WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Dziewczynka z zapałkami

Co jakiś czas, gdy brak nam nawet ćwierćpoważniejszych publikacji, tak i tym razem „zapychamy lukę” wypocinami POpaprańców – nie tylko jako kolejny przykład tego, jak daleko zaszły już fobie i dewiacje umysłowe oderwanego od żłobu motłochu (i nadal nie mogącego zaakceptować tak oczywistego faktu, że społeczeństwo polskie już ponad roku przępędziło ich złodziejską bandę na śmietnik historii), ale także dla rozrywki. Pośmiejmy się więc z politycznie–poprawnych debilizmów autorstwa „Elżbieta Turlej” dopóki osoba ta jeszcze ma gdzie je publikować – poniżej prezentujemy wybitnie śmierdzący pasztet (gdyż trudno nazwać to choćby paszkwilem), który w zamierzeniu miał prawdopodobnie zaszkodzić profesorowi KUL, pani dr hab. Urszuli Dudziak, jednak uważna lektura tego pasztetu wywołuje jedynie odwrotny skutek.
Artykuł pochodzi z naczelnego (obecnie) organu zdychającej w ciężkich mękach PO, czyli magazynu „POlityka” i dobitnie świadczy o tym, że „POlityka” – tak jak PO – nadal nie zauważyła, że już rzadko kto bierze ich poważnie...


Publicystka Telewizji Trwam, teolog dr hab. Urszula Dudziak ma stworzyć nową podstawę programową do wychowania do życia w rodzinie. Już za rok nastolatki będą uczyć się z zatwierdzonych przez nią podręczników.

Studenci Katolickiego Uniwer­sytetu Lubelskiego nazywają ją Papaja: od tytułu popularnej piosenki jej imienniczki Urszu­li Dudziak. - Dam sobie głowę uciąć, że nigdy jej nie słyszała. Nie tylko dlatego, że nie lubi jazzu, ale również z powodu stylu życia piosenkarki i roz­wodów - mówi jeden z doktorantów dr hab. Urszuli Dudziak. I dodaje, że jej lista zabronionych piosenek, książek czy zachowań jest długa. Nie czyta prasy poza „Naszym Dziennikiem”. Nie ogląda telewizji z wyjątkiem Telewizji Trwam. Nie rozmawia z dziennikarzami z laic­kich mediów. Nie wpuszcza na wykłady nikogo spoza uczelni. Nie odbiera telefo­nów od obcych i zabrania pracownikom KUL rozmów o swoim życiu prywatnym.
O tym, że jest mężatką, świadczy jedynie dedykacja na jej habilitacji z teologii pa­storalnej: „Mojemu Mężowi, bez którego ta praca by nie powstała”. Dr hab. Urszula Dudziak żyje - jak mówi - dla zbawienia wiecznego. A życie doczesne filtruje pod kątem zbawienia innych. Głównie kobiet.
Na początku kariery naukowej jeszcze chyba chciała je zrozumieć. W1982 r. jako studentka psychologii KUL badała dwie grupy kobiet - matki i kobiety dokonujące aborcji. Miała szerokie pole do popisu, bo w PRL przerywanie ciąży było dopuszczal­ne ze względu na ciężkie warunki życiowe.
I nadużywane, bo z przytaczanych przez nią statystyk wynika, że w latach 80. na dwa porody przypadał jeden zabieg. Zauważy­ła, że uświadamianie odbywa się głównie przy trzepaku, bo - co też wynika ze staty­styk - tylko 6 proc. Polaków słyszy o seksie w szkole. Wypunktowała, że dwu na stu rodaków wie co nieco o antykoncepcji, o poradniach planowania rodziny mało kto słyszy, a większość kobiet „dokonujących interrupcji” ma mężów i dzieci. Dziwiło ją, że te, które zdecydowały się na przerwanie ciąży, nie chciały powiększać rodzin, ale nie stosowały żadnych środków zaradczych.
I - przede wszystkim - współczuła kobie­tom. Przytacza ich słowa: „Nie znam żad­nych metod antykoncepcji i musiałam się na to zdecydować”. „Nie zrobiłabym tego, gdybym miała lepsze warunki i w sklepie można było coś dostać”. „Mieszkamy w su­terenie, mamy jeden pokoik, brakuje wody i jest grzyb na ścianie. Urodzić dziecko, któremu byłoby ciężko, to lepiej nie uro­dzić”. „Mam 45 lat, nie wypada w tak póź­nym wieku mieć dzieci, iść z wózeczkiem po osiedlu”.
Na podstawie rozmów napisała pracę magisterską „Osobowość kobiet przery­wających ciążę”. We wnioskach zauważa, że te, które zostały matkami, i te, które poddały się aborcji, niewiele się od siebie różnią. Są wierzące, uznają role matki, żony i gospodyni za męczeństwo i tak samo skarżą się na słaby kontakt i złe po­życie z mężem. Za pracę dostała nagro­dę rektora, ale na KUL pojawiły się głosy, że mgr Dudziak jest za mało radykalna.
Prowadzi zajęcia z psychoprofilaktyki, ale szuka swojej niszy. Jest ambitna, energiczna, nie odpowiada jej siedzenie w książkach. Jako jedna z pierwszych w Polsce robi międzynarodowy certyfikat uprawniający do nauczania naturalnych metod planowania rodziny w zakresie metody objawowo-termicznej. Działa w Towarzystwie Odpowiedzialnego Rodzi­cielstwa, prowadzi kursy NPR dla nauczy­cieli i katechetów. Kiedy wraz ze zmianami politycznymi KUL podupada, a większość wykładowców odpływa do prywatnych uczelni, znajduje pomysł na siebie. Czyli walkę ze źródłem upadku wartości: anty­koncepcją. Zaczyna drugie studia, teolo­gię. Dzięki nim utwardza kurs. Już nie pyta o źródła i skutki niewiedzy o pigułkach czy prezerwatywach. Piętnuje grzech anty­koncepcji jako ubezpłodnienie człowieka, czyli zniszczenie jego naturalnej, bo danej od Boga, płodności. A idące za antykon­cepcją nastawienie na przyjemność sek­sualną pozbawia akt płciowy celu prokrea­cyjnego i jednoczącego. A więc prowadzi w stronę rozpusty, rozwodów i upadku. Jedynym ratunkiem dla społeczeństwa - przekonuje - jest propagowana przez nią metoda objawowo-termiczna.
Klimat polityczny zaczyna jej sprzyjać. Wraz z dojściem do władzy PiS negocjuje 60 godzin obowiązkowych ćwiczeń z na­turalnego planowania rodziny. Ale kiedy zaczyna rządzić PO i władze KUL likwi­dują Katedrę Psychofizjologii Małżeństwa i Rodziny, traci połowę zajęć. Wtedy znaj­duje kolejnego wroga: tym razem szkołę, w której decydują się losy fakultatywne­go do tej pory przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”. Nawołuje do walki w obronie najmłodszych, bo wychowanie w aprobacie dla antykoncepcji prowadzi do nadmiernego zainteresowania seksem. Stąd tylko krok do kolejnych zagrożeń, czyli masturbacji i pettingu. „Koncen­tracja na własnym narządzie nie zastąpi bogactwa osobowego kontaktu dwojga. A żałosna próba dostarczenia sobie same­mu przyjemności seksualnej ogranicza człowieka i zubaża”. Przy tym, jak prze­konuje, skutki masturbacji biją nie tylko w jednostkę, ale również w społeczeń­stwo, powodując obniżenie jego poziomu intelektualnego i wykształcenia. Fiksacja na sferze genitalnej wpływa też niekorzyst­nie na życie towarzyskie i zawodowe. A jeśli dojdzie do tego petting, czyli „szczególny rodzaj masturbacji we dwoje”, w nasto­latku utrwali się seksualny egoizm. Który popchnie go do druzgoczącej wszystko grzesznej inicjacji seksualnej.

Radykalizm popłaca. Jako ekspert od właściwych zasad współżycia mał­żeńskiego bocznymi drzwiami wcho­dzi do polityki. Zostaje sejmowym eks­pertem do spraw młodzieży, członkiem Krajowego Zespołu Promocji Naturalne­go Planowania i rzeczoznawcą podręcz­ników wychowania do życia w rodzinie. Kiedy w programie WDŻ nie udaje się przeforsować jedynego dopuszczalne­go modelu relacji damsko-męskiej, czyli małżeństwa („wskutek nacisków lobby laicko-permisywnego i homoseksual­nego”), dociera bezpośrednio do nauczy­cieli. Jako wykładowca Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli uczy wychowania do życia w rodzinie w Lubli­nie, Chełmie i Zamościu.
Tłumaczy pedagogom, że jeśli nastola­tek współżył w WC w restauracji, potem będzie go do WC ciągnąć. Jeżeli wcześniej coś wypił, potem nie będzie umiał współ­żyć bez alkoholu, a jeśli miał wyrzuty sumienia, poczucie winy będzie sie­dzieć w nim nawet do późnej starości. W związku z czym dla własnego dobra, aby nie narażać się na wyrzuty sumienia, musi z inicjacją poczekać do ślubu. Wcze­śniej - co nauczyciele powinni powtarzać uczniom - winien ustrzec się przed ducho­wym złamaniem, czyli zaliczyć etap „sek­sualnego milczenia”. Pokusę masturbacji zwalczyć wczesnym wstawaniem. Petting uznać za grzech przeciw czystości. Poddać się nowej fali, która przyszła z USA, czyli wstąpić do ruchu „Prawdziwa miłość cze­ka”, czytać świadectwa innych powstrzy­mujących się od seksu na łamach miesięcz­nika „Miłujcie się”. Albo powtarzać sobie: „Nie spiesz się przyjacielu! Przeżyjesz wiele pięknych nocy miłosnych, ale mało która dostoi tamtej chwili, gdy speszony spoco­ną dłonią wręczałeś dziewczynie pierwszy bukiecik fiołków”.
Zaczyna pojawiać się - jako ekspert namaszczony przez PiS, ale też katolicki psycholog i teolog - w Telewizji Trwam i wypowiadać się w „Naszym Dzienniku”. Jej pozycja rośnie. Konferencje o świętości życia, które organizuje na KUL, stają się coraz dłuższe i bogatsze w prelegentów. Ci potem zapraszają ją na własne konfe­rencje. O świętości życia w pracy gineko­loga położnika opowiada prof. Chazan, a znany z organizacji Narodowych Mar­szów w Obronie Życia dr inż. Antoni Zięba piętnuje aborcję. Mimo to wciąż - czy to w publikacjach, czy podczas konferencji, na które zapraszają ją stowarzyszenia pro life - szuka zagrożeń i wrogów.
Coraz częściej używa słowa „permisywne” na określenie rozwiązłości sek­sualnej. Permisywne są przede wszyst­kim kobiety, które, zamiast śledzić swój cykl, wybierają środki antykoncepcyjne, w odróżnieniu od NPR łatwe i wygodne. Zapewniają w ten sposób zbyt zagranicz­nym koncernom produkującym pigułki i prezerwatywy. Do koncernów dołącza­ją się politycy, którzy wciskając Polakom kondomy, chcą osłabić ich liczebność. Ale przede wszystkim permisywni i do tego laiccy, czyli niewierni zasadom moral­nym, są nauczyciele wychowania do życia w rodzinie. W większości „z mentalnością ukształtowaną w PRL”, skupieni na przy­jemnościach zamiast na życiu wiecznym. Swoim i uczniów.
Szybko nauczyciele - a głównie nauczy­cielki, o których pisze, że „totalnie dezakceptują normy moralne na rzecz hedonizmu” - stają się jej wrogiem numer jeden. Punktuje wyrządzane przez nie szkody: za­burzenie rozwoju psychoseksualnego dzie­ci, zawężanie prawdy o człowieku do sfery genitalnej, promocja kondomów zamiast formowania cnoty czystości. W opozycji stawia katechetów, którzy negatywnie
oceniają nie tylko seks przedmałżeński, ale też praktyki masturbacyjne. I - co według niej ważne szczególnie teraz - zachęcają do współczucia i leczenia niezgodnego z prawem Bożym homoseksualizmu. Oni, w opinii Dudziak, naprawdę troszczą się o młodych ludzi. I to właśnie z myślą o nich broni wprowadzenia do szkół zmodyfiko­wanego pod dyktando środowisk homo­seksualnych podręcznika „Wędrując ku dorosłości”. Bezskutecznie, bo z popraw­kami - m.in. wykreślonym fragmentem o tym, że homoseksualistów trzeba leczyć - trafia do księgarń. „Laicko-permisywne środowiska będą zawsze z nami walczyć” - przekonuje w Radiu Maryja.

Mimo to laicko-permisywni korzysta­ją z jej konspektów dla gimnazjum na godzinach wychowawczych, kate­chezach i lekcjach wychowania do ży­cia w rodzinie. Polecają je na forach in­ternetowych. Piszą, że opracowane przez nią tabelki do skserowania i wklejenia do zeszytu są przejrzyste i jednoznacz­ne. Na przykład ta o różnicach między antykoncepcją a naturalnym planowa­niem rodziny. Po stronie antykoncepcji: eliminowanie i niszczenie płodności. Po stronie naturalnego planowania: nie ma elementu niszczenia. Po stronie an­tykoncepcji: niebezpieczeństwo poczęcia dziecka z defektem. Po stronie NPR: nie powodują zagrożenia dla zdrowia dziecka. Do tego jasne wskazówki, np. gdzie kupić idealny na lekcje o aborcji plastikowy mo­del „dziecka 10 tygodni od poczęcia”.
Albo nieoceniony podczas lekcji na te­mat istoty seksualności człowieka pomysł z wykorzystaniem pudełka zapałek, który ma pokazać, czym różnią się mężczyźni i kobiety. Kiedy nauczyciel poprosi o pod­niesienie pudełka, chłopiec pochyli się, a dziewczynka przykucnie. Gdy każe za­palić zapałkę, chłopiec potrze o trzaskę od siebie, a dziewczynka do siebie. A kie­dy przyjdzie ją zgasić, ona dmuchnie, a on potrząśnie ręką. To powinno napro­wadzić uczniów na (dokładnie wypisane) wnioski na temat istoty płciowości. Czyli: „Musimy być inni. Nie można być zniewieściałym chłopakiem lub schłopiałą panną. Widzimy więc potrzebę dorastania w środowisku rówieśników tej samej płci.
Jest to naturalne, że chłopcy trzymają się razem, a dziewczynki razem. (...) Sposób ubierania się dziewcząt może rozbudzać podniecenie u chłopców”.
Były doktorant: - Marzył jej się autorski podręcznik totalny. W stu procentach ka­tolicki, z poradami na temat naturalnego planowania rodziny. Próbowała go prze­forsować, ale wciąż trafiała na opór MEN. Frustrowało ją to. Odżyła, kiedy PiS doszło do władzy i minister Anna Zalewska za­proponowała jej opracowanie nowej pod­stawy programowej - wspomina. Zaczyna coraz głośniej mówić (i pisać) o odsunięciu od pracy nauczycieli, którzy myślą inaczej niż ona. Tryska pomysłami na stworzenie sprawnego aparatu nacisku i eliminacji la­ickich. I włączenia do walki rodziców, któ­rzy powinni zwracać uwagę na stan cywil­ny nauczyciela. „Rozwiedziony albo żyjący w konkubinacie może negatywnie wpły­wać na postawy uczniów”. Na ich sytuację rodzinną powinni też zwracać uwagę dy­rektorzy i nie dawać im zajęć wychowaw­czych. Warto też pamiętać - przekonuje Dudziak-że pochodzenie inteligenckie nie zawsze idzie w parze z formacją religijną. „Więcej osób aprobujących katolicką mo­ralność małżeńsko-rodzinną wywodzi się ze środowisk robotniczych i chłopskich”.
Wróg czai się też poza pokojem nauczy­cielskim. Może wejść do szkół pod postacią prelegentów czy studentów organizujących pogadanki np. o AIDS. Dlatego wszystkich z zewnątrz - z wyjątkiem studentów KUL i toruńskiej uczelni Ojca Rydzyka - nale­żałoby poddać rozmowom diagnostycz­nym, przeprowadzonym przez zespoły szkolne z katechetami na czele. Komisje weryfikacyjne sprawdziłyby postawy pre­legentów wobec inicjacji seksualnej, wier­ności małżeńskiej, masturbacji, zachowań homoseksualnych czy znajomości metod rozpoznawania płodności. Do szkół wcho­dziliby oczywiście wyłącznie zwolennicy moralności katolickiej. Dla innych drzwi zostałyby na zawsze zamknięte.
Zamknięta dla nich powinna też być kasa państwa. „Dotacje powinny obejmować wyłącznie wychowanie do miłości i odpo­wiedzialności”. Uratowane w ten sposób dzieci, już draśnięte grzechem, powinny trafić do Katolickich Stowarzyszeń Mło­dzieży, Ruchów Światło Życie czy Kręgów Domowego Kościoła. Tam starsi, z właści­wym podejściem do życia, pokażą im, jak unikać pornografii, zachowywać skrom­ność w ubiorze czy umiarkowanie pościć. Młodsi, jeszcze niezepsuci, dostaną do rąk podręcznik totalny - zrealizowane po latach walki marzenie dr hab. Urszuli Dudziak.

W tekście wykorzystałam wypowiedzi dr hab. Urszuli Dudziak z Radia Maryja i fragmenty jej publikacji dostępnych w czytelni KUL.


© Elżbieta Turlej
29 listopada 2016
pierwotnie opublikowano w:
www.polityka.pl





Źródło tekstu za blogiem jakiegoś POpaprańca:
link: www.pis-da.blogspot.de

Przedmowa do artykułu: Paul Ityk

Ilustracje dobrane przez ITP:
fot.1 © Katolicki Uniwersytet Lubelski
fot.2 © brak informacji

1 komentarz:

  1. Antykoncepcja to odpowiedzialność. Jeżeli jest mężatką to niech zapyta się swojego ślubnego, czy nigdy nie masturbował się, gdy był nastolatkiem. Nie życzę sobie, żeby ktoś wtłaczał mojemu dziecku swoje fundamentalistyczne poglądy. Nauczyciele mają być normalnymi ludźmi, radosnymi, mającymi żyć tak jak chcą, a nie sfrustrowanymi dewotami.

    OdpowiedzUsuń