UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I NIEPRZYJAZNA MATOŁOM „NOWOCZESNYM”, Z PLATFORM OSZUSTÓW I KOMITETÓW OBRONY DOSTĘPU DO ŻŁOBU, KOMUNISTOM, „UB–WATELOM RP”, WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYM DEWIANTOM.

Rolleczek-Korombel, Natalia

16 lutego 1919 roku w Zakopanem urodziła się pani Natalia Rolleczek, polska pisarka, głównie dla dzieci i młodzieży, a także dramatopisarka.
W czasie II wojny światowej była członkiem Armii Krajowej.
Jako autorka debiutowała w 1945 roku. W 1959 roku wydano jej najgłośniejszą dotąd książkę, „Drewniany różaniec”, która czasami opisywana jest jako autobiograficzna, innym razem jako opowieść na motywach autobiograficznych. Na jej podstawie Ewa i Czesław Petelscy zrealizowali w 1964 roku film pełnometrażowy pod tym samym tytułem.

Książka dla młodzieży „Kochana rodzinka i ja” została w 1976 roku uznana za najpopularniejszą przez czytelników Płomyka. Jej późniejsze utwory wykorzystują tematykę historyczną.


Pani Rolleczek w 1980 r. otrzymała nagrodę Prezesa Rady Ministrów za twórczość artystyczną dla dzieci i młodzieży.

W ubiegłym roku, po półwiecznej przerwie ukazało się wznowienie „Drewnianego różańca”. Do książki dołączony jest wywiad z autorką przeprowadzony przez Piotra Mareckiego, którego fragment poniżej.

Pozycje dostępne w naszym Repozytorium
IMDb (angielski)
Wikipedia (polski)
Bibliografia (polski)




Wywiad z panią Rolleczek


Piotr Marecki: Czy zakład Felicjanek był jedynym miejscem, do którego mogła pani w tamtych latach trafić? Czy nie było żadnych innych zastępczych form opieki nad dziećmi takimi jak pani?

Natalia Rolleczek: Nie, nie było. Właśnie to mnie zastanawia, że nigdy nie interesowała się nami żadna władza. Chorowałyśmy przecież na różne choroby, nawet zakaźne, na przykład na czerwonkę, a nigdy nawet nie wezwano lekarza. Tylko siostry gotowały jakieś zioła. Brakowało zresztą mydła, wszystkie miałyśmy wszy. Dopuszczalne było tylko tak zwane żebractwo, to znaczy, brałam koszyk i szłam do piekarni Dańca lub do zakładów mięsnych. Stałam w drzwiach, trzymając w ręku wiaderko albo koszyk. Z rzeźni przynosiłam w wiadrze rosół, to znaczy ciecz z kotła, w którym gotowały się na przykład wędzonki albo parówki. Pracujący tam czeladnicy byli bardzo weseli i życzliwi, więc zawsze wrzucali mi do kotła jakąś odciętą kiełbaskę i mrugali do mnie, żebym ją zjadła po drodze.
Moim głównym obowiązkiem było więc utrzymywanie porządku i czystości w starym kościółku i na cmentarzu. To było dużo, wie pan. Mateczka była niesłychanie pedantyczna, więc tu i tam przeciągnęła palcem i okazywało się, że kurz pozostał i trzeba było myć drugi raz.


Piotr Marecki: Kim były zakonnice? Powiedziała pani kiedyś, że to były takie starsze kobiety, które nie znalazły sobie mężów i z tego powodu poszły do zakonu. Czy to była jakaś reguła? Czy to były osoby wierzące, z powołaniem? Jak pani to dzisiaj ocenia?

Natalia Rolleczek: Sądzę, że w zakonach istniała pewna hierarchia: były lepsze i gorsze. I to chyba brało się z tego, że wstępując do lepszych, wnosiło się posag, a w gorszych nie był on wymagany - to były właśnie zakony żebracze. W regule zakładu sióstr Felicjanek był zapis, że muszą się utrzymywać z jałmużny. Nie otrzymywały żadnych dotacji watykańskich czy kurialnych, musiały się utrzymać z miłosierdzia ludzkiego, czyli ktoś musiał żebrać, bo to nie było tak elegancko jak w dzisiejszych czasach, że ogłasza się z ambony, ludzie wypisują czek albo przesyłają pieniądze pocztą, tylko szło się z wyciągniętą ręką od sklepu do sklepu i mówiło: "Tutaj sierota z zakładu sióstr Felicjanek pod wezwaniem św. Franciszka przychodzi prosić co łaska, bo jesteśmy głodne i nie mamy co jeść". I odpowiedź: "Co, znowu? Nigdy nie jesteście najedzone, tylko codziennie słyszę, że jesteście głodne". No, ale zawsze dawali nam kilka bochenków. I rzeczywiście, nigdy nie kupowałam chleba, tylko chodziło się do kilku piekarń i dostawało się tu bochenek, tam bochenek, i to musiało wystarczyć.


Piotr Marecki: Siostry również chodziły, czy tylko wychowanki?

Natalia Rolleczek: Siostra przeważnie zostawała przy drzwiach i pilnowała, żebyśmy nie zjadły chleba same. Ja zjadałam, kiedy się tylko dało, a bułkę, jeśli jakąś dostałam, wrzucałam sobie za bluzkę.
Siostry robiły wrażenie prostaczek. Nie chcę im w niczym ubliżać, bo przypuszczam, że po prostu zostały wypchnięte z biednych gospodarstw. Pochodziły przeważnie z góralskich rodzin; wiedziały z góry, że nie dostaną posagu. A jeśli nie dostawały posagu w postaci ziemi lub krowy, to nie mogły być żadną partią dla chłopaka. Nie sprawiały też wrażenia szczególnie uduchowionych. Nie działo się tam nigdy nic gorszącego, ale siostry nie wyglądały raczej na kontemplujące… Odprawiały wszystkie przepisowe modlitwy rano, po południu, wieczorem, różaniec, msza święta i wszystkie inne. Ale ducha religijności płynącej z duszy nie zaobserwowałam, choć być może one to przeżywały, kto wie. Byłam wówczas nieświadoma tych spraw.


Piotr Marecki: Czy zakonnice żyły w takim ubóstwie jak dziewczyny z sierocińca? Czy, na przykład, lepiej się odżywiały?

Natalia Rolleczek: Lepiej może tak, ale nie był to żaden luksus. Miały trochę lepiej, mogły kłaść więcej smalcu na chleb. My miałyśmy tylko tyle, żeby zakryć dziurki w kromce, a one mogły mieć smalec ze skwarkami.


Piotr Marecki: Opisuje pani w książce różne absurdy, do których tam dochodziło, sytuacje wręcz chore, kary wymierzane przez siostry. Czy nie zdawały sobie sprawy z tego, co robią, kiedy biły was różańcem?

Natalia Rolleczek: Obawiam się, że przesadziłam w książce, bo to nie było reguła, żeby one tłukły nas różańcami. Po prostu to było dla mnie takie szokujące, więc zapamiętałam to szczególnie mocno. Parę miesięcy temu przekartkowałam książkę i pomyślałam sobie, że to niesprawiedliwe, bo z lektury można wywnioskować, że one nas zawsze tłukły różańcem, a tak nie było.


Piotr Marecki: Ale zdarzyło się coś takiego?

Natalia Rolleczek: Tak. Po prostu zapamiętałam scenę, gdy mateczka, rozzłoszczona aż do pasji na Helkę, chwyciła różaniec u pasa i trzepnęła ją za wystawanie przed furtką, na widoku. Widziałam to raz, więc nie był to zwyczajowy sposób wymierzania kary.


Piotr Marecki: Panie tam spały wszystkie w jednej sali?

Natalia Rolleczek: Tak, w jednej sali, na strychu. Ta liczba się zmieniała, ale było nas tam od czterdziestu do sześćdziesięciu dziewczyn. Przeważnie czterdzieści. Nie wiem, dokąd odchodziły, prawdopodobnie zostawały służącymi. Nie interesowałam się tym; właściwie nie wiedziałam, ani skąd one przychodzą, ani dokąd idą.


Piotr Marecki: Czyli jak długo one tam przebywały?

Natalia Rolleczek: Nie można było być dłużej niż do szesnastego roku życia. I wtedy można było się zdeklarować, że chce się zostać postulantką. Nie było jednak żadnego przymusu. Alternatywą było zostanie służącą


Piotr Marecki: Dużo dziewczyn zostawało w zakonie?
Natalia Rolleczek: Niewiele.


Piotr Marecki: W książce uderzający jest podział: z jednej strony głód, wszy i brud sali, w której śpią wychowanki, a z drugiej czystość, idealny porządek w kościele, którym pani się opiekowała.

Natalia Rolleczek: Tak. W dzisiejszych zakonach to już niewyobrażalne, zakonnice są czyste i ładnie wyglądają, ale wtedy jeszcze nie wolno im było obnażać ciała. Nie można się było wykąpać; do wody wchodziło się w koszuli; wanny nie było, tylko cebrzyk, w którym siadało się w koszuli. Więc może pan sobie wyobrazić, jak taka kąpiel wyglądała.


Piotr Marecki: Jak w takiej sytuacji wyglądały sprawy higieny?

Natalia Rolleczek: Najgorsze były wszy, wszawica, na którą zwracano uwagę w szkole, przez co musiałyśmy siedzieć w ostatnich ławkach. Mówiono: "Zakładówki, nie pchać się do przodu, tylko ostatnie ławki!" - słyszałam w swojej klasie.


Piotr Marecki: W książce pisze pani także o myślach samobójczych. Czy to, co się tam działo, rzeczywiście skłaniało do takich myśli? Czy koleżanki podejmowały próby samobójcze?

Natalia Rolleczek: Nie, raczej takie, że któraś kaleczyła się umyślnie i robiła sobie z koszuli bandaż, bo nie chciała obierać ziemniaków. Kłamało się, ale nie było takich rzeczy jak próby samobójcze.


Piotr Marecki: Czy scena z wylewaniem sobie denaturatu na oczy jest autentyczna?

Natalia Rolleczek: Tak. Koleżanki bały się, że stracę wzrok, a mnie było wszystko jedno.


Piotr Marecki: I nawet gdy pani te oczy natarła denaturatem, to żaden lekarz się nie zjawił?

Natalia Rolleczek: Skąd! Po pierwsze, nie było na to pieniędzy, zresztą, na inne rzeczy zapewne podobnie, a po drugie, siostry bały się, że mógłby wyniknąć z tego jakiś skandal. Najbardziej oburzające wydaje mi się jednak to, że żadna instytucja nie czuła się powołana, by, powiedzmy, raz do roku zrobić inspekcję, porozmawiać z nami. Byłam tam dwa lata i nic takiego się nie zdarzyło. Tylko na św. Mikołaja przyszły takie ładne i miłe panienki z gimnazjum Szarotka wypytać nas, co chciałybyśmy dostać na święta. Ja chciałam dostać czapeczkę w kolorowe paski. I miałam ją obiecaną, a kiedy ją przyniosły, to musiały oddać zakonnicom, które tę czapkę schowały. Ja im to do tej pory pamiętam, że tę moją czapeczkę mi zabrały. I przypuszczam, że to była kara za to, że byłam taka pyskata.


Piotr Marecki: Opisuje pani także przerażający głód, jaki tam panował.

Natalia Rolleczek u Jana Pawła II
13 maja 1981, tuż przed zamachem
Natalia Rolleczek: Naturalnie. Na śniadanie były czarna kawa i chleb. Były wtedy również dary amerykańskie - dzięki prezydentowi Hooverowi przyjeżdżały do Polski olbrzymie bloki amerykańskiego smalcu; nam również dostawał się blok takiego smalcu. Smakował dość dziwnie, więc wymyśliłam, że to jest smalec wytapiany z małp. Opowiadałam wszystkim, że małpy żyją gdzieś bardzo daleko, ale w Ameryce jest wszystko, więc pewnie mają też małpy, z których robią ten smalec. Dziewczęta strasznie bały się jeść posmarowany nim chleb.


Piotr Marecki: A czy były takie okresy, kiedy dawali wam coś więcej do jedzenia, jak na przykład w święta?

Natalia Rolleczek: Myślę, że tak, ale na święta ciotka zabierała mnie do domu. Kiedy po tych trzech dniach wracałam, nie było już śladu po jakimś specjalnym świątecznym jedzeniu.


Piotr Marecki: Siostry próbowały was uczyć wiary katolickiej, opowiadały o tym, jak mógł wyglądać dom Jezusa...?

Natalia Rolleczek: Ja już tego nie pamiętam. Tym bardziej, że staram się nie wracać pamięcią do tamtego okresu, który uważam za najbardziej upokarzający w moim życiu, poza czasem okupacji, kiedy byłam w Drohobyczu i pracowałam u szewca. Oczywiście, miałam fałszywe nazwisko i strasznie się bałam, że mnie przyłapią. Moją siostrę wzięli do obozu, umarła w Ravensbrück, a ja byłam poszukiwana. I dlatego od Miechowa aż po Drohobycz wciąż zmieniałam miejsce pobytu.

źródło: www.ha.art.pl/rozmowy/165-z-natalia-rolleczek-rozmawia-piotr-marecki.html




Natalia Rolleczek
„Drewniany różaniec”
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art 2009
978-8361407812

☞ KUP OD WYDAWCY
☞ KUP W AMAZON.COM






Ilustracje:
fot.1 © Piotr Marecki / www.ha.art.pl
fot.2 © Natalia Rolleczek / archiwum prywatne
okładka ksiąźki © Wydawnictwo "Korporacja Ha!art"


ARTYKUŁ PRZYWRÓCONY Z KOPII ZAPASOWEJ. Z TEGO POWODU FORMATOWANIE ARTYKUŁU LUB ZAŁĄCZONYCH DO NIEGO ILUSTRACJI MOŻE NIE PASOWAĆ DO OBECNEGO FORMATU. NIEKTÓRE ILUSTRACJE MOGĄ BYĆ OBECNIE NIEDOSTĘPNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2