WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, A TAKŻE KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Dekompozycja. Ani grosza więcej!

Dekompozycja


        „Po co nam to było, po co nam to było, jeszcze nic się nie zaczęło, a już się skończyło” - śpiewała za komuny Joanna Rawik. Najwyraźniej autora tej piosenki musiały wspierać jakieś proroctwa, bo chociaż opowiada ona o jakiejś romansowej historii, to przecież wiadomo, że proroctwa nie muszą być precyzyjne i zdolny interpretator może z nich wyprowadzić wszystko, jako tak zwaną „prefigurację”, w dawnej Polsce zwaną „figurą”. Słowo o tym znaczeniu przetrwało w najstarszej polskiej kolędzie: „Anioł pasterzom mówił”, gdzie się w pewnym momencie śpiewa: „już się ono spełniło, co pod figurą było” - więc i piosenkę Joanny Rawik, chociaż traktującą o jakiejś romansowej historii, można odnieść do sytuacji politycznej i to w dodatku – aktualnej.
Jak wiadomo, rok rządów Prawa i Sprawiedliwości można określić jako próbę rekonstrukcji historycznej przedwojennej sanacji, która przechodziła ewolucję – od instalacji do tak zwanej „dekompozycji”, do jakiej w szeregach sanacyjnych doszło po śmierci Józefa Piłsudskiego. „Jeżeli okres żywego Piłsudskiego był daleki od ideału – pisze Michał Kryspin Pawlikowski w książce „Wojna i sezon” - to Piłsudczyzna bez Piłsudskiego była tragikomedią tym tragiczniejszą, że większość Polaków nie zdawała sobie sprawy z idiotycznej impasu, w który Polskę wpędzili trzymający się kurczowo posad i posadek piłsudczycy.” Wprawdzie prezes Jarosław Kaczyński nie tylko żyje, ale w dodatku jest pełen wigoru i planów na przyszłość – jednak w obozie sanacyjnym dają się zauważyć objawy „dekompozycji”, co pokazuje, że czasami bieg wypadków zaczyna przyspieszać. Tłumaczę to sobie rosnącym zatroskaniem zaplecza politycznego PiS o zapewnienie sobie zawczasu dobrej podstawy wyjściowej do zbliżających się wyborów samorządowych, w następstwie których do obsadzenia znajdą się nie tylko tysiące, a nawet – setki tysięcy synekur i synekurek w sektorze publicznym. To pragnienie widoczne jest choćby w postaci intencji skrócenia kadencji samorządów tak, by wybory nie odbyły się w roku 2018 – jak stanowią przepisy – tylko wcześniej, jeszcze w roku bieżącym, zanim objawią się w straszliwej postaci przynajmniej niektóre następstwa programów rozdawniczych, stanowiących przedmiot dumy rządu i pochwalnych hymnów w rządowych mediach, zwłaszcza – w rządowej telewizji. Ale nie tylko o to chodzi, a nawet – nie przede wszystkim o to. Ulokowanie zaplecza politycznego partii na samorządowych synekurach stanowi najważniejszy etap budowania aparatu wyborczego na wybory parlamentarne i prezydenckie. Warto zatem przypomnieć, że w roku 2019 odbędą się wybory parlamentarne oraz – do Parlamentu Europejskiego, a w rok później – prezydenckie. O ile zatem sprawy nie rozstrzygną się wcześniej w innych kategoriach, to znaczy – w postaci kolejnej kombinacji operacyjnej, której celem będzie doprowadzenie do przesilenia politycznego w naszym nieszczęśliwym kraju i powrotu na pozycję lidera politycznej sceny ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, być może nawet w atmosferze jakiegoś odpowiednika stanu wojennego – bo skoro w naszej niezwyciężonej armii zapanował nastrój niecierpliwego wyczekiwania, to wszystko jest możliwe – zatem, o ile sprawy nie rozstrzygną się wcześniej w innych kategoriach, to od odpowiedniego obsadzenia synekur w samorządach będzie bardzo wiele zależało.

        Nie chodzi zresztą tylko o synekury samorządowe i walkę o nie między partiami. Chodzi także o synekury w państwowym sektorze publicznym i o walkę w ramach tej samej partii – który polityk, a także – czyja „spółdzielnia” będzie miała większe udziały w zdobycznym torcie, a co za tym idzie – więcej do gadania nawet w obliczu pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo wprawdzie prezes Kaczyński jest niekwestionowanym w środowisku PiS Naczelnikiem Państwa, ale przecież – podobnie jak ów ewangeliczny setnik – on też jest „człowiekiem pod władzą postawionym”, a konkretnie – jest zakładnikiem zaplecza politycznego partii na czele której stoi. Musi zapewnić mu alimenty, bo jak nie – to w tej samej chwili zdradzą go, puszczą w trąbę, a kto wie – może nawet zapłoną doń nieprzejednaną wrogością, jak dawni jego faworyci w osobie pana Kazimierza Marcinkiewicza, obecnie przeżywającego zgryzoty od pani Izabeli, czy też intensywnie odchudzający się pan Michał Kamiński, a nawet – Kazimierz Michał Ujazdowski, który chyba dopiero zaczyna kąsać rękę swego dobroczyńcy. To oczywiście determinuje politykę PiS, które MUSI wybierać rozwiązania pociągające za sobą rozbudowę „państwa”, czyli aparatu biurokratycznego i politykę wysokiego budżetu – bo jakże inaczej zapewnić tylu zwolennikom możliwość umoczenia gąb w melasie? Dlatego właśnie wątpię, czy przy utrzymaniu w naszym nieszczęśliwym kraju procedur demokratycznych, uda się odblokować narodowy potencjał gospodarczy, skutecznie zablokowany przez kapitalizm kompradorski, postępującą biurokratyzację państwa i niemiecki projekt „Mitteleuropa” w roku 1915. U progu sławnej transformacji ustrojowej, kiedy światło nie było jeszcze oddzielone wyraźnie od ciemności, lubujący się w paradoksach Stefan Kisielewski radził, by „wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm”. Jeśli jednak stare kiejkuty nie zrobiły tego wtedy, tylko postawiły na umacnianie okupacji kraju, to nie pozwolą na to i teraz tym bardziej, że nie bardzo mieliby komu pozwolić.

        W rezultacie mamy objawy „dekompozycji” obozu sanacyjnego, co widać choćby na przykładzie bólów porodowych kolejnej „reformy” ochrony zdrowia, firmowanej przez pana ministra Konstantego Radziwiłła. Jej też przyświeca stara dewiza, wykoncypowana jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych przez charyzmatycznego premiera Buzka – że mianowicie pieniądze mają „iść za pacjentem” - no i „idą”, ale w takiej odległości, że wszelki, nie tylko wzrokowy kontakt między nimi a pacjentami już dawno został zerwany. Pieniędzmi odebranymi obywatelom pod pretekstem, że „państwo” czyli urzędnicy będą w razie czego ich leczyli, dzielą się bowiem najpierw uczestnicy zaplecza rządzącego akurat politycznego gangu, a na leczenie pacjentów (a bodaj ich mór wydusił!) przeznacza się okruszki, jakie spadną ze stołu pańskiego. Dlatego każda ekipa „reformuje”; charyzmatyczny premier Buzek wprowadził kasy chorych, Leszek Miller je rozpędził i na ich miejsce założył Narodowy Fundusz Zdrowia, no a teraz minister Radziwiłł zamierza rozpędzić Narodowy Fundusz, a rozdzielanie łupów – no i ma się rozumieć „leczenie pacjentów” powierzyć specjalnie stworzonej strukturze biurokratycznej przy wojewodach. Widocznie jednak jeszcze nie utarł się kompromis, kto na łupach położy rękę i ile nią pod siebie zagarnie, bo wspaniały plan jakoś nie może przebić się ku powierzchni, niczym fotony ze słonecznego jądra, które ponoć potrzebują na to ponad 20 tysięcy lat! „Dekompozycja” objęła też Radę Mediów Narodowych, co ujawniło się nie tylko w postaci wyboru nowego prezesa Polskiego Radia, którym została pani Barbara Stanisławczyk, ale również – w niespodziewanej – bo dokonanej już następnego dnia po wyborze - rezygnacji pani Stanisławczyk z funkcji, o którą tak energicznie wcześniej się ubiegała. Decyzją pani Stanisławczyk poczuł się „nieprzyjemnie zaskoczony” prezes Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, co pokazuje, że „dekompozycja” w obozie sanacyjnym zatacza coraz szersze kręgi. Czy nasilające się i coraz bardziej widoczne jej objawy mają jakiś związek z przygotowywaniem – tym razem chyba solidniejszym niż w grudniu ubiegłego roku – kombinacji operacyjnej, skierowanej na przeprowadzenie przesilenia politycznego w naszym nieszczęśliwym kraju i aktywizacją agentury – o tym przekonamy się chyba już niedługo.

Ani grosza więcej!


        Nie chodzę do teatrów, bo w ogóle - podobnie jak Lew Tołstoj - staram się nie bywać w obcych domach. Kiedy wydał on broszurę obrażającą cesarza Mikołaja II, wysłano doń urzędnika policyjnego, który poprosił go o złożenie wyjaśnień gubernatorowi. - Powiedzcie księciu – odrzekł Tołstoj – że nie bywam w obcych domach. Urzędnik zaniósł tę odpowiedź gubernatorowi i na tym sprawa się zakończyła. Więc i ja staram się nie bywać w obcych domach, a zwłaszcza – w domach publicznych - zaś ostatnio teatry szalenie upodobniły się do klubów go-go. Na rozmaite propozycje można natknąć się nawet daleko przed wejściem do takich klubów; panienki, które na tę okoliczność nie ubierają się na czarno, jak do protestów w obronie demokracji, tylko w kolory raczej wesołe, polują już na przedpolach na – jakby to określił Stanisław Grzesiuk - „miłości głodnych płeciów”, oferując im rozmaite atrakcje „dla dorosłych” - całkiem tak samo, jak Teatr Powszechny w Warszawie, gdzie jakiś chorwacki, czy może bośniacki filut, nazywany przez warszawskich filutów „prowokatorem”, wyreżyserował po swojemu „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. Oczywiście przy wszystkich podobieństwach Teatru Powszechnego w Warszawie do klubu go-go są i różnice. Przede wszystkim taka, że taki jeden z drugim klub go-go niczego nie udaje. Przeciwnie – swój burdelowy charakter podkreśla nawet z ostentacją, podczas gdy Teatr Powszechny w Warszawie, kierując się hipokryzją (hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie – powiada Franciszek ks. de La Rochefoucauld), takiej ostentacji raczej unika, maskując prawdziwy charakter swojej działalności rozmaitymi opowieściami o „świątyni trudów artystycznych”, „wysokiej kulturze”, czy „misji” - ale tak naprawdę chodzi o to, żeby wypić i zakąsić najtańszym kosztem, to znaczy – pokazując widzom na scenie jeśli nie książkę telefoniczną – w przypadku spektakli ambitnych - to gołe dupy aktoreczek, albo nawet kopulacje. Do tych czynności dopisuje się oczywiście jakieś „libretta” i nawet sprowadza reżyserów z zagranicy, którzy aktorom zaangażowanym do – dajmy na to – kopulacji, podpowiadają: „wyżej!, niżej!, teraz!” - bo – jak mówi przysłowie – łatwiej trafić w totolotka, niźli w toto u podlotka, więc bez reżysera, a przynajmniej – bez suflera obejść się w teatrze nie można. Ale dopóki nie ma ustawy nakazującej bywanie w takich miejscach, to szanujący się ludzie coraz częściej teatrów unikają, zaś ci, co do teatrów chodzą, najwyraźniej muszą myśleć, że to, co im tam opowiadają o „misji” i tak dalej – że to wszystko naprawdę i nawet jak im się jakaś pornografia nie podoba, to zachowują się w swoim mniemaniu prawidłowo, to znaczy – klaszczą na komendę, niczym w programach u znanego z żarliwego obiektywizmu pana redaktora Tomasza Lisa. W tej sytuacji wszelkie prowokacje mają charakter jednostronny, to znaczy – prowokatorzy prowokują i prowokują, ale publiczność wcale nie wie, że to prowokacja, myśli, że obcuje z „wysoką kulturą” i nawet ani przez chwilę nie przychodzi jej do głowy, że to zwyczajny Scheiss, a wynajęty przez dyrekcję filut po prostu kpi z niej w żywe oczy. Kiedyś takie prowokacje były niemożliwe, a w każdym razie – znacznie trudniejsze, bo publiczność była odważniejsza, nie kucała tchórzliwie przed bezczelnymi chałturnikami i rozwydrzonymi dziewuchami (dziewuchy, to nazwa własna), tylko dawała się prowokować. Michał K. Pawlikowski w książce „Wojna i sezon” wspomina, jak to na premierze jakieś futurystycznej sztuki w „Reducie”, która mieściła się w gmachu Teatru Wielkiego, jeszcze przed końcem pierwszego aktu ramoty, Bohdan Zalutyński, słynny litewski facecjonista, wstał i tubalnym głosem wykrzyknął: „Dość tego skandalu! Chodźmy na kolację! Nigdy by za czasów Skałona (Gieorgij Skałon, gubernator warszawski, na którego w 1906 roku dokonała zamachu Wanda Krahelska; jej bratanicą była Krystyna Krahelska, która posłużyła rzeźbiarce Ludwice Nitschowej za model Syreny na warszawskim pomniku) nie ośmielono się wystawić takiej bzdury na scenie cesarskiej! No ale cóż – wszystko dziś jest możliwe w tych nowych republikach – litewskiej, łotewskiej, cygańskiej...” Nawiasem mówiąc, ten Bohdan Zalutyński ustawił przed wjazdem do swego majątku w Złobowszczyźnie pasiaste budki strażnicze w której dyżurowali żydowscy wasale z pobliskiego miasteczka. Gdy Zalutyński nadjeżdżał, wartownicy ustawiali się w szeregu, a ten pozdrawiał ich okrzykiem: „Zdarowo Żydy!”, na co tamci odpowiadali: ”Zdrawia żełajem Waszemu Wysokorodiu!” Dzisiaj wszystko stanęło na głowie i potomstwo świętych rodzin skacze przed Żydami z gałęzi na gałąź, więc trudno od takich kundli oczekiwać, że poddadzą się prowokacji tylko dlatego, że nie podobał się im jakiś teatralny knot. Przeciwnie – potulna teatralna publiczność podobna jest do owego chłopa ze wspomnień Wańkowicza. Wracał był on z jarmarku w miasteczku i próbował zjeść kupione tam mydło. Widząc zapienionego chłopa przechodzący mimo Żyd wykrzyknął ze zgrozą: Hryćku, toż to miło! - na co Hryćko odparł: idi k’czortu Szlomka; miło, nie miło, a kupił, tak zjesz!

        Niezależnie jednak od tego, trzeba myśleć pozytywnie, to znaczy – zgodnie z zasadą, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I w tym przypadku tak właśnie jest. Teatr Powszechny w Warszawie dostał w ubiegłym roku 8 milionów złotych subwencji z publicznych pieniędzy i najwyraźniej łobuzerii musiało przewrócić się od tego w pustych głowach – o czym świadczy buńczuczne i pretensjonalne „oświadczenie”, zawierające nawet pogróżki. Pora zatem podjąć stanowczą decyzję o likwidacji WSZYSTKICH publicznych subwencji dla WSZYSTKICH teatrów i innych przedsiębiorstw przemysłu rozrywkowego. Państwo nie ma moralnego prawa zmuszać podatników, na przykład – dróżnika spod Mławy – do składania się na rozrywki warszawskich snobów (snob to skrót dwóch łacińskich słów: sine nobilitate, czyli – bez szlachetności). Wymuszanie takiego składania się nosi wszelkie znamiona kradzieży zuchwałej, to znaczy – dokonywanej przy pomocy specjalnie w tym celu spreparowanych pozorów legalności - bez względu na to, jakimi pretekstami bywa osłaniane: „misją”, „wysoką kulturą”, czy „sztuką”. Pomijając już to, że zdjęcie majtek nawet na scenie, to żadna sztuka, państwo ma obowiązek chronić obywateli przed wszelkimi formami kradzieży, a zwłaszcza – formami zuchwałymi, więc jeśli państwowi dygnitarze, podlizując się chałturnikom w nadziei zyskania popularności i uzbierania głosów wyborczych od tego obowiązku tchórzliwie się uchylają, to stają się w ten sposób wspólnikami kradzieży i to w dodatku takimi, których beneficjenci złodziejstwa sobie wynajmują za ekspektatywę przedłużenia dygnitarstwa. To nawet jeszcze większe łajdactwo, niż sama kradzież, z czego najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę, więc dedykuję ten felieton panu wicepremierowi i ministrowi kultury oraz dziedzictwa narodowego Piotrowi Glińskiemu, żeby się opamiętał, póki jeszcze czas.


© Stanisław Michalkiewicz
1-3 marca 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © brak informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz