WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Szczur numer jeden

Na wstępie chciałbym przypomnieć etymologię fałszywego określenia stanowiska Prezydenta UE, ukutego jeszcze w czasach, gdy usilnie i nachalnie starano się sprzedać Polakom dobrowolne oddanie części niepodległości Rzeczpospolitej poprzez członkostwo w Unii Europejskiej. Wszystkie dokumenty były wówczas tak opisywane i tłumaczone, aby w żaden sposób nie wzbudzały niepokoju Polaków przed wchłonięciem ich kraju do kolejnego „obozu”, o czym zresztą już pisałem. W każdym razie cała ta pro-unijna propaganda była tak skonstruowana przez ich specjalistów językowych, aby żadne słowo nie posiadało najmniejszego nawet skojarzenia z oczywistym przecież faktem utraty niepodległości i wcielenia Polski do nowego „obozu”.
Oczywiście nie były to kłamstwa, gdyż takie zostałyby natychmiast rozpoznane i ujawnione przez przeciwników wstępowania Polski do Unii Europejskiej. Były to „tylko” drobne przeinaczenia, „niedotłumaczenia”, przejęzyczenia, i tak dalej, a we wszystkich chodziło o rozmywanie i zmniejszanie rzeczywistego znaczenia aktu stowarzyszeniowego z UE.
Kto tego nie pamięta niech sobie przejrzy starsze wydania prasy (nie trzeba nawet czytać całości, wystarczy tylko rzucić okiem na same nagłówki z tamtych lat w największej wówczas i dzisiaj szmacie propagandowej zwanej „Gazeta Wyborcza”).
Z tego właśnie powodu Polska jest chyba jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym Prezydent Rady Unii Europejskiej nie jest nazywany Prezydentem, lecz „Przewodniczącym”.
Jeśli ktoś nie wierzy i jest zbyt leniwy, aby samemu sprawdzić:*
Президент (czyt: prezident) на Европейския съюз, Predsjednik Europskog vijeća, Předseda Evropské rady, Præsident for Det Europæiske Råd, Président du Conseil européen, Presidente del Consejo Europeo, President del Consell Europeu, Präsident des Europäischen Rates, Presidência do Conselho Europeu, Președintele Consiliului European, Predseda Európskej rady, Presidente del Consiglio europeo, ...
 . . . i tak dalej - nawet w języku Esperanto funkcja „Przewodniczącego” zwana jest Prezidanto (Prezydent). 
Jak dzisiaj podejrzewam, propagandziści unijni z jakiegoś tylko im znanego powodu naprawdę obawiali się wtedy, że Polacy mogą nie zechcieć wejść do Unii Europejskiej (co też zresztą nie powinno nas dziwić, bo to już chyba jest tradycją, że na tzw. Zachodzie nigdy nie rozumieją nic z tego, co dzieje się w Polsce i na Wschodzie Europy)

Tak więc równo rok temu, 1 grudnia 2014 roku, polski premier premier Polski (przekreślone i poprawione, gdyż nie są to synonimy - proszę się samemu zastanowić - i przekreślone jest oczywiście nieprawdą) niejaki Donald Tusk został „wybrany” Prezydentem Rady Unii Europejskiej.

Donald Tusk gardzi „polskością”, gdyż uważa ją za „nienormalność”, o czym otwarcie i do bólu szczerze wyznał publicznie dość dawno temu. Wydawałoby się, że trzeba być bardzo odważnym aby to stwierdzić publicznie. Jednak w okupowanej od 1945 roku Polsce pod antypolskimi rządami, oraz w zdominowanych po 1989 roku przez jeszcze bardziej antypolskie środowiska mediach, nie było to żadną odwagą. Ot, jeden z wielu antypolskich sługusów plujących na Polskę przy każdej okazji, nie on pierwszy i nie ostatni.
Dziwiło mnie zdumienie niektórych Polaków na brak patriotyzmu okazywany przez Donalda Tuska gdy został już premierem Polski, Większości jednak nie oszukał biało-czerwony szalik na jego szyi, gdy na stadionach kibicował naszej narodowej reprezentacji - on nie kibicował przecież Polsce, lecz „swojej” drużynie; „swojej” w sensie szefa drużyny skoro był szefem tego kraju, jednak nie było w tym żadnego patriotyzmu. W podobny sposób robią to kibice danej drużyny w meczach ligowych, którzy także uważają za „swoich” wszelkich zagranicznych piłkarzy grających w ich drużynie.
Donald Tusk lubi piłkę nożną i po prostu była to rozrywka, absolutnie nie mająca nic wspólnego z patriotyzmem. Jedynie media starały się robić z tego „hurra-patriotyczną” propagandę, a zaślepieni wyznawcy POsrańców (spod znaku Partii Obłudy) tylko temu przytakiwali i wołali "kuul", ale to już osobna - i dzięki Bogu - historia.
Dlatego też, z pewnością pierwszymi, którzy odważyli się okazać to publicznie, kibice piłkarscy byli pierwszymi, którzy wyraźnie przejrzeli fałsz i obłudę premiera Polski i w następstwie wielokrotnie wyrażali na stadionach, co o nim myślą.
I to był koniec kariery Kaszuba Tuska, premiera Polski.
Dżinn wydostał się z butelki, nawet dotychczas wszechwładne oficjalne media już nie były w stanie mu pomóc, gdyż naród szybko oprzytomniał z zaszczepionego mu przez propagandę zamulenia umysłowego i gwiazda Tuska zgasła.
Dlatego też Donald Tusk prawie natychmiast przyjął wtedy nominację Angeli Merkel Rady Europejskiej na stanowisko Prezydenta Unii Europejskiej i pełni tę nic nie znaczącą funkcję od roku.
Wiedział, co robi.

Na pierwszy rzut oka, wydawałoby się, że rezygnując z funkcji premiera średniej wielkości kraju w zamian za reprezentacyjne stanowisko prezydenta UE popełnił błąd. Wielu uważało, że dobrowolnie dał się jakby zdegradować. Ale to tylko z pozoru tak wygląda.
Jak już pisałem przy okazji ubiegłorocznych sfałszowanych wyborów samorządowych, Partia Oszustów już wtedy dobrze czuła pismo nosem, a może nawet wiedzieli z całkiem dużą dokładnością - przynajmniej jej najwyżsi zwierzchnicy - że cały naród ma już naprawdę dość ich wszystkich kłamstw, matactw, oszustw, afer i nie-rządów. Dokładnie tak, jak wtedy napisałem: wiedzieli, że nie są w stanie uczciwie wygrać tych, ani następnych wyborów. Rozumiejąc to nie jest więc dziwne, że Tusk, rezygnując ze stanowiska premiera III RP, faktycznie dokonał najlepszego możliwego (dla siebie) wyboru.
Przede wszystkim przyjmując stanowisko „przewodniczącego” Unii Europejskiej na okres 2,5 lat, zamiast „premierowania” w Polsce jedynie przez kolejny rok, przedłużył sobie chłopaczyna „karierę” polityczną o półtora roku (zakładając, że UE jeszcze tyle pociągnie - ale to już kolejny osobny temat). Tusk z pewnością najpóźniej w tamtym czasie zrozumiał, że koniec jego Rzeczypospolitej Kolesiów zbliża się wielkimi krokami, a zatonięcie okrętu pod flagą PO jest nieuniknione.
Największy szczur po prostu uciekł z tonącego okrętu pierwszy.

Nie wiem, czy Tusk może w dniu dzisiejszym znaleźć gdzieś w Brukseli swojego ulubionego mielonego z ziemniaczkami i z - a jakże - kaszubską „mizerią” (świeże ogórki w śmietankowym sosiku, polecam - naprawdę pycha!), jestem jednak pewien, że z pewnością odkorkuje butelkę dobrego szampana i wzniesie toast za swą pierwszą i zarazem przedostatnią rocznicę unijnej prezydentury. Bądź co bądź ma powody do świętowania: przeżył już swoją watahę, która dogorywa teraz w trwodze przed Kaczafim i już nawet sama się dorzyna w tej nienormalnej - jego zdaniem - Polsce. Za to on sam ma przed sobą przecież jeszcze półtora roku spokojnego i niczym niezmąconego „pudlowania” w Brukseli jako Prezydent UE, zanim i on trafi w końcu na wielce zasłużony śmietnik polityki i historii.
Dlatego gratuluję wyboru, panie Prezydencie Przewodniczący!
To dopiero nazywa się mieć nosa...


© DeS
1 grudnia 2015
Digitales Scriptor








*   Uczciwie dodam jednak, że dowiedziałem się później, iż w języku niderlandzkim funkcja ta określana jest jako Voorzitter van de Europese Raad, które również znaczy „Przewodniczący” (być może Holendrzy mieli kiedyś wątpliwości przed połknięciem ich kraju przez UE i stąd podobne pomniejszenie znaczenia nazwy tej funkcji w ich języku?)






Notatka: wszystkie ilustracje pochodzą od redakcji.
Fot.1 domena publiczna / ITP
Fot.2 © autor nieznany / Google
Fot.3 © autor nieznany / EastNews

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz