WIADOMOŚCI NIE OBESRANE = żadnych GW, TVN i im podobnej sraczki medialnej

OSTRZEŻENIE: NINIEJSZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, OBYWATELOM UB, KOMUNISTOM, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACTWU I INNYM DEWIANTOM I ZBOCZEŃCOM SEKSUALNYM.

Ucieczka od wolności. Arystokraci się pieniaczą

Ucieczka od wolności


        Niepodobna przesadzić w odmawianiu ważności jednostkom – pisała pewna amerykańska dziennikarka do Marii Curie-Skłodowskiej – mimo to ja od lat ubiegam się o rozmowę właśnie z panią. Rzeczywiście – niepodobna przesadzić w odmawianiu ważności jednostkom i proletariacki poeta Włodzimierz Majakowski dał wyraz temu przekonaniu w słynnym wierszu, gdzie czytamy, że „jednostka zerem, jednostka bzdurą” - ale co z tego, kiedy życie tak boleśnie z niego zadrwiło, że sam padł ofiarą szaleństwa, które później zostało obłudnie nazwane „kultem jednostki”? Obłudnie – bo właśnie wtedy żadna jednostka nie liczyła się wcale – oczywiście poza Józefem Stalinem. Ale Stalin rzeczywiście wycisnął piętno swojej osobowości na całej epoce, podobnie zresztą jak inny wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler.
Niby jeden i drugi został potępiony, chociaż Stalin nie tak absolutnie, jak Hitler, bo wprawdzie też się rozdokazywał, nawet w stopniu większym od Hitlera, ale zasadniczo „dobrze chciał” - a przynajmniej tak do dzisiejszego dnia twierdzą nawet tacy ludzie, którzy wyznawcami Stalina nie byli, ale hołdowali nieubłaganemu postępowi. Tymczasem Hitler został potępiony, jako wcielenie zła absolutnego, chociaż trudno zgadnąć, dlaczego właściwie mordowanie arystokratów, ziemian, kupców, przemysłowców, księży, czy chłopów, a więc przedstawicieli klas społecznych uznanych za „niewłaściwe”, ma stać moralnie wyżej od mordowania Żydów, czy innych przedstawicieli niewłaściwych ras. Jak dotąd jedynym uzasadnieniem tej różnicy jest zbrodnicza marksistowska brednia, przez jakieś tragiczne nieporozumienie uznana za „naukę”. Pamiętam, jakie było moje przerażenie, kiedy kilka lat temu w Paryżu siedziałem w towarzystwie kilku docentów – jak się okazało – marksistów. Już myślałem, że szczęśliwie nie zobaczę już nigdy w życiu żadnego żywego marksisty, a tymczasem w jednej tylko restauracji siedziałem obok czterech – w dodatku pełnych wigoru i planów na przyszłość. Przerażenie moje brało się stąd, że skoro marksiści nie tylko są żywi, ale pełni wigoru i planów na przyszłość, to czeka nas jeszcze mnóstwo paroksyzmów, których nie wszystkim uda się przeżyć.

        Czesław Miłosz w wierszu przedstawiającym koniec świata podkreśla, że koniec świata rozpocznie się w sposób dla nikogo niedostrzegalny – no a potem już będzie za późno – chociaż z drugiej strony w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, jak można by zapobiec końcowi świata, gdyby nawet ktoś spostrzegł się w porę. Ale jeśli nawet końcowi świata, albo też innym, mniejszego kalibru paroksyzmom, nie można zapobiec, to warto się wysilić, by przynajmniej zauważyć symptomy. Skoro bowiem tak czy owak trzeba będzie zginąć, to niech przynajmniej się dowiemy, co takiego nas zabiło i dlaczego. Ciekawe, że nawet wyznający determinizm dziejowy PPR-owcy też dawali wyraz pragnieniu, żeby takie rzeczy jednak wiedzieć, bo czyż w przeciwnym razie swoją deklarację ideową zatytułowaliby: „O co walczymy, za co zginiemy”?

        Gdybyśmy zatem postawili sobie pytanie, kiedy w naszym nieszczęśliwym kraju właściwie zaczęła się ucieczka od wolności, to bylibyśmy w niemałym kłopocie z uchwyceniem punktu zwrotnego. Nie o precyzję jednak chodzi, ale przede wszystkim o to, by zdać sobie sprawę, że ucieczka od wolności w jakimś momencie się rozpoczęła, a co gorsza – że musi być kontynuowana nawet w sytuacji, gdyby zewnętrzne znamiona władzy uchwycili politycy szczerze idei wolności oddani. Nie chodzi bowiem nawet o to, że Prawo i Sprawiedliwość, dzięki poparciu amerykańskiemu oraz uruchomieniu programów rozdawniczych może wygrać następne wybory przynajmniej w stopniu umożliwiającym samodzielne ustanowienie rządu, tylko przede wszystkim o to, że uruchamiając wspomniane programy rozdawnicze, PiS wprowadził nasz naród i nasze państwo na jednokierunkową ulicę, którą można zmierzać już tylko ku swemu przeznaczeniu. Rzecz w tym, że w rozumieniu prawa, program rozdawniczy w rodzaju „rodzina 500 plus”, wyposaża swoich beneficjentów w tak zwane „prawa nabyte”. Wprawdzie ustawa dezubekizacyjna pokazuje, że kiedy trzeba, a ściślej – kiedy można takie posunięcie zaprezentować jako realizację sprawiedliwości dziejowej, to prawodawcy specjalnie się nie krępują prawami nabytymi, ale w przypadku wspomnianego programu rozdawniczego sytuacja jest inna. Po pierwsze – krąg osób uprawnionych jest na tyle szeroki, że mało kto ośmieliłby się zamachnąć na ten przywilej, a po drugie – gdyby nawet taki desperat się znalazł, to niezawisłe sądy natychmiast podważyłyby legalność takiego zamachu i musiałby wycofać się z podwiniętym ogonem. Oznacza to, że nawet taki desperado musiałby realizować program, który nie tylko uważa za sprzeczny z ideą wolności, ale w dodatku – za zabójczy dla państwa, zwłaszcza na dłuższą metę.

        Program ten jest sprzeczny z ideą wolności, bo w sposób trwały uzależnia obywateli od państwa, w dodatku zmuszając ich do popierania programu zwiększania dochodów budżetowych – ponieważ realizacja tego programu wymaga utrzymania wysokiego, a nawet - rosnącego budżetu, gdyż w kolejce czekają następne programy w rodzaju „mieszkanie plus”, a przecież i to nie jest ostatnie słowo. Według zasady Murphy’ego, jeśli może stać się coś złego, to na pewno się stanie, a cóż dopiero w sytuacji, kiedy właśnie od tego, czy się stanie, zależy zwycięstwo wyborcze? Program ten jest sprzeczny i ideą wolności również z tego powodu, że realizowany jest za pieniądze pożyczone. Jak wiadomo, koszty programu „rodzina 500 plus” wynoszą ok. 24 mld złotych rocznie, a zaplanowany w ustawie budżetowej na rok 2017 deficyt wynosi prawie 60 mld złotych. Jasne jest więc, że zarówno pierwszy, jak i wszystkie następne programy rozdawnicze będą realizowane za pieniądze pożyczone, to znaczy – kosztem wydatnego powiększenia długu publicznego. Dług publiczny naszego nieszczęśliwego kraju powiększa się o prawie 500 mln zł na dobę, a to znaczy, że go nie spłacamy, tylko „obsługujemy”. Według oficjalnych informacji, koszty obsługi długu publicznego wyniosą w roku bieżącym ponad 30 miliardów złotych. Mamy wszelako do czynienia z fenomenem, że dług wprawdzie rośnie, ale koszty jego obsługi spadają, nawet do „rekordowo niskiego poziomu”. Ale nie takie fenomeny zdarzały się u nas w przeszłości, kiedy Edward Gierek zafundował społeczeństwu iluzję dobrobytu na kredyt – oczywiście dopóki wszystko się nie skawaliło. Zatem – jak tam z tymi kosztami obsługi jest naprawdę – to zostanie nam objawione w stosownym czasie. Tak czy owak, koszty te rozkładają się na obywateli i jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę oficjalną informację, to oznacza to, iż na jednego obywatela rzeczywiście mieszkającego w Polsce przypada ok 800 zł rocznie. Zatem 5-osobowa rodzina tylko na obsługę długu publicznego musi zapłacić 4000 zł, rocznie – a przecież są jeszcze inne koszty. Oznacza to, że rządy kupują poparcie polityczne za cenę wpychania obywateli w coraz głębszą niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Niewolniczą – bo istota niewolnictwa polega na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana. Pracować, czyli oddawać mu coraz większą część bogactwa, które swoją pracą wytwarza. Właśnie w taką zależność obywatele są wpychani przez własne, „wrażliwe społecznie” rządy.

        Przy utrzymaniu procedur demokratycznych odwrót z tej drogi będzie bardzo trudny, a być może nawet niemożliwy, zwłaszcza, że realizowaniu programów rozdawniczych nie towarzyszą nawet próby odblokowania narodowego potencjału gospodarczego, zablokowanego skutecznie przez kapitalizm kompradorski, postępującą biurokratyzację państwa i niemiecki projekt „Mitteleuropa” z roku 1915. Więc wprawdzie Karol Marks stworzył zbrodniczą brednię, ale niektóre spostrzeżenia miał trafne, między innymi to, że żeby wprowadzić socjalizm, wystarczy podtrzymywać demokrację. Bo ludzie wprawdzie pragną wolności, ale pragną też bezpieczeństwa, to znaczy sytuacji, w której ktoś zdejmie z nich ciężar ryzyka. Jeśli ktoś obieca im zdjęcie tego ciężaru, gotowi są uciec od wolności – i dlatego demokratyczne partie prześcigają się w obietnicach zwiększenia bezpieczeństwa. Oczywiście są to obietnice bałamutne, bo niewolnik lichwiarskiej międzynarodówki na żadne gwarancję bezpieczeństwa liczyć nie może, zwłaszcza w sytuacji, gdy lichwiarze będą potrzebowali pieniędzy, ale – jak zauważył Franciszek ks. de La Rochefoucauld – tylko dlatego Pan Bóg nie zsyła na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

Arystokraci się pieniaczą


        Wydawało się, że nic już nas nie zaskoczy w związku z naszymi Umiłowanymi Przywódcami, ale – próżne nadzieje! Pomysłowość ludzka w ogóle jest niewyczerpana, a jeśli chodzi o Umiłowanych Przywódców – bije ona wszelkie rekordy. Człowiek przewidujący przewidzi sto możliwości, a tymczasem taki jeden z drugim Umiłowany Przywódca wybierze sto pierwszą możliwość, która normalnemu człowiekowi nigdy-przenigdy nie przyszłaby nawet do głowy. Dlatego właśnie mówi się, że niczyje życie, zdrowie, ani mienie nie jest bezpieczne, gdy trwa sesja Sejmu.

        Okazuje się, że nie tylko wtedy. Również w przerwach między posiedzeniami, zwłaszcza gdy w miarę postępów socjalizmu zaostrza się walka klasowa – a polityczna oczywiście też. Przewidział to już dawno wybitny klasyk demokracji Józef Stalin, a ponieważ za sprawą rządu, a zwłaszcza – wicepremiera Mateusza Morawieckiego - socjalizm u nas postępuje milowymi krokami, to nic dziwnego, że i walka klasowa oraz polityczna się zaostrza. Do tego stopnia, że 16 grudnia ubiegłego roku przeprowadzona została nawet kombinacja operacyjna, mająca na celu dokonanie przesilenia politycznego, w następstwie którego Nasza Złota Pani zainstalowałaby w charakterze lidera sceny politycznej w naszym bantustanie polityczną ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego, które pozycję tę utraciło w związku z powrotem naszego nieszczęśliwego kraju pod kuratelę amerykańską. Jak wiadomo, kombinacja operacyjna spaliła na panewce, również za sprawą notorycznego bęcwalstwa osobistości zaangażowanych w jej przeprowadzenie, za co - jak przypuszczam – zostały one obsztorcowane przez Naszą Złotą Panią, podczas odprawy, jaka 7 lutego odbyła się w Ambasadzie Republiki Federalnej Niemiec. Okazuje się jednak, że sprawa ma swój dalszy ciąg, rodzaj pokłosia, w postaci spraw sądowych. Oto do prokuratury wpłynęły doniesienia o przestępstwach, złożone przez Wielce Czcigodnych posłów: wojewodzica bydgoskiego Pawła Olszewskiego i Marka Suskiego. Chodziło o to, że obydwaj Wielce Czcigodni posłowie wpadli na siebie nawzajem podczas przepychanki, którą ubeckie stacje telewizyjne określiły mianem „walki o wolność mediów w Sejmie”. Trudno ustalić, kto pierwszy na kogo wpadł, bo właśnie prokuratura prowadzi w tej sprawie energiczne śledztwo; wojewodzic bydgoski, Wielce Czcigodny Paweł Olszewski twierdzi, że kiedy grono opozycyjnych posłów wznosiło chóralne okrzyki: „wolne media”, Wielce Czcigodny Marek Suski „wylądował” właśnie na nim – ale bez intencji seksualnego wykorzystania tej sytuacji - podczas gdy Wielce Czcigodny Marek Suski utrzymuje, że to poseł-wojewodzic najpierw go popchnął, a potem przewrócił – chociaż też bez intencji seksualnego wykorzystania tej sytuacji. Jak tam było, tak tam było – zawsze jakoś było, bo – jak twierdził dobry wojak Szwejk – jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Nie ma jednak potrzeby wyręczania prokuratury; niech nadal prowadzi energiczne śledztwo, a potem przekaże sprawę niezawisłemu sądowi, który – rozumiejąc powinność swej służby – sprokuruje piękne wyroki. Ile pieniędzy będzie kosztowało podatników wyjaśnienie tego incydentu i zadośćuczynienie sprawiedliwości – to sprawa osobna – ale właśnie dlatego system podatkowy jest akurat „uszczelniany”, żeby uzyskane w ten sposób dodatkowe środki skierować na sprawy naprawdę ważne. A cóż może być ważniejsze, niż zadośćuczynienie sprawiedliwości?

        Wprawdzie czasu cofnąć się już nie da, ale co nam szkodzi puścić wodze fantazji i pomarzyć, że oto wracamy do czasów nie bez powodu zwanych „belle epoque”, kiedy to na osobach pretendujących do przynależności do lepszego towarzystwa, ciążyły pewne obowiązki. Teraz takie osoby żadnych obowiązków już nie mają, co więcej – nawet zabezpieczyły się ustawowo przed ponownych ich na nie nałożeniem. Mam oczywiście na myśli penalizację pojedynków. Jeśli ktoś z towarzystwa poczuł się obrażony, to posyłał do obrażającego sekundantów, którzy w jego imieniu wyzywali go na pojedynek. Każda próba wymigania się od pojedynku skutkowała utratą honoru, więc nikt, kto miał odrobinę szacunku dla siebie, nawet nie myślał, by się od obowiązku dania satysfakcji uchylić i to nawet w sytuacji, gdy wyzywający ewidentnie nie miał racji. Adam Grzymała-Siedlecki wspomina o wypadku, gdy w jednym z pensjonatów w Krynicy jakieś towarzystwo grało w karty, czemu przyglądali się przygodni kibice. W pewnej chwili jeden z widzów zauważył, że jeden z grających oszukuje. Podszedł do niego i powiedział: vous trichez, Monsieur – co się wykłada – pan oszukuje, mój panie! Zaczepiony odłożył karty i powiedział: nie wiem, w jakim celu informuje mnie pan o czymś, o czym przecież nie mogę nie wiedzieć - po czym wyzwał go na pojedynek i w tym pojedynku zabił. Temu zabitemu ani przez chwilę nie przyszło do głowy, że może odmówić satysfakcji nawet szulerowi, więc można powiedzieć, że zginął za swoje przekonania. Warto dodać, że w tej epoce ludzie, przynajmniej należący do tzw. „wyższej sfery” byli dla siebie bardzo uprzejmi, bo nigdy nie było wiadomo, czym może skończyć się nawet najdrobniejsza nieuprzejmość.

        Teraz, jak wspomniałem, Umiłowani Przywódcy nie tylko przestali się pojedynkować, ale w dodatku zabezpieczyli się ustawowo przed ponownym nałożeniem na nich takiego obowiązku w przypadku obrazy. W rezultacie rozwinęło się pieniactwo, podobnie jak w czasach saskich, kiedy według współczesnych, pojedynki zanikają, zastępowane przez burdy – wypisz, wymaluj podobne do tej, w której uczestniczyli obydwaj Wielce Czcigodni. Toteż wielkim wydarzeniem był pojedynek wojewody lubelskiego Adama Tarły z Kazimierzem Poniatowskim, bratem późniejszego króla Stanisława Augusta. W 1743 roku, na balu u marszałka Bielińskiego, wojewodzie Tarle wpadła w oko Anusia Lubomirska, z którą zatańczył pierwszy taniec, a do drugiego poprosił Izabelę Poniatowską. Ta, na polecenie matki, odmówiła, głośno sugerując, by Tarło i drugi taniec zatańczył z Anusią. Porywczy wojewoda wykrzyknął wtedy: kto z jejmość panną wojewodzianką mazowiecką pójdzie w taniec, będę go miał za szelmę! Wówczas Konstancja Poniatowska natychmiast kazała swemu synowi Kazimierzowi zatańczyć z siostrą, a wtedy Tarło krzyknął doń: jesteś szelma! Obydwaj porwali się do szpad (bo byli po francusku), ale wstrzymał ich swoim strasznym wzrokiem marszałek Bieliński. Pojedynek tedy odbył się później pod Piasecznem i po pistoletach przyszło do szabel. Kazimierz widząc szablę Tarły nad swoją głową krzyknął: kocham pana wojewodę! - na co Tarło schował szablę i wkrótce rozpoczęła się pijatyka. Kiedy jednak Kazimierz wrócił do matki, ta dowiedziawszy się o przebiegu pojedynku, uderzyła go w twarz i kazała wyzwać Tarłę. Do ponownego pojedynku doszło dopiero w marcu 1744 roku; w obecności „całej Warszawy” na Marymoncie Kazimierz zabił Tarłę, który zdążył tylko krzyknąć: Oh, mon Dieu! Ach, gdyby tak odżyły dawne obyczaje, to i „cała Warszawa” miałaby za swoje udręki jakąś rozrywkę i w Sejmie pojawiłyby się wakaty – ale co tam marzyć o tym!


© Stanisław Michalkiewicz
24-25 lutego 2017
www.michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © Walt Disney Co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz