WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Pan Bóg kule nosił. Byłam przerażona

Rozmowy z uczestnikami i świadkami poznańskiego buntu społeczeństwa przeciw władzom komunistycznym w 1956 roku


Błażej Dąbkowski: O tym, jak żyli komuniści przekonaliśmy się jeszcze tego samego dnia, kiedy udało się nam wejść do budynku KW PZPR, gdzie stoły uginały się od mięsa, kabanosów, cytrysów, czekolad. To rozjuszyło nas jeszcze bardziej, te gnoje żyły jak pączki w maśle - opowiada ppłk Włodzimierz Marciniak, prezes Związku Kombatantów i Uczestników Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 r.
Odczuwał Pan strach pociągając za spust 28 czerwca?

Włodzimierz Marciniak: Nie, moi rodzice byli w AK, już jako dziecko przeżyłem w moim domu rewizje Niemców, później Rosjan, a na końcu ubowców. Zaraz po zakończeniu II wojny światowej zapisałem się do harcerstwa, które jednak komuniści rozwiązali, dlatego wstąpiłem do organizacji Wolność i Niezawisłość.
Działając w strukturach WiN pierwszą wsypę zaliczyłem w 1954 r., aresztowano mnie, znów urządzono przeszukanie u moich rodziców, ale kolejny raz nic na mnie nie znaleziono.

Cztery lata później w samym centrum wydarzeń znalazł się Pan jednak przypadkiem.
Miałem już wtedy 19 lat. Pracując w Centrofarmie, rozwoziłem leki po aptekach i szpitalach, tak się złożyło, że 28 czerwca dostarczyłem je do Zakładów Cegielskiego. Zobaczyłem jak robotnicy spontanicznie wychodzą z zakładu, niosąc transparenty z wypisany hasłami. Chwyciłem jeden z nich, było na nim napisane "My chcemy chleba".

Dla młodego pokolenia hasło może wydawać się abstrakcyjne.
W 1956 r. zyski z poznańskich zakładów pracy szły w całości do Warszawy, którą komuniści odbudowywali, nie licząc się z nami. Nawet cegły kradziono, by wspomóc stolicę. Staliśmy nie raz po trzy dni przed sklepami, nie mając pojęcia czy przywiozą nam śledzie, masło, lub inny produkt spożywczy. Nawet Niemcy podczas II wojny wręczali kartki na żywność, dlatego sytuacja była tak dramatyczna, społeczeństwo miało już dość traktowania poznaniaków gorzej jak psy. O tym jak żyli
komuniści przekonaliśmy się jeszcze tego samego dnia, kiedy udało się nam wejść do budynku KW PZPR, gdzie stoły uginały się od mięsa, kabanosów, cytrysów, czekolad. To rozjuszyło nas jeszcze bardziej, te gnoje żyły jak pączki w maśle.

Tymczasem robotnicy zdobywali kolejne budynki znienawidzonej władzy.
Zanim podzieliliśmy się na dwie delegacje, wszyscy wspólnie odśpiewaliśmy Rotę na pl. Mickiewicza, nie chodziło nam bowiem tylko o chleb, ale również o wolność i oswobodzenie prymasa Wyszyńskiego. Później jedni ruszyli na ul. Młyńską, czyli w stronę aresztu, natomiast druga grupa podążyła do siedziby Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego, znajdującej się przy ul. Kochanowskiego. Uwolniliśmy więźniów i zabezpieczyliśmy broń, by nie dostała się w niepowołane ręce i nie została użyta w celach innych niż powstańcze.

Ilu uczestników miało wtedy przy sobie broń palną?
Około 200, sam strzelałem najpierw z niemieckiego parabellum, na końcu z ruskiego Mosina. Nasz zryw rozniósł się aż pod Czempiń, Puszczykowo, Swarzędz, a od północy Poznania, po Rogoźno, Oborniki. Tam też rozbrajano milicjantów i UB-owców. Cały ten arsenał służył do ataku na Urząd Bezpieczeństwa. Mieliśmy też gotowe butelki z benzyną, które czekały na wjeżdżające do centrum miasta czołgi. Niektóre z pojazdów udawało się przejąć, moi koledzy podjechali jednym z nich pod urząd. Niestety okazało się, że brakuje amunicji, w innym przypadku roznieśliby ten budynek. Mimo to nadciągały kolejne dywizje pancerne z Żagania czy Żarów, ale rozprawialiśmy się z nimi, jak powstańcy warszawscy z Niemcami – koktajlami Mołotowa. Tylko jednego dnia zniszczono aż 28 pojazdów gąsienicowych, czyli więcej niż w Warszawie w 1944 r., to była regularna bitwa.

Pamięta Pan ile strzałów oddał?
Amunicji miałem całkiem sporo.

Zabił lub postrzelił Pan kogoś?
Kule to Pan Bóg nosi. Kogo ma trafić, to trafi.

Trafiło?
Jeśli mnie trafiło, to i pewnie tego z drugiej strony również. Moja walka zakończyła się w nocy 28 czerwca, kiedy przestrzelono mi nogę. Następnego dnia zatrzymano mnie i aresztowano, wpadłem bo miałem kilka sztuk amunicji w kieszeni. Wtedy jeszcze sądziłem, że większa grupa poznaniaków dołączy się do walki zbrojnej. Były ku temu podstawy, ponieważ w Zakładach Cegielskiego produkowano też amunicję, ale pracownicy zabarykadowali się i nie dopuścili do przejęcia ich przez powstańców.

Ale dla Pana walka się skończyła w katowni UB przy ul. Kochanowskiego.
Nie zapomnę tych podziemnych cel, obskurnych, bez okien i betonowymi łóżkami. To tam maltretowano żołnierzy AK, czy WiN.

I nie ominęło to Pana.
Katowano mnie niemal bez przerwy przez 7 dni, bito, kopano. Pamiętam jak przyszedł po mnie ubek, na korytarzu nad wejściem do pokoju przesłuchań znajdowały się dwie lampki, jedna świeciła na czerwono, druga na zielono. To pierwsze oznaczało, że trwa przesłuchanie, drugie, że lokal jest wolny. Kiedy się zmieniały, kazano mi odwrócić się do ściany, bym nie widział osoby, którą skończono maltretować. Nie posłuchałem, w tym momencie poczułem kolbę pistoletu ta twarzy. Po mocnym uderzeniu wyplułem wszystkie zęby, kolejne otrzymałem w głowę, trzecie w obojczyk, czwarte w kręgosłup. Upadłem. Tłukli mnie nadal.

O co pytali ubecy?
Kto nas szkolił, jacy agenci. Czy byli to Niemcy czy Amerykanie. Tylko to ich interesowało, ale ja milczałem. Wtedy bili jeszcze mocniej, byli gorsi niż naziści i Rosjanie. To były zwierzęta przeszkolone przez NKWD, wielu z nich ukończyło zaledwie 3 klasy szkoły podstawowej, nie potrafili się nawet podpisać, ale uderzali tak mocno, że po kilku dniach mało brakowało, bym udusił się własną krwią. Uratował mnie wtedy mój kolega Andrzej Cichoński. W końcu zostałem wypuszczony w środku nocy, by nikt nie zobaczył w jakim znajdowałem się stanie.

Później też groziła Panu śmierć, bo sąd mógł skazać Pana na karę ostateczną.
W akcie oskarżenia mam napisane, że jestem wrogiem Polski Ludowej. Groziło mi od 15 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek wyjdę, ale z pomocą przyszli nam Węgrzy, doprowadzili nas do zwolnienia 23 października 1956 r. rozpoczynając własne powstanie.

Rozumiem, że nie był to koniec represji ze strony komunistycznych władz.
Do 1960 r., z wiadomych przyczyn nie mogłem znaleźć pracy w Poznaniu. Kiedy ostatecznie zatrudniono mnie w Administracji Domów Mieszkalnych moja pensja wynosiła 1200 zł, podczas gdy inne osoby na podobnym stanowisku 1800. Kiedy postanowiłem poszukać czegoś nowego oferowano mi wynagrodzenie na poziomie2400 zł, ale po interwencji UB, ta kwota zmalała do 1600 zł. W opozycji działałem jednak do 1990 r., kolportując prasę drugiego obiegu, ulotki czy znaczki.

Spotkał Pan kiedyś swojego kata?
Adres tego, który najbardziej mnie dręczył poznałem dopiero w 1992 r. Pojechałem do niego. Kiedy otworzył mi drzwi, natychmiast poznałem tę twarz, zadałem mu od razu pytanie, czy mnie pamięta. Zaprzeczył. Zapytałem dosadniej, czy przypomina sobie jak mnie katował. Zatrzasnął drzwi, a po dwóch tygodniach od tego zdarzenia dowiedziałem się o jego śmierci. Miał zawał, pewnie wystraszył się ustawy lustracyjnej, którą zapowiadał rząd Olszewskiego.

Czy po 60 latach od wydarzeń Czerwca '56 sądzi Pan, że hasła, które nieśliście na sztandarach są nadal aktualne?
Wolność mamy, o czym świadczy m.in. istnienie strefy Schengen, dzięki której możemy swobodnie poruszać się po Europie. Ale prawo w Polsce nie istnieje.

Chleba też żądaliście.
Proszę spojrzeć na blokowiska i skonfrontować je choćby z wypowiedziami socjologów czy polityków, twierdzących, że w Polsce nie istnieje problem głodu. Niech opuszczą swoje wille i zobaczą jak szybko foliówka z suchym chlebem znika z kontenera na śmieci. Mimo to uważam, że jesteśmy najbogatszym krajem na świecie.

Skąd taki wniosek?
Najpierw przez 124 lata łupili nas Niemcy, Rosjanie i inne nacje, w dwudziestoleciu międzywojennym hrabiostwo, następnie znów Niemcy i Ruscy, a mimo to nasz kraj nie najgorzej funkcjonuje.


© Archiwum prywatne
2 lutego 2016
źródło publikacji: „W Poznaniu pan Bóg kule nosił [ROZMOWA]”
www.poznan56.pl





- Byłam przerażona i pewna, że tłum mnie stratuje. Wszyscy byli skupieni na rozmowach i nikt nie patrzył na dwunastolatkę pod ich nogami. Czułam się jak w matni. To było coś strasznego - opowiada Ligia Kraszewska, poznanianka, która jako dziecko na własne oczy widziała wydarzenia Czerwca '56.

Pierwsze Pani skojarzenie związane z Czerwcem '56?
Ligia Kraszewska: Strach. Pierwszego dnia, kiedy to wszystko się zaczęło, nie odczuwałam jeszcze aż tak tego lęku. Jednak dotarło to do mnie chyba drugiego dnia. Na naszej ulicy, między dwiema kamienicami, stanął czołg i wystrzelił dwa pociski. Cała kamienica się podniosła. Po tamtym wydarzeniu po raz pierwszy poczułam strach w związku z tym, co działo się w Polsce.

W 1956 roku miała Pani 12 lat. Ile Pani zapamiętała z tamtych wydarzeń?
Bardzo dużo. To było straszne. Tego nie da się zapomnieć. Najbardziej zapamiętałam kule, które latały nad głowami. Później już ich nie widzieliśmy, siedząc w domu (przy ul. Mickiewicza - dod. red.), lecz słyszeliśmy, jak uderzają w naszą kamienicę, a tynk odpada nad głowami.

Jaka atmosfera panowała w Poznaniu tuż przed wydarzeniami czerwcowymi?
Już od miesiąca dało się wyczuć, że coś jest nie tak, gdyż sklepy były puste. Nawet babcia, która pracowała w sklepie spożywczym na Św. Marcinie, nie miała tam nic. Mama była taką gospodynią, która musiała mieć garnek smalcu, worek mąki i garnek kapusty kiszonej na czarną godzinę. Tego w domu nie było i wszystkie zapasy już się wyczerpały. A to naprawdę były nasze żelazne zapasy.

Ludzie w mieście rozmawiali między sobą o ówczesnej sytuacji?
Nie było żadnej polityki ani rozmów na ulicach. Wszystkie wiadomości były przekazywane na zasadzie "z ucha do ucha". Ludzie po cichu dowiadywali się, że może dojść do jakichś buntów w Cegielskim. Jeszcze przed 28 czerwca do babci i rodziców dochodziły słuchy, że coś się może tam wydarzyć. Wspominało się też o Fabryce Maszyn Żniwnych i paru innych zakładach. To były jednak wiadomości, które my - dzieci - słyszeliśmy np. przechodząc z pokoju do kuchni. Nikt o tym otwarcie nie mówił.

W powietrzu czuć było napięcie?
Myślę, że przede wszystkim wśród tych środowisk, które organizowały te protesty. Moja babcia aż tak bardzo nie była wtajemniczona we wszystko. Mimo strasznej biedy, miasto ogólnie żyło swoim rytmem.

Jak w takim razie wyglądał Poznań w 1956 roku?
Poznań w 1956 roku był miastem, do którego przybyła duża liczba ludności napływowej. Pamiętam, że moja rodzina żyła w strachu, bo jako jedyna miała całe mieszkanie dla siebie, podczas gdy w innych były nawet trzy rodziny - po jednej w każdym pokoju. U nas, mimo tego że mieliśmy całe mieszkanie dla siebie, i tak mieszkało wiele osób. To byli koledzy ojca z Armii Krajowej. Oczywiście nie mogli u nas przebywać legalnie, bo byli poszukiwani. Dlatego każdy dzwonek do drzwi wywoływał lęk. Mieliśmy umówione sygnały z naszymi znajomymi i sąsiadami. Kiedy dzwonek do drzwi dzwonił inaczej, mama lekko odchylała drzwi i sprawdzała, kto przyszedł. Nawet jeśli ktoś obcy dostał przydział do naszego mieszkania, to go nie wpuszczała.

Zdawała sobie Pani sprawę, że w Państwa mieszkaniu byli sławni ludzie?
Chodziłam do szkoły przy ul. Mylnej. Często po wyjściu ze szkoły szliśmy na rynek Jeżycki. A tam było pełno osób, które próbowały handlować różnymi rzeczami. Stały nawet jakieś stragany. Chodziliśmy tam tylko dla zabawy, żeby pośmiać się z tych ludzi. To byli niby eleganccy panowie w muszkach, a np. koszule mieli poplamione. To wszystko wyglądało zabawnie. Jednak pewnego razu wróciłam do domu, a tam był mężczyzna, z którego godzinę wcześniej śmiałam się na rynku. Okazało się, że był znajomym mojego ojca. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że świat nie jest jednorodny. Zrozumiałam, że jest jakieś drugie dno w tym wszystkim. Te osoby, z których śmiałyśmy się na rynku, były bohaterami. Byli członkami Armii Krajowej.

Ile osób pojawiało się u Państwa w mieszkaniu?
Bardzo dużo. Można powiedzieć, że byliśmy noclegownią. Nieraz zdarzało się, że ktoś spał na podłodze. Nasz dom był bardzo otwarty.

Pani rodzina pielęgnowała tradycje patriotyczne?
Ojciec był w Armii Krajowej. Mama także była wielką patriotką, tylko nie aż tak zaangażowaną jak ojciec. Jednak zawsze go kryła, a ja o wszystkim dowiadywałam się z ich kłótni. Przy dzieciach nic nie mówili, bo bali się, że przez przypadek coś powiemy w szkole. Udawali robotnicze pochodzenie. Ojciec specjalnie pisał mi nawet usprawiedliwienia do szkoły z błędami ortograficznymi. A później poprawiał mi lekcje.

Wróćmy do 1956 roku. Jak dla Pani rozpoczął się 28 czerwca?
Wstałam rano, może około godziny 6-7. Chciałam iść na basen. To było dla mnie najważniejsze. W tamtym czasie pływałam w Warcie Poznań. Wyszłam na balkon, by sprawdzić pogodę. Była całkowita cisza, co normalnie się nie zdarzało. Zawsze był jakiś szmer przejeżdżających tramwajów czy idących ludzi. Teraz nic. Nagle usłyszałam tętent konia i zobaczyłam jeźdźca na koniu przy Urzędzie Bezpieczeństwa. Później cofnął się w ulicę Dąbrowskiego w kierunku rynku Jeżyckiego. Obudziłam całą rodzinę i jej o tym powiedziałam. Wszyscy wyszli na balkon. Następnie widzieliśmy grupki ludzi, którzy szli w kierunku placu Mickiewicza. Mama rzuciła krótko: "Dzieci, to strajk!".

Uwierzyła w to Pani?
Razem z rodzeństwem zaczęliśmy się śmiać. Jak to strajk w komunistycznym państwie? To niemożliwe. Byliśmy kompletnie niezorientowani, a mama już wiedziała, że coś się szykuje.

I?
Od razu zakazała nam wychodzić z domu. Nie mieliśmy jednak nic do jedzenia: ani kawałeczka chleba, ani nawet mąki czy smalcu. Nie było kompletnie nic. Mama, spodziewając się, że będzie zawierucha i sklepy zostaną zamknięte, poszła do babci. Myślała, że przyniesie chociaż chleb. Ja i moja siostra nie mogłyśmy jednak nigdzie wyjść. Jedynie mój brat musiał iść do pracy. W tamtym czasie był studentem czwartego roku i pracował na Targach.

Jednak ostatecznie nie tylko on wyszedł z domu.
Moja siostra też gdzieś zniknęła. Ojciec również gdzieś wyszedł, ale nie pamiętam gdzie. W domu zostałam tylko ja i moja kuzynka z Gniezna, która zawsze przyjeżdżała na Targi. Ja w końcu także poszłam na plac Mickiewicza. Do naszego balkonu ciągle dochodził stamtąd szum. Byłam ciekawa, co tam się dzieje. Kiedy tam przyszłam, było już bardzo dużo ludzi, a tłum wciąż narastał. Niektórzy stali nawet u wlotu dzisiejszej ul. Św. Marcin, inni dochodzili z mostu Uniwersyteckiego. Wszyscy rozmawiali. Plac Mickiewicza był pełny, a ja, nie wiem jak, ale dostałam się w sam środek tego tłumu.

Dwunastoletnia dziewczynka w środku potężnego tłumu?
Byłam przerażona i pewna, że ten tłum mnie stratuje. Wszyscy byli skupieni na rozmowach i nikt nie patrzył na dwunastolatkę pod ich nogami. Czułam się jak w matni. To było coś strasznego. Nie mogłam się stamtąd wydostać. Było bardzo gęsto od nóg. W pewnym momencie udało mi się znaleźć jakąś lukę i wyjść z tego tłumu. Wybiegłam na ul. Wieniawskiego, później na most Teatralny i jak najszybciej do domu przez ul. Krasińskiego.

Wróciła Pani już spokojnie do domu?
W pewnym momencie na ul. Krasińskiego widziałam przede mną pokrwawionych mężczyzn. Byli bardzo elegancko ubrani. Dopiero później dowiedziałam się, że to byli ukryci partyjniacy przegonieni przez robotników. Poza tym byłam w takim szoku, że nic innego nie pamiętam. Moim jedynym marzeniem było dostać się do domu. Pamiętam, że drzwi otworzyła mi moja kuzynka. Byłam potwornie zapłakana. Po jakimś czasie przyszła mama i powiedziała, że wracała już pod ostrzałem na ul. Krasińskiego. Strzelano z Urzędu Bezpieczeństwa. A ja nie pamiętałam wtedy żadnych strzałów.

A co z pozostałymi członkami rodziny?
Brata nie było trzy dni. Nie mam pojęcia, kiedy wrócili ojciec i siostra. Byłam jeszcze w takim szoku, że tego nie pamiętam. Zapamiętałam tylko powrót mamy z kawałkiem kiełbasy. Później przypominam sobie strzały z klatki schodowej. Na półpiętrze między drugim i trzecim piętrem stało dwóch chłopaków, którzy strzelali z karabinów w kierunku Urzędu Bezpieczeństwa.

Dużo osób było wtedy przed Urzędem Bezpieczeństwa?
Nie widziałam tego dokładnie. Na Kochanowskiego widać było jednak jakieś grupki ludzi. Nie mieliśmy jednak dobrej okazji, by to wszystko oglądać, bo już strzelano także do naszego budynku. Co chwilę słyszeliśmy odgłosy od uderzeń kul w dach, rynny czy ściany.

Na ulicach zrobiło się niebezpiecznie. Ranni byli już nie tylko protestujący, ale też pomagający im lekarze.
Sanitariusze stale wychodzili ze szpitala z noszami i opatrywali ludzi głównie na ul. Mickiewicza. Widziałam taką scenę, jak na Krasińskiego, do jednego z rannych podeszło dwoje sanitariuszy. Lekarka w pewnym momencie została ranna. To był taki moment zamarcia. Na plecach, na jej białym fartuchu zauważyłam rosnącą plamę krwi. Była coraz większa i większa… Co chwilę sanitariusze wnosili też nowe osoby do szpitala. Ciągle do niego wbiegali i wybiegali. Tam był nieustający ruch.

A walki trwały…
Dokładnie. Ciągle słyszeliśmy strzały, choć później już tego nie widzieliśmy, bo mama kazała pozakładać pierzyny na okna od strony bezpieki dla bezpieczeństwa.

Co stało się z tymi chłopakami, którzy strzelali z okien w Państwa kamienicy?
W pewnym momencie mama zauważyła nadjeżdżające czołgi. Żołnierze przeszukiwali podwórza, klatki schodowe i aresztowali ludzi. Mama powiedziała: "Jezu, zgarną tych chłopaków". Zaczęła ich od razu namawiać, by skończyli strzelać i schowali się u nas w domu. A oni nie chcieli. Mama nie wiedziała, co ma zrobić. W końcu wzięła kiełbasę, a że oni byli głodni, zresztą jak cały Poznań, to skusiła ich, by weszli i coś zjedli. Pewnie nie zapamiętałabym tej sytuacji, gdyby nie ta kiełbasa. Nie mogłam przeboleć tego, że ci chłopcy zjedli kiełbasę, bo sama byłam bardzo głodna. A do tego mama mówiła, że zjemy ją, jak wszyscy wrócą.

Jak długo ci chłopcy zostali u Państwa w mieszkaniu?
Kilka dni. Jednak rodzice nie pozwalali nam z nimi rozmawiać, byśmy w razie czego nie weszli w komitywę oraz nie znali ich imion i nazwisk, gdyby coś się wydało. Wtedy nie wiedzieliśmy, dlaczego mama tak się zachowywała i było nam bardzo przykro. Nie mogliśmy nawet wchodzić do tego pokoju, gdzie byli ci chłopcy. Ja to odczuwałam nawet jako niegrzeczność wobec nich. Dopiero po latach zrozumiałam, o co chodziło mamie - żebyśmy przez przypadek nigdzie nie powiedzieli, jak się nazywają i ich nie wydali.

Pani mama wiedziała, jak działać w konspiracji…
Doskonale. Już w Częstochowie uratowała około 100 osób. Była tam jakaś polska organizacja - inna niż AK - która porwała syna komendanta Hitlerjugend. W rewanżu Niemcy wyprowadzili z domów około 100 osób, w tym moją mamę. Tak się składało, że jej ojcem był Niemiec. Ponadto mama chodziła do niemieckiej szkoły, więc była pod parasolem ochronnym. I zaczęła wypominać Niemcom, że jej brat walczy na froncie wschodnim, a ona stoi pod ścianą i ma być rozstrzelana. Niemcy kazali jej wystąpić, a ona wtedy zaczęła mówić, że nie zostawi tych pozostałych osób. W końcu Niemcy odpuścili. Kazali im jedynie stać do rana w zimnie pod ścianą, ale później wszyscy zostali wypuszczeni.

Jakie jest Pani ostatnie wspomnienie z 28 czerwca 1956 roku?
To, że nie spaliśmy przez całą noc.

Kolejne dni także nie były jeszcze spokojne. Prawdopodobnie dwa dni później pod naszą kamienicę zajechał - wspominany już na samym początku - czołg. To było już po tym, jak żołnierze przeczesali wszystkie bramy i aresztowali niektóre osoby. Ten czołg wjechał między dwie kamienice. Strzelił dwukrotnie. Później już tylko z dalszych rejonów miasta słyszeliśmy strzały. U nas po dwóch dniach zapanowała kompletna cisza.

Cisza potrafi być złowroga…
To była potężna cisza. Na moście Teatralnym była jakaś ruchoma klapka i gdy tylko jakiś tramwaj przez nią przejeżdżał, to ona stukała. I ten stukot było wtedy wyraźnie słychać nawet na ul. Mickiewicza. Dwa skrzyżowania od mostu… Taka cisza była w naszym rejonie. Jak już wszystko się uspokoiło, to specjalnie poszłam na most Teatralny, by zobaczyć, co tak stukało. W trakcie normalnego ruchu nie było szans, by usłyszeć stukot tej klapki.

Ile czasu upłynęło, zanim Poznań się uspokoił?
Dokładnie nie pamiętam. Prawdopodobnie około 3-4 dni. My tylko czasem słyszeliśmy jakieś pojedyncze strzały na Grunwaldzie czy moście Dworcowym. Chcieliśmy się czegoś dowiedzieć, więc mama włączała Radio Wolna Europa. Pierwszego dnia dopiero wieczorem zaczęły pojawiać się jakieś informacje. Na szczęście był już czysty odbiór.

A to dzięki temu, że zniszczono urządzenia zagłuszające, które były na budynku Urzędu Bezpieczeństwa.
Z tym wiąże się niewiarygodna historia. Kilka lat temu jechałam ze swoją córką do Alicante na urodziny jej przyjaciółki. Przejeżdżałyśmy przez południową Francję, gdzie w tamtym czasie mieszkał mój brat. Odwiedziłyśmy go. Spędziliśmy wspaniały czas. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, aż w pewnym momencie Ryszard spytał mnie: "A wiesz jak to było, że zniknąłem na trzy dni?". My przez cały czas nie miałyśmy pojęcia, co się z nim wtedy działo. Sądziłyśmy, że został ranny. Mama była przerażona, zresztą nie tylko ona.

W końcu jednak dowiedziała się Pani prawdy.
Okazało się, że to on z kolegami z uniwersytetu i innymi ludźmi demontowali te urządzenia zagłuszające na dachu Urzędu Bezpieczeństwa - tam na rogu Mickiewicza i Dąbrowskiego. I został wtedy złapany przez jednego kolegę, który, jak się okazało, służył w UB. Zamknęli go na Kochanowskiego. Na drugi dzień przyszedł do niego ten kolega z UB i mówi: "Ryszard, muszę ci sprać mordę. Muszę to zrobić, ale cię wypuszczę. Co jednak stanie się z twoimi kolegami, to nie wiem". Przetrzymał go trzy dni, obił, ale w końcu wypuścił. Po 50 latach poznałam prawdę. Wcześniej brat o tym nie mówił, bo nasza mama niepotrzebnie by się denerwowała.

Jak wyglądały pierwsze dni po wydarzeniach czerwcowych?
Ludzie zaczęli szukać swoich bliskich i znajomych. Ślad zaginął całkowicie po tych, którzy zostali wcześniej wyprowadzeni przez wojsko z kamienic. Chyba trzeciego dnia wojsko zaczęło przeszukiwać nie tylko podwórza kamienic, ale także poszczególne mieszkania. Przeczesali wszystko. Przyszli też do nas. Jak zadzwonili do drzwi, mama stanęła z siekierą i ostro powiedziała, że ich nie wpuści. My, jak zobaczyłyśmy żołnierzy, to zaczęłyśmy płakać. Ta rewizja była traumatyczna. Mama doskonale wiedziała, że w mieszkaniu są ci dwaj chłopcy, którzy strzelali z klatki w stronę UB. I powiedziała żołnierzom, że przeżyła już rewizje Rosjan i Niemców, a teraz nie pozwoli na to, by rewidowało ją Wojsko Polskie. Chyba że ją zastrzelą. Po jakimś czasie, gdy kilka razy mama przysięgła, że w domu nie ma obcych, odeszli.

Jak długo chłopcy ukrywali się w Państwa mieszkaniu?
Po trzech czy czterech dniach w radiu ogłoszono, że wszyscy, bez rewizji, mogą opuścić nasz rejon. Mama i tak jeszcze przetrzymała chłopaków do następnego dnia. Nie wierzyła władzy. Obserwowaliśmy punkt patrolowy na skrzyżowaniu ul. Mickiewicza i Dąbrowskiego. I rzeczywiście, osoby wychodzące nie były zatrzymywane. W końcu ci chłopcy od nas też wyszli. Po godzinie zadzwonili, że nie mieli rewizji. Każdy z nich miał wracać osobno do akademika, inną drogą ze względu na tajniaków.

Ile czasu zajął Państwu powrót do normalnego życia?
Całkowicie normalnie nie było już chyba nigdy. Potrzeba było dużo czasu, żeby znowu zacząć w ogóle próbować funkcjonować, jak kiedyś. Do tego ojciec zmarł we wrześniu 1956 roku. Nie wytrzymał już trudów poprzednich lat. Zostaliśmy prawie bez niczego. Nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Z głodu zbierałam nawet zioła, które później suszyłam i sprzedawałam. Pierwszą rzeczą, jaką kupiłam za te zarobione pieniądze, był chleb i masło. Brakowało nam pieniędzy nawet na pogrzeb ojca.

Czy 28 czerwca 1956 roku zdawała sobie Pani sprawę, że dzieje się coś wyjątkowego w historii Polski?
Nie, nawet o tym nie myślałam. Bardziej baliśmy się tego, że teraz zaczną się represje i przyszłości. Nie odczuwaliśmy wyjątkowości tamtych wydarzeń.

Czas protestów nie był jednak przypadkowy.
Rzeczywiście. Protestujący chcieli, by o sytuacji w Polsce dowiedzieli się także ludzie za granicą. Informacje z Polski nie wychodziły przecież poza nasze granice. Dlatego też wykorzystano trwające akurat wtedy międzynarodowe targi, by cały świat mógł usłyszeć o sytuacji w Polsce. To było zaplanowane. Obcokrajowcy mieli zobaczyć, jak naprawdę wygląda Polska.

Czym dzisiaj jest dla Pani Czerwiec '56?
To wciąż jednak zaniedbana pamięć o wielkim wyczynie Polaków. Ustawiono różne pomniki dotyczące tego wydarzenia, ale nie pamięta się o ludziach, którzy zginęli. Nie potrafimy w Polsce docenić ważnych wydarzeń. Nie szanujemy autorytetów i wielkich ludzi. A wielkimi byli ci wszyscy, którzy tego dnia wyszli na ulice. Nawet jeśli ktoś znalazł się tam przypadkowo, to stawał po właściwej stronie.


© Waldemar Wylegalski
2 lutego 2016
źródło publikacji: „Ligia Kraszewska: Byłam przerażona i pewna, że tłum mnie stratuje”
www.poznan56.pl





Ilustracje © domena publiczna / www.ipn.gov.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz