UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Buldogi pod dywanem

Wprawdzie nasz nieszczęśliwy kraj znajduje się w przeddzień referendum, którego jeszcze w maju domagał się „cały naród”, ale można odnieść wrażenie, jakby nikomu już na nim nie zależało. Niewątpliwie jest to rezultatem zachowania niezależnych mediów głównego nurtu, które o referendum dobrze, jak nie wspominają słowem, a jeśli nawet wspominają, to z wyraźną niechęcią. Ale gdyby „cały naród” nadal się sprawą referendum interesował, to przynajmniej huczałoby o tym w internecie, a tu i w internecie cisza. Ale bo też są sprawy ważne i sprawy jeszcze ważniejsze, a do tych najważniejszych należą listy wyborcze do Sejmu i Senatu. O znalezienie się na listach wyborczych toczyła się batalia wskazująca ponad wszelką wątpliwość, że to walka o byt w najjaskrawszych przejawach.
Od tego, kto znajdzie się na takiej liście, no i na którym na niej miejscu, zależy nie tylko, czy przez najbliższe cztery lata rozwiąże sobie oraz bliższej i dalszej rodzinie problemy socjalne, ale w dodatku – czy będzie chroniony immunitetem, czy nie.

Toteż zanika wszelka staroświecka rewerencja, o czym opinia publiczna może przekonać się choćby na podstawie odgłosów dochodzących z zamkniętych konwentyklów partyjnych, z których jedni Umiłowani Przywódcy wychodzą z dumnie podniesioną, podczas gdy inni – z opuszczoną głową powoli, niczym żołnierz z niemieckiej niewoli – o którym przejmująco pisał Władysław Broniewski. „Dudnią drogi, ciągną obce wojska...” - pisał, ilustrując w ten sposób zarówno niemiecką napaść na Polskę, jak i „wkroczenie” na polskie terytorium Armii Czerwonej. Charakterystyczne jest bowiem to, że chociaż od sławnej transformacji ustrojowej minęło już 26 lat, nadal w rocznicę wybuchu II wojny światowej wspomina się, jak to Niemcy na Polskę „napadły”, podczas gdy Armia Czerwona tylko do Polski „wkroczyła”.

Ale mniejsza z tym, bo ważniejsze przecież są listy partyjne. Nawet pan Paweł Kukiz w niepojętym przypływie szczerości wyznał, że ułożenie partyjnych list bezpartyjnego, a właściwie nawet nie „bezpartyjnego”, tylko wręcz antypartyjnego ruchu, jest „najważniejszym wydarzeniem” jego życia. Cóż dopiero muszą myśleć o tym politycy nastawieni do systemu nie tak bardzo antysystemowo? W takiej sytuacji nic dziwnego, że do referendum nikt nie ma już głowy, więc wszystko wskazuje na to, że frekwencja nie będzie wysoka, w związku z czym nie będzie ono miało żadnych konsekwencji. Możliwe, że również referendum zarządzone przez pana prezydenta Dudę na 25 października nie uzyska zgody Senatu, w którym przeciwnicy tego pomysłu stanowią większość, więc 4 września, podczas głosowania, pomysł ostatecznie pogrzebią. W takiej sytuacji uwagę skupiają listy partyjne, no i oczywiście – stłumione odgłosy walk o prawdziwą władzę.

Bo po przyjęciu przez Stany Zjednoczone złożonej 18 czerwca br. przez ubowców oferty pomocy w utrzymywaniu w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego w zamian za zgodę na dalsze na nim pasożytowanie, między bezpieczniackimi watahy rozgorzała walka o to, która z nich będzie objęta tymi gwarancjami, a która nie. Oczywiście walka o dostęp do żerowiska toczy się pod dywanem, ale po częściowo już widocznych rezultatach tej kotłowaniny, tego i owego można się domyślić. Rzecz w tym, że USA, które powróciły do aktywnej polityki w Europie Wschodniej, znowu potrzebują dywersantów w tym rejonie, a skoro tak, to muszą w krajach objętych swoim zainteresowaniem zainstalować tak zwanych „naszych sukinsynów”, zamiast sukinsynów jakichś takich nie naszych. Toteż wszyscy prześcigają się w umizgach w nadziei, że te umizgi zostaną zauważone gdzie trzeba i umizgujący się powiększą grono „naszych sukinsynów” ze wszystkimi tego następstwami.

Chodzi bowiem o to, że USA politykują w Polsce przy pomocy agentury, w rodzaju starych kiejkutów, które za napiwek 15 mln dolarów zrobią wszystko, co im się każe. Ale umizgi, to jedna strona medalu, podczas gdy drugą stronę stanowi tak zwane wzajemne się podsrywanie. Na przykład żydowska gazeta dla Polaków podała rewelację, że podsłuchy w willi premiera Tuska, w ramach których nagrano około 700 godzin, zostały założone przy udziale byłych, a może nawet aktualnych funkcjonariuszy ABW. Z kolei pan Dubieniecki, adwokat-małżonek, został zatrzymany przez CBA pod zarzutem kierowania związkiem przestępczym, co prawda nie o charakterze zbrojnym, ale mimo to sprawa sprawia wrażenie rozwojowej tym bardziej, że pilotuje ją znany z żarliwego obiektywizmu po stronie Platformy Obywatelskiej redaktor Tomasz Lis z polskiego wydania amerykańskiego tygodnika „Newsweek”. Drąży on sprawę ułaskawienia przez prezydenta Kaczyńskiego wspólnika adwokata-małżonka, a przecież w zawieszeniu pozostaje pytanie, czy adwokat-małżonek wszystko zjadał sam, czy jednak wielkodusznie się dzielił.

Widzimy, że tam, gdzie walka toczy się o prawdziwą władzę, konstytucyjna zasada, że „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”, bywa okresowo zawieszana, chociaż przeważnie wszystko kończy się wesołym oberkiem, z wyjątkiem sytuacji, gdzie wkracza seryjny samobójca. A przecież na tym nie koniec, bo kiedy CBA zaczęło gmerać koło posła PSL Jana Burego, natrafiając na podkarpacką „pajeczynę” w której dotychczas ugrzęzło 40 osób „z zarzutami”, to zaraz się okazało, że i pan prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, bo według CBA „załatwiał fuchy” politykom koalicji, ale według innych – miał „kwity” na różne łajdactwa CBA, a pana Wojtunika w szczególności. Warto przypomnieć w tej sytuacji opinię NIK, według której w Polsce „nikt” nie kontroluje bezpieczniackich watah. Najwyraźniej te podejrzenia w całej rozciągłości dzisiaj się potwierdzają, co z kolei stanowi poszlakę wskazującą, że walka bezpieczniackich watah o względy naszych amerykańskich protektorów wchodzi w decydującą fazę.

Wszystko wskazuje na to, że o ile pozostałe watahy jeszcze przepychają się w śmiertelnym zwarciu, RAZWIEDUPR wszystko ma już poza sobą. Wskazywałoby na to kolejne powtórzenie na antenie stacji telewizyjnej TVN, którą podejrzewam o bycie telewizyjną ekspozyturą RAZWIEDUPR-a, lizusowskiego felietonu poświęconego zakończeniu misji dyplomatycznej przez ambasadora USA w Warszawie Stefana Mulla. Wymowa tej serii powtórzeń nie pozostawia wątpliwości: „przy tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”. Toteż nikogo nie zaskoczyło, że nad „pociągiem-widmem”, który w postaci wyładowanej złotem pojawić się miał gdzie w mrokach podziemia w okolicach Wałbrzycha, nadzór przejęło wojsko, chociaż pretensje do ładunku zgłosił już Światowy Kongres Żydów z jednej, a Rosjanie z drugiej strony. W tej sytuacji jest niemal pewne, że tego pociągu nikt już nie znajdzie, a jedynym śladem, jaki po nim pozostanie, będzie pewna liczba nowych starych rodzin, podobnych do tych, jakie pojawiły się po aferze FOZZ, w której RAZWIEDUPR ukradł 1660 mln dolarów.

© Stanisław Michalkiewicz
6 września 2015
Artykuł napisany dla tygodnika „Goniec”
www.michalkiewicz.pl ☞ WSPOMÓŻ AUTORA






Notatka: podkreślenia i ilustracje pochodzą od redakcji.
Fotografia 1: Adrian Grycuk
Fotografia 2: autor nieznany

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2