WIADOMOŚCI BEZ ZAPRZAŃSTWA: (żadnych antypolskich ścierw GW, TVN, ...)

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

W Muzeum Szpiegów

Dokąd pójść w Waszyngtonie? Można oczywiście skierować się do Muzeum Holokaustu, ale – po pierwsze – już byłem, a po drugie – taka wizyta nikomu nie wychodzi na zdrowie, o czym przekonał się szef FBI, który niemal natychmiast po opuszczeniu tego Muzeum zaczął opowiadać jakieś smalone duby. Czyżby unosiły się tam jakieś niewidzialne miazmaty, atakujące nawet najzacniejsze głowy? Tego, ma się rozumieć, wykluczyć nie można, toteż Muzeum Holokaustu stanowczo odpada. Ale nie jest to przecież jedyny interesujący obiekt w Waszyngtonie, a poza tym starożytni Rzymianie w takiej sytuacji radzili rozejrzeć się wokoło. Rozglądając się tedy wokoło natrafiamy na ulicę F numer 800, gdzie znajduje się Międzynarodowe Muzeum Szpiegów!
Czyż może być coś lepszego dla wyznawcy teorii spiskowej?
Nic lepszego być, rzecz prosta, nie może, toteż po załatwieniu drobnych formalności można zanurzyć się i pławić do woli w szpiegowskiej atmosferze. Wprowadza w nią atletyczny Murzyn informując, że Waszyngton jest najbardziej zaszpiegowanym miastem na świecie, do tego stopnia, że co drugi mieszkaniec, to szpieg. Ładny interes! Akurat jest nas dwóch, to znaczy – pan Jacek i ja, więc zaczynamy spoglądać na siebie podejrzliwie – który to z nas? Po chwili jednak przypominam sobie, że ja w Waszyngtonie jestem tylko przejazdem, więc i pan Jacek pozostaje w związku z tym poza wszelkim podejrzeniem.

Uspokojeni koncentrujemy się tedy na ekspozycji, gdzie prezentowane są między innymi najnowsze osiągnięcia techniki szpiegowskiej sprzed 40, a nawet 30 lat. Czegóż tam nie ma! Miniaturowe aparaty fotograficzne, które w latach 70-tych SB-cy ukrywali w tak zwanych „pederastkach”, w jakie ludowa ojczyzna ich ekwipowała, by jakoś rozpoznawali się w tłumie obywateli. Kto wie, czy obecna ofensywa sodomitów w naszym nieszczęśliwym kraju nie tkwi korzeniami w tamtych czasach i w tamtej przyczynie? Starożytni Rzymianie powiadali, że consuetudo est altera natura, toteż przyzwyczajenie do noszenia pederastek mogło doprowadzić młodych ubowniczków również do zmiany seksualnych upodobań, a ponieważ w naszym nieszczęśliwym kraju mamy do czynienia z dziedziczeniem pozycji społecznej, w ramach której dzieci piosenkarzy zostają piosenkarzami, dzieci aktorów – aktorami, dzieci celebrytów – celebrytami, dzieci konfidentów – konfidentami, a dzieci sodomitów – sodomitami, to wszystko staje się bardziej zrozumiałe.

Ta ostatnia okoliczność rzuca bowiem pewne światło na presję w kierunku objęcia publicznym finansowaniem zapładniania w szklance. Sodomici, jak wiadomo, wskutek coitusowania contra naturam dzieci mieć nie mogą, chyba, że właśnie w szklance. Nie jest zatem wykluczone, że zmobilizowali swoją agenturę zarówno w mediach, przemyśle rozrywkowym, jak i w Salonie, gdzie dama, która zapładniałaby się w tradycyjny sposób, nie ma co pokazywać się na oczy. To wyjaśnienie nie tłumaczy niestety przyczyn zaangażowania w propagowanie zapładniania w szklance ze strony żydowskiej gazety dla Polaków. Snop światła na tę kwestię rzuca fałszywa pogłoska, według której Żydzi, forsując tę metodę zapładniania, próbują kukułczą metodą rozpowszechnić własne geny wśród głupich gojów, niekoniecznie nawet gejów. Kto tam wie, kto w ogóle może zagwarantować, że plemnik pochodzi akurat od Rodryga Podkowy z pierwszej wyprawy krzyżowej, a nie od jakiegoś jurnego handełesa? Takie rzeczy okazują się dopiero po urodzeniu, kiedy noworodek charakteryzuje się melancholijnym wejrzeniem ciemnych oczu, a gdy już zacznie mówić, wita swoich opiekunów charakterystycznym: „nu?” Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale w takim razie, jak wytłumaczyć zaangażowanie w tę sprawę „Gazety Wyborczej” - co najmniej takie samo, jak w obronę demokracji przed ruchem narodowym?

Wróćmy jednak do szpiegowskiego muzeum, gdzie wśród emblematów bezpieczniackich watah z całego świata zauważamy również i nasze, graficznie na tle innych niestety po prostu fatalne. Amatorszczyzna i dziadostwo, aż bije w oczy! Jeśli taki sam profesjonalizm charakteryzuje ABW i Agencję Wywiadu w działaniu, co w grafice, to lepiej by było obydwie te watahy rozpędzić na cztery wiatry – bo lepiej, a także również taniej jest wiedzieć, że nic nie wiemy, niż myśleć, że coś wiemy, podczas gdy są to wiadomości jedna w drugą od początku do końca fałszywe. W tej sytuacji reputację Polaków w środowisku szpiegowskim ratuje jedynie Feliks Dzierżyński, który w waszyngtońskim muzeum ma prawie własny – bo dzielony tylko z Włodzimierzem Leninem i Józefem Stalinem – pokój, w którym dodatkowo rozbrzmiewają kultowe piosenki z epoki, na przykład: „Smieło, tawariszczi w nogu” - i tak dalej. Wyobrażam sobie, ilu zasłużonych ubowców na znajomy dźwięk tych melodii i płomiennych słów tekstu skropiłoby łzami wzruszenia własne kalesony.

Mam tedy nadzieję, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, w ramach działalności gospodarczej rozpocznie organizowanie pielgrzymek do Waszyngtonu na ulicę F numer 800, gdzie wspomniane Muzeum się mieści. Oferta tej zasłużonej placówki jest atrakcyjna nie tylko dla starych kiejkutów, ale również dla młodych ubowniczków płci obojga, jako że jest tam również dział poświęcony erotycznemu życiu szpiegów, ilustrowany nie tylko pikantnymi przykładami z różnych filmów, między innymi z Jamesem Bondem, ale również przykładami z życia w postaci Maty Hari, czy Józefiny Baker. Te ostatnie przykłady są nie tylko pikantne, ale i dydaktyczne. Wprawdzie bowiem i Mata Hari i Józefina Baker się rozbierały, ale jedna z jednych, a druga – z całkiem innych pozycji. „Stąd dla żuka jest nauka”, że jeśli już ściągać majtki, to z właściwych pozycji i tylko w słusznej sprawie.

No dobrze – ale właściwie która sprawa jest słuszna? Międzynarodowe Muzeum Szpiegów w Waszyngtonie nie pozostawia wątpliwości: słuszna sprawa jest tylko w obronie demokracji. Dlatego pożałowałem 68 dolarów, to znaczy - 136 dolarów, by w sklepiku, przez który – jak to w Ameryce – trzeba przejść do wyjścia z Muzeum – kupić w charakterze prezentu dla pana generała Marka Dukaczewskiego i pana generała Gromosława Czempińskiego spinki do mankietów z sierpem i młotem, pod którymi niechybnie ukryte są „pluskwy” – bo krawaty z aparaturą podsłuchową i urządzeniami do oszałamiania rozmówców to pewnie mają jeszcze z poprzedniego etapu, kiedy służyli złej sprawie. Ale może kupi im te spinki resortowa „Stokrotka”, która w ramach doskonalenia się w działalności operacyjnej oraz szkoleniu bojowym i politycznym, powinna waszyngtońskie Muzeum odwiedzić i potem fachowo pogawędzić w TVN z obydwoma panami generałami – a spinki wręczyć im w charakterze kropki nad „i”.


© Stanisław Michalkiewicz
5 czerwca 2015
Artykuł napisany dla tygodnika „Najwyższy Czas!”
www.michalkiewicz.pl ☞ WSPOMÓŻ AUTORA






Notatka: wszystkie ilustracje pochodzą od redakcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz