UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Zesłana na Sybir, wracała do Polski przez Afrykę

Odszukał mnie Artur Woźniakowski, dostarczył bogaty zestaw fotografii. Wśród zgromadzonych przez niego materiałów jest i pamiętnik matki Jadwigi, znaleziony już po śmierci tej niezwykłej kobiety. Dożyła prawie stu lat, jej życie obfitowało w wydarzenia zaiste niezwykłe.

Panna Jadwiga podczas ferii, spędzanych u wujostwa Cybulskich koło Bodzentyna, poznała Mieczysława Woźniakowskiego. Przypadli sobie do gustu, w 1934 roku zwarli związek małżeński i wkrótce wyjechali do Puszczy Świsłockiej, wówczas znajdującej się w granicach powiatu wołkowyskiego i województwa białostockiego. A dlatego tu, bo kolega męża został wcześniej plenipotentem spadkobierców hr. Tyszkiewicza, któremu władze carskie skonfiskowały dobra po 1831 roku.

Woźniakowscy osiedli w leśniczówce Hrynki przy trakcie Białystok - Prużana, nad rzeką Świsłocz.
Młodzi energicznie zadbali o urządzenie gospodarstwa rolnego, dorobili się licznego inwentarza, ładnie wyposażyli dom. Wkrótce na świat przyszli dwa synowie, starszy Ryszard Wiesław i młodszy Artur Maciej. Po trzech latach pan Mieczysław awansował na stanowisko nadleśniczego i trzeba było się przeprowadzić w głąb puszczy, do Strugi, 18 km od Świsłoczy. "Puszcza urocza zimą, latem obfitowała w grzyby i jagody. Było też moc różnej zwierzyny. W odpowiedniej porze odbywały się polowania na rysie, dziki i różne ptactwo. Wiedliśmy szczęśliwe i beztroskie życie".

Wywózka

"Dziesiątego lutego 1940 roku zostaliśmy deportowani w głąb Rosji. Przy 40-stopniowym mrozie opuszczaliśmy swój dobytek i przytulne mieszkanie, udając się w nieznane. Podwodą z sąsiedniej wsi Michałki odstawiono nas do wsi Dobrowolna. Do tamtejszej szkoły zwożono ludzi z okolicznych wsi i lasów. Nie mieliśmy czasu na rozmyślanie dokąd jedziemy. Zajęci byliśmy dziećmi, młodszy syn Artur zachorował na zapalenie płuc. 11 lutego o świcie kibitki dojeżdżały do stacji Świsłocz. Tam czekały na nas wagony".

Z Baranowicz pociąg z dużą szybkością mknął na wschód. Na większych stacjach pozwalano na wzięcie wody i dawano po dwie łyżki gęstej kaszy na osobę. Z rodziną Woźniakowskich pojechał kuzyn Marian Cybulski, którego pamiętnik znalazłem w londyńskim Instytucie Polskim i Muzeum gen. Sikorskiego. To właśnie po publikacji w "Zesłańcu" tej relacji zaczął mnie poszukiwać Artur Woźniakowski.

W Czelabińsku deportowanym łaskawie podarowano dwudniowy postój, po czym kilka wagonów skierowano do miasta Karabasz z 5 kopalniami rudy miedzi i piecem hutniczym do jej wytopu.

Karabasz

Polaków zakwaterowano w starych, drewnianych barakach. Powstał obóz o charakterze zamkniętym, w ciągu kilku miesięcy liczył już około 2 tysięcy osób. Przymusowi robotnicy do pracy mieli 2 kilometry. Latem dokuczał upał, zimą mróz. Trzy razy w tygodniu politruk starał się przekonać nieszczęśników, że wielka jest łaska władzy sowieckiej, bo zapewnia 2 kg chleba na pracującego, a na zachodzie Europy robotnik otrzymuje tylko 600 gramów.

Z upływem miesięcy postępowało zmęczenie, niekiedy udało się dokupić trochę żywności, ale szybko ubyło rzeczy, które można było sprzedać. "Prawie wszystkie kobiety zostały bez zębów. Cmentarz pod górą rudnika powiększał się. Przybywało coraz więcej drewnianych krzyży". Pocieszeniem były listy, nadzieję wzmacniały modlitwy. Szczęściem okazała się zgoda, sąsiedzkie wspomaganie. Dobrym duchem okazał się senior Kuczyński, inwalida wojenny z 1920 roku. On pierwszy jednak dokończył żywota z daleka od Polski, został pochowany w pudle. A pani Jadwiga zachorowała na zapalenie płuc.

Po czerwcu 1941 roku czas pracy zwiększono do 12 godzin, więcej zdarzało się wypadków w kopalni, ubyło żywności. 1 sierpnia tego roku "przyszedł do nas naczelnik kopalni, Polak z pochodzenia i oznajmił nam, że między rządem polskim i sowieckim została podpisana umowa, aby wspólnie bronić się przed napaścią Hitlera. Wyszło zarządzenie, że jesteśmy wolni".

Drogi krzyżowe

Wydano deportowanym dowody, zaczęły się wyjazdy do wojska. Jako jedni z pierwszych skorzystali z tej szansy Marian Cybulski i Tadeusz Kuczyński. Kilka tygodni później wyruszyli w drogę Woźniakowscy, reszta rodziny Kuczyńskich i Łukszowie (Łuksza był strażnikiem w Puszczy Świsłockiej. Kluczyli, stracili bagaż, walczyli o wodę i coś do zjedzenia. Tak przejechali m.in. przez Orenburg, Samarkandę, Taszkient, Bucharę. W beznadziejnej sytuacji zdecydowali się na pracę w kołchozie Turtkul w rejonie pustyni Kara-Kum. Po dwóch miesiącach przyjechali jednak politrucy i kazali się zbierać. Dopłynęli do portu Forab, Artur Woźniakowski zachorował na tyfus brzuszny. Przeżył, choć barki często dobijały do brzegu, by pogrzebać zmarłych. Celem okazał się jeszcze jeden kołchoz, gdzie zapłatę stanowiło 400 gramów jęczmienia dziennie na osobę. Stąd mężczyzn wezwano do wojska, dzieci trafiły do sierocińca w Samarkandzie, kobiety cierpiały gnane do pracy, osamotnione.

I nagle zjawił się Mieczysław Woźniakowski wysłany z wojska po żonę i dzieci. Zabrał ze sobą również panią Sadowską, której mąż siedział w obozie jenieckim w Niemczech. "Po drodze wstąpiłam w Samarkandzie po dzieci. Udało mi się tam jedynie dlatego, że sierociniec znajdował się na samej stacji. Oprócz dwóch synów zabrałam także Jasia i Kasię Sadowskich." Razem dojechali do miasta Kermine, a nazwa ta w języku uzbeckim oznacza krainę śmierci. Woźniakowscy zamieszkali w małym wojskowym namiocie, trochę zupy otrzymywali z kuchni żołnierskiej. Czekali na opuszczenie krainy cierpień.

Uratowani

Muszę skrócić tę opowieść, dodam więc tylko, że pani Jadwidze skradziono dowód, dopadła ją malarię i żółtaczka. Przeżyła. Udało się wyjechać z Kermine i przepłynąć na statku do Persji, gdzie obowiązywała 6-tygodnoowa kwarantanna. Potem był Teheran, podróż do portu i rejs do Afryki. Po ośmiu dniach statek dopłynął do Mombasy. Woźniakowscy znaleźli się w osiedlu Koja, gdzie trafiła i Karolina Mariampolska, późniejsza żona Ryszarda Kaczorowskiego. Powstała namiastka Polski, z księżmi i harcerzami, a po prawdzie to jeszcze z malarią i krokodylami. Z niepokojem czekano na listonosza, bo wśród dostarczanych listów były wiadomości o śmierci żołnierskiej synów, mężów, ojców, braci.

Do Anglii zaczęto wyjeżdżać w 1947 roku. Pani Jadwiga z mężem spotkała się niespodziewanie w Suezie. Zdecydowali się na powrót do Polski, ale Świsłocz została poza granicami Polski pojałtańskiej. Woźniakowscy wybrali Częstochowę, potem wrócili do Bodzentyna. "Życie zaczęliśmy od początku w niełatwych warunkach bytowych. Szykanowani i represjonowani zdążaliśmy do celu. Pracowaliśmy, aby wychować i wykształcić synów. Z pomocą Bożą spełniliśmy swój cel".

Tyle wybranych danych z pamiętnika Jadwigi Woźniakowskiej. Natomiast syn Artur wrócił kilkakrotnie do Barabaszu, gdzie wraz z Edwardem Kuczyńskim dokonali rzeczy wielkiej, ale o tym za tydzień. I o powrotach do osiedla Koja także.


© Adam Czesław Dobroński
16 czerwca 2012
źródło publikacji: „Jadwiga Woźniakowska. Polka zesłana na Sybir, wracała do kraju przez Afrykę”
www.poranny.pl




Artur Woźniakowski w Karabaszu. Tu chowano polskich zesłąńców.





Tekst poddano drobnej korekcie pisowni.
Ilustracje Autora.



ARTYKUŁ PRZYWRÓCONY Z KOPII ZAPASOWYCH, Z TEGO POWODU ORYGINALNY FORMAT ARTYKUŁU MOŻE NIE PASOWAĆ DO FORMATU OBECNEGO BLOGU. NIEKTÓRE ILUSTRACJE MOGĄ BYĆ OBECNIE NIEDOSTĘPNE, A LINKI MOGĄ BYĆ NIEAKTUALNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2