszczeń majątkowych. Ale realizacja tych roszczeń przekracza konstytucyjne możliwości prezydenta, który wymigał się wręczeniem Orderu Orła Białego panu doktorowi Szewachowi Weissowi, uchodzącemu za „wielkiego przyjaciela Polski”. Warto zatem przypomnieć, że pan dr Weiss nie tylko oczekuje od Polski zadośćuczynienia żydowskim roszczeniom, ale w dodatku potwierdził ich szacunkową wysokość w kwocie 65 miliardów dolarów. Aż strach pomyśleć, czego mógłby zażądać od Polski jakiś jej wróg.

Tymczasem w środowisko obrońców demokracji rozgorzały potępieńcze swary w związku z ujawnieniem faktur, jakie powystawiał sobie pan Mateusz Kijowski, filut „na utrzymaniu żony”, który najwyraźniej postanowił trochę poutrzymywać się samodzielnie. W rezultacie zarząd Komitetu Obrony Demokracji zażądał od pana Kijowskiego, by „odszedł”, ale ten puszcza te żądania mimo uszu, najwyraźniej rozumując tak samo, jak kierowca Zdenka Młynarza w sierpniu 1968 roku. Kiedy Armia Radziecka i wojska pozostałych czterech państw Układu Warszawskiego zajęły Czechosłowację, dywizja tamańska pilnowała czechosłowackich dygnitarzy na zamku na Hradczanach. W pewnej chwili Zdenek Mlynarz zauważył, że jego kierowca przeszedł przez wszystkie posterunki i zaskoczony zapytał, jak mu się to udało. - Zwyczajnie – odparł kierowca. - Kiedy mnie zatrzymywali, ja im odpowiadałem: ja wam nie podlegam – a wtedy mnie przepuszczali. Otóż i pan Kijowski, zapewne nie bez powodu uważa, że tylko ten może go zdjąć z funkcji Głównego Obrońcy Demokracji, kto go na tym stanowisku umieścił.

Znacznie gorsza sytuację mają, to znaczy – mieliby przywódcy opozycji, gdyby oczywiście Polska była państwem poważnym, a nie safandulskim, w którym wszystko, albo prawie wszystko na pewnym szczeblu uchodzi bezkarnie. Otóż ujawniony został list przywódców puczu do marszałka Kuchcińskiego, w którego pierwotnej wersji odgrażali mu się, że zwrócą się do „międzynarodowych trybunałów” - oczywiście z prośbą o stosowną interwencję. Podobno listu zawierającą tę wzmiankę nie chciał podpisać ostrożny pan Kosiniak-Kamysz z PSL i podpisał dopiero wtedy, gdy ten fragment wykreślono. Z obfitości serca usta mówią, więc chociaż wykreślono, to pozostał ślad po wykreśleniu, wskazujący na prawdziwe intencje przywódców puczu, którzy nie tylko zamierzali wywołać reakcję Unii Europejskiej, ale wręcz jej oczekiwali. Obecnie intensywnie się tych intencji wypierają w przesiąkniętych fałszem i krętactwami oświadczeniach, jakby się bali, że ściągnie to na nich odpowiedzialność nie tylko polityczną, ale i karną. W państwie poważnym niewątpliwie tak by było; kto wie, czy nie skończyłoby się na powrozie, albo pieńku, ale nasz nieszczęśliwy kraj zalicza się do państw pozostałych, więc pewnie wszystko zakończy się wesołym oberkiem. Toteż pan Rysio Petru pojechał był właśnie do Brukseli, gdzie zapytał Jana Klaudiusz Junckera o skutki nieprawidłowego uchwalenia budżetu przez polski Sejm. Ale przewodniczący Komisji Europejskiej udzielił mu odpowiedzi którą najdelikatniej można nazwać „wymijającą”, co pokazuje, że i on wie, że na razie z ostatecznym rozwiązaniem kwestii polskiej trzeba poczekać do czasu wyjaśnienia, jakie właściwie zamiary wobec Unii Europejskiej i Niemiec ma amerykański prezydent Donald Trump, który ostatnio wygłosił opinię identyczną z opinią Margaret Thatcher – że Unia Europejska jest narzędziem niemieckiej hegemonii w Europie. W tej sytuacji trudno się dziwić, że Jan Klaudiusz Juncker nie ma głowy do pocieszania pana Rysia Petru, któremu zresztą w naszym nieszczęśliwym kraju nic nie grozi.


© Stanisław Michalkiewicz
21-22 stycznia 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz